Zaczęło się w piątej klasie szkoły podstawowej.

Zapytacie co? Ekologia. W moim wydaniu nie jest w wersji radykalnej ale jest i to od dawna. Proste rzeczy, czynności, które dokładają moją cegiełkę do ochrony planety.

Ale od początku… W piątej klasie podstawówki z paru powodów moja mama zdecydowała o zmianie dla mnie szkoły. Pani Dyrektor zapytała moją mamę czy lubię zwierzęta. Mieliśmy w domu psa, mama znała mój stosunek do zwierzaków więc bez wahania powiedziała, że tak. Pani Dyrektor zawyrokowała: to pójdzie do klasy eksperymentalnej o profilu ekologicznym, wtedy 5A. Mieliśmy zwariowaną wychowczynię, zabierała nas na wycieczki, mierzyliśmy obwody drzew i sprawdzaliśmy z której strony porasta je mech, hodowaliśmy kurz a nasi rodzice na każdej wywiadówce mieli pogadankę ekologiczną np. o szkodliwości mikrofalówek. No i na wszystkie dolegliwości najlepszy był aloes:) Ale w sumie to też nie był taki początek mojej „ekologiczności”. Ja jestem z pokolenia, które pamięta wymianę makulatury na rolki papieru, wożenie szklanych butelek po wodzie Mazowszanka na wymianę. Teraz zaczyna to wracać. Nagle modne na nowo stają się płócienne torby, koszyki. W Warszawie powstają recyklomaty. Z jakiego powodu? Początek roku a w raz z nim szalejące w Australii pożary uwidoczniły, że problemy nie znikają a wręcz narastają. Myślę tu o postępujących zmianach klimatu. Kto z nas jeszcze pamięta białe święta? Teraz już tylko możemy zanucić „I’m dreaming of a white Christmas” z nadzieją, że nas matka natura zaskoczy. Teraz żeby dzieci zobaczyły śnieg, muszą je rodzice zabrać w góry bo o śniegu w mieście można pomarzyć. A i w górach nie są to już ilości takie jak dawniej. Na tych którzy cieszą się, że nie ma śniegu macham tylko ręką. Nie zdają sobie sprawy, że topniejący śnieg zasila potoki i rzeczki a także nasącza glebę. To jedne z wielu ze znaków, które musimy zacząć zauważać bo inaczej źle z nami będzie i to wcale nie jest przesada.

W związku z tym postanowiłam napisać parę przykładów jak ja staram się dbać o nasze wspólne dobro – naszą planetę. I nie jest to nic nadzwyczajnego – zwykłe czynności, które każdy z nas może wykonać a matka natura będzie miała lżej.

ŚMIECI

Podstawowe zasady segregacji śmieci stosowane były już u mnie w domu od dawna i kiedy zaczęły się pojawiać pierwsze pojemniki do segregacji, my z nich korzystaliśmy. Dlatego teraz nie jest dla nas żadnym kłopotem dostosowanie się do nowych zasad segregacji odpadów.

U mnie w pracy też już się pojawiły pojemniki na różnego rodzaju odpady.

Co więcej, powiem wam, że swego czasu gromadziłam makulaturę i pieniądze z jej sprzedaży odkładałam do skarbonki na wydatki domowe. Dzięki nim mieliśmy parę set złotych na dołożenie do lodówki i zmywarki, gdy niestety wymagały już wymiany. Niestety mój „biznes” padł bo teraz dostawcy makulatury muszą dopłacać odbiorcom.

WODA

W odwiecznej wojnie wanna czy prysznic zdecydowanie wygrywa prysznic w mojej rodzinie. Oszczędność czasu, wody i pieniędzy.

Dbamy również o to, aby kran był zakręcony w czasie mycia zębów czy, tak jak Panowie, golenia a odkręcany wtedy gdy jest taka potrzeba. Nie ma bezsensownego lania wody… i tego przysłowiowego i dosłownego:-P

Tu jeszcze parę słów o mojej ekopielęgnacji. Już dawno temu zrezygnowałam z płynów, każdy do czego innego, przy wieczornej pielęgnacji. Dla mnie płyn musi być jeden i ma zmywać porządnie buzię bez zostawiania żadnych tłustych filtrów. Dzięki temu zaoszczędzam nie tylko pieniążków, ale i nie zużywam ogromnej ilości płatków do twarzy. To także praktyczne przy pakowaniu na wyjazdy:D ale to już inna historia.

Parę moich eko akcesoriów do pielęgnacji twarzy

ENERGIA

Kolejna z takich rzeczy drobnych ale które może robimy nieświadomie, to złe ładowanie naszych sprzętów elektronicznych. Po pierwsze nie powinno się zostawiać np. telefonu na ładowanie na całą noc bo z jednej strony gdy bateria naładuje się do 100% zasilanie jest odcinane ale z drugiej po jakimś czasie ona się trochę rozładowuje i jest ładowana znowu. Dlatego ja teraz korzystam, z krótkich chwil kiedy mogę podładować telefon, smartwach czy inne urządzenia.

Gotowanie wody w czajniku? Gotuję tyle ile potrzebuję. Naprawdę nie ma sensu za każdym razem gotować pełnego czajnika.

Oczywiście o takich rzeczach jak wyłączanie świateł w pomieszczeniach, w których nie są w danym momencie potrzebne. To ja np. jestem tą osobą, która chodzi po korytarzach w urzędzie i wyłącza światła. Jakby ktoś szukał:D Nie lubię bezmyślnego palenia światła, ani to zdrowe na oczy, ani jak kiedyś przeczytałam na cerę (podobno od jarzeniówek mogą robić się przebarwienia – nie znam się, ale po co ryzykować). Nie ukrywam, że denerwuje mnie to, kiedy idę np. w sobotę po mieście i we wszystkich wieżowcach palą się światła. Zawsze się zastanawiam po co? Może ktoś wie? Są na tyle przeszklone, że widać, że raczej ludzi tam nie ma. Oczywiście jest to widowiskowe ale czy na pewno dobre?

WNĘTRZA

Rośliny. Naprawdę warto inwestować w rośliny w domu i w ogrodzie. Przede wszystkim dlatego, że to nasze zielone płuca i oczyszczają nam powietrze w domu ale też dlatego, że te ogrodowe są ważne dla owadów i dają im przetrwanie.

TRANSPORT

Oczywiście, też nie jestem idealna bo nikt nie jest i niestety np. często zbyt długo biorę prysznic, no a przede wszystkim jeżdżę do pracy sama samochodem. Wiem, że to nieekonomiczne i nieekologiczne ale lęk przed komunikacją miejską jest silniejszy:D Za to w sezonie wiosenno-letnim przesiadam się na rower i codziennie dojeżdżam nim do pracy więc choć przez jakąś część roku w tym aspekcie przyczyniam się do ochrony środowiska. Także jak ktoś by miał zhejtować to myślę, że w miarę wychodzę na „zero” w tej kwestii.

A na koniec to do czego się kompletnie przekonałam – torby wielorazowego użytku. Mam jedną zawsze przy sobie, jedną w samochodzie. Jeżeli już niestety zdarza mi się kupić plastikową (jak pisałam, nie jestem idealna) również jest ona używana wielokrotnie. Stworzyliśmy na takie torby specjalne miejsce i każdy przed wyjściem na zakupy może sobie wziąć tyle ile ich potrzebuje.

„Christmas party” w administracji

Kolejne święta uświadomiły mi, że i również w tej kwestii zaszły zmiany w administracji. Do niedawna nieodłącznym elementem tygodnia poprzedzającego czas świąt było spotkanie wigilijne organizowane z udziałem kierownictwa ministerstwa czy urzędu podczas którego składano życzenia, po czym zapraszano na mały poczęstunek. Równocześnie też organizowane były także wigilie departamentalne. Obecnie coraz częściej zdarza się, że organizowane są wyjścia na miasto, tzw. „christmas party”, podczas których na luzie, ubrani np. w świąteczne sweterki możemy spędzić czas z ludźmi z pracy.

Wigilie w pracy mają to do siebie, że atmosfera takich spotkań jest dość sztywna. Jedni pracownicy chcąc zaplusować biegną do szefa z życzeniami wszelkiej pomyślności w czasie świąt i w nadchodzącym roku. Inni zajmują pozycje strategiczne przy zastawionym stole i gdy ty próbujesz dostać choć jednego pieroga oni już dawno są przy deserach (tak to jest wieloletnie doświadczenie życiowe, jak to mówią: „z niejednej wigilii się chleb jadło”). Jednak ani to wygodne ani miłe kiedy ktoś do nas podchodzi a my przełykając śledzia staramy się mu odwzajemnić życzenia.

Podobnie rzecz się ma z wigilią departamentalną. Najpierw rusza giełda kto co przyniesie. Oczywiście wielu próbuje zrobić aby się nie narobić czyli np. przyniosą chleb albo napoje. Ale co sprawniejsi wodzireje, bo zawsze tacy się znajdą, rozdadzą obowiązki i nieoczekiwanie otrzymuje się zadanie przyniesienia np. śledzi pod pierzynką.

Muszę przyznać, że nigdy nie lubiłam tych wigilii. Atmosfera napięta jak indiański łuk, wszyscy grzecznie stoją w kręgu z rękoma złożonymi na podołku, szef składa życzenia, zaprasza do jedzenia i… Zapada niezręczna cisza. Kto pierwszy się skusi? Komu pierwszemu będziemy patrzeć na ręce jak nakłada potrawy przytaszczone przez koleżanki i kolegów. Miałam zresztą kiedyś taką historię z cyklu wiadomo, że będzie dramat. Spóźniona wpadłam na takie spotkanie i nagle 20 czy więcej par oczu wlepiło mi się w ręce. Nieszczęśliwie było to akurat przed Wielkanocą, więc na stole królowało jajko, z którym zaczęłam walczyć niczym Gustlik w serialu „czterej pancerni i pies”. Nigdy więcej! Trauma pozostała do tej pory:/

Fajną opcją jest zatem wybranie się do restauracji. Restauracje mają przygotowane menu dla dużych grup z określoną ceną za osobę, w którą mamy wliczone jedzenie i picie. Jest to o tyle fajne, że jesteśmy poza pracą i możemy na luzie porozmawiać o sprawach spoza pracy. Po prostu się poznać. Choć z tym ostrożnie, przypominam tutaj mój wpis na temat tzw. small talk’ów https://szpilkinaurzedzie.com/2019/08/26/przemyslenia-na-temat-tzw-small-talk/

Oczywiście trzeba pamiętać, że z uwagi na to, że pracownicy administracji obracają się trochę w innych ramach formalnych niż pracownicy korporacji nie jest też łatwo, żeby przekonać ludzi z administracji do tego typu imprez ale warto próbować, bo naprawdę fajnie to wychodzi, choć oczywiście nie obywa się bez drobnych zgrzytów typu: a czemu w tym miejscu a nie gdzie indziej, a czy inny termin nie byłby lepszy itp. Ale taki to los organizatora i pomysłodawcy;-)

Umowy międzynarodowe. Trochę inna odmiana legislacji.

Swego czasu starając się o awans zaproponowałam przyjęcie nowych obowiązków związanych z prowadzeniem umów międzynarodowych. W owym czasie z awansu nic nie wyszło ale umowy zostały ze mną. Poniżej kilka kwestii, które trzeba zwrócić uwagę a same w sobie umowy traktować jak podróże. Każda jest inna:)

Jak to z tymi umowami międzynarodowymi jest? Czy to naprawdę takie skomplikowane?

Podstawą jest dobry merytorycznie departament do spraw współpracy międzynarodowej bo łatwiej wtedy sprostać wyzwaniom, które stawia przed nami Ministerstwo Spraw Zagranicznych.

Najważniejsze jest od początku posiadanie dobrego uzasadnienia dlaczego w ogóle chcemy taką umową się związać. Uzasadnienie towarzyszy projektowi umowy od początku od etapu negocjacji treści umowy międzynarodowej. Potem jego szkielet nie musi ulegać radykalnym zmianom a jedynie na kolenych etapach procesu legislacyjnego jest rozbudowywany o kolejne niezbędne elementy.

Jeżeli chodzi o prowadzenie procesu związania Polski umową to oczywiście poruszacie się w obrębie 3 aktów prawnych: Konstytucja RP, ustawa o umowach międzynarodowych i rozporządzenie Rady Ministrów z dnia 28 sierpnia 2000 r. w sprawie wykonania niektórych przepisów ustawy o umowach międzynarodowych.

Ze swojej strony mogę też polecić ułożenie sobie dobrych stosunków z MSZ, bo dużo kwestii możecie omówić „na roboczo” co bardzo zaoszczędza czas a należy pamiętać, że proces związania umową międzynarodową jest długi i wieloetapowy. Dlatego też dokładnie czytajcie jakie dokumenty są wymagane na dany etap, żeby potem nie musieć ich dosyłać. Tak naprawdę ww. rozporządzenie to jest wasza checklista jakie dokumenty są wam potrzebne na dany etap i co musi zawierać uzasadnienie. I zwróćcie uwagę na załączniki do rozporządzenia bo nie warto tracić czasu na coś co zostało już określone.

Jest jeden dokument, który nie został nigdzie określony jak powinien wyglądać. Ja miałam z tym problem dlatego o tym wspominam. To jest dokument „informacja o zakresie i wynikach przeprowadzonego postępowania uzgadniającego”. Otóż to nie jest żaden skomplikowany dokument. Po prostu wskazujecie listę podmiotów, z którymi uzgodniono projekt i podsumowanie zawierające informację czy były uwagi czy nie. I wszystko.

I na koniec. Jeżeli do umów są wprowadzane jakieś zmiany to muszą one zostać przyjęte w takim trybie jak nastąpiło związanie Polski umową pierwotną. I to jest pierwsza ważna rzecz a druga ważna to kwestia tłumaczeń. Jeżeli przyjmujecie poprawki to warto sprawdzić jak kluczowe wyrazy były tłumaczone w umowie pierwotnej bo potem trzeba poprawiać tłumaczenie, jeśli wychodzą jakieś nieścisłości. Tutaj też należy pamiętać, że tak jak w przypadku aktów prawnych typu ustawa czy rozporządzenie, tak w przypadku umów międzynarodowych, wydaje się teksty jednolite. I to jest moment, kiedy ewentualne nieścisłości tłumaczeń można wyprostować.

I jeszcze jeden mały ukłon dla Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, że teraz dokumenty przekazywane są tylko w postaci elektronicznej bo przygotowanie kopii papierowych często szło w tysiące kartek nie dość że było szalenie nieekologiczne to jeszcze marnotrawiło czas przy drukarce.

Jeżeli macie jakieś pytania to śmiało piszcie. Podpowiem na pewno. Ja teraz zaczynam proces związania Polski dużą umową dlatego już czuję się jakbym wsiadała na rollcoaster:)

Załączam wam schemat procesu związania Polski umowami w różnych trybach.

4de5c824_061d_416d_b901_033b4ce23555

 

 

 

Od stylu do stylu czyli dress code’owy bieg z przeszkodami

Jeszcze na studiach udało mi się dostać na wymarzone praktyki do międzynarodowej kancelarii. Pierwszego dnia praktyk wśród dokumentów, z którymi należało się zapoznać dostałam ten dotyczący dress code’u. Wtedy młodej studentce prawa wydało mi się to dziwne bo nigdy nie byłam zbyt ekstrawagancka w stroju (może jedynie dość odważna), ale… no właśnie… pamiętam akapit o sweterkach z kaszmiru, odpowiednim doborze okularów (pod okiem specjalisty od wyglądu), zakrytych butach (kokietować można było jedynie piętą – pamiętam moje parsknięcie śmiechem i spojrzenie na klapeczki na obcasiku, które były jak dla mnie symbolem elegancji i gracji), obowiązkowych rajstopach nawet w lecie czy ubiorze dla kobiet w ciąży. Tak to było dziwne. Teraz z perspektywy odbieram siebie jak wspomnianą już w poprzednim wpisie Andy z książki „Diabeł ubiera się u Prady”. Na szczęście nie miałam takiej szefowej jak Miranda Priestly:)

Myślę natomiast, że wtedy dla części nowych kolegów i koleżanek skojarzyłam się z filmową „Legalną blondynką”. Ale o tym kiedy indziej bo to dłuższa opowieść.

„jeśli wejdziesz między wrony, musisz krakać jak i one” albo „czym skorupka nasiąknie za młodu tym na drugą młodość trąci”

W tym poście jednak chodzi o to, żeby pokazać, że tak jak mówią staropolskie przysłowia: „jak wejdziesz między wrony musisz krakać tak jak one” albo „czym skorupka nasiąknie za młodu tym na drugą młodość trąci” (to drugie troszkę zmodyfikowałam na swoje potrzeby) sprawdziło się. Od razu zaznaczę. Nie przyjęłam wszystkiego i nie zasiliłam rzeszy tzw. „białych kołnierzyków” bo nie uważam, że pracownica banku wciśnięta w koszulę (u niektórych aż strach bo guziki grożą wystrzałem w niedługim czasie wprost w oko klienta) i bezpłciowe czarne spodnie budzi większe zaufanie niż pracownica w eleganckiej sukience. Jednak zauważyłam, że elegancja w ubiorze powoduje parę punktów procentowych w odbiorze więcej bo pokazuje szacunek dla drugiej strony i ułatwia kontakt.

I tu mały powrót do pracy w administracji. Znam dużo bardziej doświadczone koleżanki, które od zawsze chodzą w garsonkach (takie zapomniane słówko ale jakże ładne), białych wykrochmalonych bluzkach i te panie stanowią przykład profesjonalizmu, „wychowały” niejedno pokolenie przyszłych pracowników administracji i są takie, które na oficjalnym spotkaniu ubiorą się w legginsy w zwierzęcy print i nigdy nie pójdą wyżej w karierze bo są traktowane z przymrużeniem oka jako lokalny folklor. Nie wszędzie w administracji jest już tak, że np. przełożony porozmawia z taką osobą na temat ubioru, choć znam takie przypadki, ale daje to przynajmniej satysfakcję, że jednak wyższe stanowiska zobowiązują do dbałości o ubiór a przykłady negatywne spotyka się częściej wśród stanowisk niższych. Pierwsze panie, z dawnych czasów wiedzą, że schludność i stosowność w ubiorze to podstawa i choć może ta garsonka już trochę niemodna, to i tak zawsze profesjonalna.

Nie wszystko jest czarno-białe i nie każdy musi nosić garsonki – jak zwykle są rozwiązania pośrednie. Sportowa elegancja to też elegancja ale to na inny wpis:)

I jeszcze na koniec z uwagi, że tytuł bloga zobowiązuje słówko o szpilkach. One „robią robotę” – tak mi powiedziała moja koleżanka urzędniczka wyciągając szpilki na ważne spotkania schowane pod biurkiem. Tak wiele z nas zatrudnionych w administracji wie, że klapek na korku czy rozklapana balerinka powodzenia nie daje.

P. S. Nie każdemu szpilka pisana. Czasami lepiej zadbać o ładne balerinki niż męczyć się na szpilkach nie do końca wiedząc jak się na nich chodzi;) Spójrzcie na moją idolkę Audrey Hepburn, była wysoka, więc w balerinkach prezentowała się pięknie i szykownie, tak, że nie można było od niej oczu oderwać.

Ciekawa jestem co Wy sądzicie na temat dress code…