Praca zdalna, telepraca znane jako home office

Stało się. Nowoczesność zapukała do drzwi administracji. 

Ale zacznijmy od początku. Parę lat temu byłam z koleżankami na jednym z weekendowych wypadów do któregoś z miast europejskich i tak jak to bywa z takimi wyjazdami są one krótkie, niezwykle intensywne a loty, szczególnie te powrotne, nie zawsze najbardziej optymalne. Często przydałby się jeszcze jeden dzień urlopu na tzw. regenerację;) No trudno myślę sobie, jakoś ten następny dzień przetrwam, przyjdę do domu i odpocznę. Jakie było moje zdziwienie, kiedy pozostałe dziewczyny powiedziały mi, że one wzięły sobie „home office”. Wypytałam jak to działa. Powiedziały mi, że jest to normalny ich dzień pracy tylko, że pracę wykonują w domu. Jak dla mnie bomba!!

Minęło parę lat… i w urzędach staje się możliwa praca zdalna. Nie jest to może jeszcze jak w firmach prywatnych, że pracownicy mają zagwarantowane, że np. w tygodniu mogą być 2 dni na home office ale jeżeli mamy z jakiś względów potrzebę zostania w domu możemy poprosić o zgodę na pracę zdalną.

Taka była potrzeba u mnie – mówię „skorzystam i ja z tego luksusu”;) Umotywowałam potrzebę pracy zdalnej, dwa dni dostałam. 

O godzinie 8.00 rano laptop włączony, kawusia w kubeczku, pracuję. I tak do 16.00, no troszkę przeciągnęłam do 16.30 się zeszło. Powiem Wam zrobiłam dużo bo są warunki, żeby wreszcie wziąć się za sprawy, które jak to mówię się wypiera, które wymagają ciszy. Zrobiłam dawno odkładane porządki w folderach, dyskach, systemie obiegu dokumentów. Ale ta cisza była zabójcza! Jedyny odgłos to chrapanie mojego psa i tyle. Powiem Wam szczerze, marzyłam o tym żeby telefon  zadzwonił. Zawsze to jakaś żywa istota z drugiej strony:) 

Jeśli chodzi o moje zdanie to na pewno to jest bardzo dobre rozwiązanie, jeśli ma się zadanie wymagające skupienia. Natomiast to, że wokół mnie są inni ludzie, można omówić wątpliwości, czy choć chwilę porozmawiać jest bezcenne. Dlatego jak dla mnie praca zdalna pozostanie wyjątkiem w razie potrzeby. Zawsze gdy muszę się odizolować mogę założyć słuchawki albo tak jak zrobiłam niedawno pojechałam z kilkoma osobami do zaprzyjaźnionej instytucji, gdzie mogliśmy w spokoju popracować sobie nad projektem.

Poza tym pracując zdalnie czułam taki dyskomfort bo jest to jakby nie patrzeć przenoszenie pracy do domu i pojawiała się też chęć przedłużenia tych 8h pracy na zasadzie: „jeszcze to zrobię”,”tamto dokończę” i „wysyłkę zrobię” itd. A to już z poszukiwaniem tej równowagi między pracą a życiem prywatnym ma niewiele wspólnego:/

To takie moje odczucia na tem temat. A co Wy myślicie o pracy zdalnej, home office czy jak inaczej się to u Was nazywa? Korzystacie z tej opcji? 

Zgubiłeś albo ukradli Ci dokumenty – nie trać głowy

Nie chcę Was zanudzić opowieściami o moich zawodowych przygodach i doświadczeniach, dlatego dzisiaj wpis o tym jakie usługi nam administracja proponuje. Na pomysł tego bloga natchnął mnie przypadek koleżanki, która w sobotę, przed Świętem Niepodległości i następującym dniem wolnym 12 listopada została okradziona w centrum handlowym. 

Łupem złodziej padł portfel z całą zawartością – dowodami osobistymi koleżanki i jej dzieci, prawem jazdy, kartami płatniczymi. 

„Profil zaufany – po co to komu? ;)”

Wiadomo problem jest i to spory. Jest sobota wieczór, następne dni są dniami wolnymi od pracy, co robić? Przede wszystkim nie tracić głowy. O ile na pewno każdy wie, że karty można zastrzec czy to telefonicznie czy też przez bankowość elektroniczną, o tyle nie każdy wie, że z poziomu własnej kanapy w domu możemy zastrzec również inne dokumenty, za pomocą strony http://www.obywatel.gov.pl (https://obywatel.gov.pl/dokumenty-i-dane-osobowe/zglos-utrate-albo-uszkodzenie-dowodu-osobistego-uniewaznienie#scenariusz-przez-internet). Co jest nam potrzebne? Profil zaufany, czasami nazywany eGO ale nazwa ta się nie przyjęła. Z racji tego, że koleżanka była zdenerwowana całą sytuacją, nie do końca odbierała wszystkie moje komunikaty i kilkakrotnie powtórzyła mi, że nie ma profilu zaufanego. To nie jest żaden problem. Profil zaufany możemy sobie teraz założyć za pomocą bankowości elektronicznej – wiele wiodących banków na rynku taką opcję oferuje. Jest ona całkowicie darmowa. Profil zaufany całkowicie wystarczy w kontaktach z administracją. Ja swój profil zaufany zakładałam jeszcze w jego początkowej fazie gdy procedura była dłuższa i musiał on zostać potwierdzony we wskazanym urzędzie. Teraz zajmuje to dosłownie chwilę – wiem, bo patrzyłam jak brat to robił. 

Wyposażeni w profil zaufany możemy złożyć zawiadomienie o utracie dowodu osobistego swojego i dzieci, a także złożyć wniosek o wydanie nowych dokumentów. Proste? Proste. Mniej czasu tracimy na stanie w urzędzie i nie boimy się, że ktoś od razu po otwarciu banku ruszy wziąć kredyt na nasze dane.

Co jeszcze załatwicie dzięki profilowi zaufanemu opiszę dalej bo na pewno chcielibyście uniknąć zbędnej straty czasu w urzędach:)

A może mieliście sytuację jak powyżej i udało Wam się użyć e-usług? Chętnie o tym poczytam w komentarzach.

Od stylu do stylu czyli dress code’owy bieg z przeszkodami

Jeszcze na studiach udało mi się dostać na wymarzone praktyki do międzynarodowej kancelarii. Pierwszego dnia praktyk wśród dokumentów, z którymi należało się zapoznać dostałam ten dotyczący dress code’u. Wtedy młodej studentce prawa wydało mi się to dziwne bo nigdy nie byłam zbyt ekstrawagancka w stroju (może jedynie dość odważna), ale… no właśnie… pamiętam akapit o sweterkach z kaszmiru, odpowiednim doborze okularów (pod okiem specjalisty od wyglądu), zakrytych butach (kokietować można było jedynie piętą – pamiętam moje parsknięcie śmiechem i spojrzenie na klapeczki na obcasiku, które były jak dla mnie symbolem elegancji i gracji), obowiązkowych rajstopach nawet w lecie czy ubiorze dla kobiet w ciąży. Tak to było dziwne. Teraz z perspektywy odbieram siebie jak wspomnianą już w poprzednim wpisie Andy z książki „Diabeł ubiera się u Prady”. Na szczęście nie miałam takiej szefowej jak Miranda Priestly:)

Myślę natomiast, że wtedy dla części nowych kolegów i koleżanek skojarzyłam się z filmową „Legalną blondynką”. Ale o tym kiedy indziej bo to dłuższa opowieść.

„jeśli wejdziesz między wrony, musisz krakać jak i one” albo „czym skorupka nasiąknie za młodu tym na drugą młodość trąci”

W tym poście jednak chodzi o to, żeby pokazać, że tak jak mówią staropolskie przysłowia: „jak wejdziesz między wrony musisz krakać tak jak one” albo „czym skorupka nasiąknie za młodu tym na drugą młodość trąci” (to drugie troszkę zmodyfikowałam na swoje potrzeby) sprawdziło się. Od razu zaznaczę. Nie przyjęłam wszystkiego i nie zasiliłam rzeszy tzw. „białych kołnierzyków” bo nie uważam, że pracownica banku wciśnięta w koszulę (u niektórych aż strach bo guziki grożą wystrzałem w niedługim czasie wprost w oko klienta) i bezpłciowe czarne spodnie budzi większe zaufanie niż pracownica w eleganckiej sukience. Jednak zauważyłam, że elegancja w ubiorze powoduje parę punktów procentowych w odbiorze więcej bo pokazuje szacunek dla drugiej strony i ułatwia kontakt.

I tu mały powrót do pracy w administracji. Znam dużo bardziej doświadczone koleżanki, które od zawsze chodzą w garsonkach (takie zapomniane słówko ale jakże ładne), białych wykrochmalonych bluzkach i te panie stanowią przykład profesjonalizmu, „wychowały” niejedno pokolenie przyszłych pracowników administracji i są takie, które na oficjalnym spotkaniu ubiorą się w legginsy w zwierzęcy print i nigdy nie pójdą wyżej w karierze bo są traktowane z przymrużeniem oka jako lokalny folklor. Nie wszędzie w administracji jest już tak, że np. przełożony porozmawia z taką osobą na temat ubioru, choć znam takie przypadki, ale daje to przynajmniej satysfakcję, że jednak wyższe stanowiska zobowiązują do dbałości o ubiór a przykłady negatywne spotyka się częściej wśród stanowisk niższych. Pierwsze panie, z dawnych czasów wiedzą, że schludność i stosowność w ubiorze to podstawa i choć może ta garsonka już trochę niemodna, to i tak zawsze profesjonalna.

Nie wszystko jest czarno-białe i nie każdy musi nosić garsonki – jak zwykle są rozwiązania pośrednie. Sportowa elegancja to też elegancja ale to na inny wpis:)

I jeszcze na koniec z uwagi, że tytuł bloga zobowiązuje słówko o szpilkach. One „robią robotę” – tak mi powiedziała moja koleżanka urzędniczka wyciągając szpilki na ważne spotkania schowane pod biurkiem. Tak wiele z nas zatrudnionych w administracji wie, że klapek na korku czy rozklapana balerinka powodzenia nie daje.

P. S. Nie każdemu szpilka pisana. Czasami lepiej zadbać o ładne balerinki niż męczyć się na szpilkach nie do końca wiedząc jak się na nich chodzi;) Spójrzcie na moją idolkę Audrey Hepburn, była wysoka, więc w balerinkach prezentowała się pięknie i szykownie, tak, że nie można było od niej oczu oderwać.

Ciekawa jestem co Wy sądzicie na temat dress code…

Duch korkowego klapeczka wiecznie żywy?

Zacznijmy nudno potem będzie lepiej:) Pracuję w administracji państwowej w departamencie prawnym. Nie zawsze tak było, dlatego mogłam się rozejrzeć tu i ówdzie w środowisku pracujących kobiet.

O czym będzie blog? O kobietach pracujących w administracji.

woman lead

Dlaczego taki temat? Otóż zauważyłam, czy to przez rozmowy z przyjaciółmi, czy czytając w prasie, w internecie, że wciąż jest żywy portret urzędniczki jako pani w średnim wieku, niezbyt sympatycznej, marzącej wyłącznie o tym by odbębnić swoje 8h pracy i pójść do domu. Fakt nie przeczę takie panie też spotkałam w swoim urzędzie. Ich znakiem rozpoznawczym stały się stworzone wyłącznie do poruszania się po korytarzach klapki na korkowej platformie (kiedyś taki klapeczek szedł przede mną na korytarzu i stał się bohaterem zdjęcia przewodniego wpisu), buty à la crocs i niekończące się wycieczki na papieroska. Pierwszego dnia podjeżdżając na parking, gdy je zobaczyłam pomyślałam, że to zastęp pań z tzw. serwisu czyszczącego. Nie żebym miała coś do pań, które wykonują taką pracę ale po prostu takie było pierwsze skojarzenie sądząc po luźnym, niekrępującym ruchu stroju w postaci jeansów i bluzek z błyszczącą nitką lub tu i ówdzie skrzącym się cekinem. Jakże było mylące moje skojarzenie bo oto okazało się, że to są one! Urzędniczki dawnych lat! Kobiety od których powinnam uczyć się fachu.

No cóż czas nie okazał się dla tych pań łaskawy. Zniknęły po pewnym czasie z korytarzy, choć mam niejasne podejrzenie, że one gdzieś w ministerstwie pracują. W ich miejsce wstąpiły kobiety z pasją, zainteresowaniami, które, tak samo jak ich koleżanki z korporacji próbują w życiu osiągnąć „work life balance”. To są te tzw. „klikaczki” jak mawiała Andrea ‚Andy’ Sachs bohaterka książki „Diabeł ubiera się u Prady” Lauren Weisberger, stukające obcasami po posadzkach swoich urzędów (jak mają po czym stukać… bo w mojej części budynku to akurat króluje wykładzina w kolorze burym…).

O tym będzie ten blog – o administracji widzianej z wysokości tytułowych szpilek.

Jeżeli macie jakieś tematy, może moje koleżanki i koledzy z branży się odezwą, to piszcie do mnie:) Zachęcam!