Aplikacja legislacyjna – jak przetrwać i zdać

Każdy absolwent prawa jednym tchem wymienia najpopularniejsze aplikacje korporacyjne: adwokacka, radcowska, sędziowsko-prokuratorska czy notarialna. Z wymienieniem innych już jest gorzej. A jest ich jeszcze kilka. Jedną z takich aplikacji niszowych, mniej znanych jest aplikacja legislacyjna. Tę ukończyłam dwa lata temu i uwierzcie mi lub nie to nie był czas łatwy. Poniżej parę porad jak odnaleźć się na aplikacji.

Na początek parę formalności. Organizatorem aplikacji jest Rządowe Centrum Legislacji i to RCL określa m. in. limity przyjęć na aplikację w danym roku czy program aplikacji.

Aplikacja trwa 10 miesięcy, podczas których co mniej więcej drugi czwartek aplikanci przychodzą na całodzienne wykłady. Ponadto w indywidualnie ustalonych terminach spotykają się z wyznaczonymi przez RCL patronami.

W odróżnieniu od aplikacji korporacyjnych dostanie się na aplikację legislacyjną nie zależy tylko i wyłącznie od naszego chcenia, rzetelnej nauki i w konsekwencji zdania egzaminu wstępnego. Po pierwsze tę aplikację odbywać mogą zgodnie z przepisami następujące osoby: członkowie korpusu służby cywilnej, urzędnicy, o których mowa w art. 71 ust. 1 ustawy z dnia 16 września 1982 r. o pracownikach urzędów państwowych, żołnierze zawodowi, funkcjonariusze służb oraz pracownicy samorządowi. Drugi warunek jest taki, że na aplikację musi nas skierować dyrektor generalny urzędu, w którym jesteśmy zatrudnieni.

Formalnościom macie za sobą i zostaliście skierowani przez wasz urząd na aplikację? Świetnie! Teraz jeszcze trzeba jeszcze udowodnić RCL, że stanowi się materiał na legislatora. W tym celu należy przygotować życiorys, w którym należy wskazać doświadczenie w pracy legislatora oraz przeprocedowane projekty aktów prawnych. Kochani piszcie co robiliście. Jeśli pomagaliście przy czymś większym nie bójcie się pytać o pozwolenie na zgodę wpisania tego faktu.

To zdjęcie ma już wartość archiwalną bo zmieniła się siedziba RCL. Kto pamięta tamtejsze złote windy?

Dwa i pół roku temu szczęśliwie przeszłam ten proces naboru i zakwalifikowałam się na aplikację (bardzo dziękuję w tym miejscu tym, którzy we mnie uwierzyli i mnie tam wysłali). Oprócz mnie z mojego urzędu wysłany został kolega A. Na marginesie, z kolegą A. znaliśmy się wcześniej i raczej to była, cytując klasyka, „szorstka przyjaźń”. Jednak wspólne zamiłowanie, odkryte na przynudnych wykładach, do pewnej marki z symbolem nadgryzionego jabłka zmieniło to i teraz mamy naprawdę fajne koleżeństwo:)

Z rzeczy ważnych! Pamiętajcie, że egzamin końcowy to pewna składowa kilku elementów. Liczą się:

  • obecność na wykładach,
  • wymagana liczba godzin spotkań z patronem – na koniec wystawia on pisemną opinię o aplikancie,
  • zaliczona wskazana liczba udziału w komisjach prawniczych,
  • oddawanie prac domowych (w terminie!),
  • oczywiście wiedza wynikająca z materiału omawianego na wykładach,
  • choć niewielkie doświadczenie, dlatego jeśli macie chęć iść na aplikację od początku starajcie się nawet o niewielkie projekty własne.

Jak już wspominałam czas aplikacji to m.in. cykl wykładów oraz spotkań z patronem. Każdy z nas studiował, więc wiecie jak to jest z wykładami – niektóre są lepsze, inne gorsze, jedni wykładowcy mają pomysł i porywają słuchaczy, inni mogliby robić za zawodowych usypiaczy. Patroni, też są różni, ci którzy się faktycznie przejmują i ci którzy do tematu podchodzą nie wczuwając się zbytnio. Ja akurat miałam to szczęście, że moja Patronka pracuje w trudnej działce legislacji, w rolnictwie. Tam się dużo dzieje: dużo aktów wdrażających prawo Unii Europejskiej, ASF-y, dziki, łosie, dopłaty, normy. Dlatego miałam wiele ciekawych przykładów legislacji bo jak wiecie najlepiej uczyć się na przykładach.

Aplikanci też są różni. Jedni mają bogate doświadczenie zawodowe i aplikacja stanowi dla nich forum wymiany myśli z wykładowcami i legislatorami. Inni dopiero co zaczęli i próbują złapać ten koniec sznurka, który pozwoli im załapać o co chodzi.

Miejsce zajęłam wśród wspaniałej grupy osób, z różnych urzędów, z różnym doświadczeniem i szybko złapaliśmy „chemię”, stworzyliśmy grupę na e-mailu, wspólnie się wspieraliśmy i wspólnie rozwiązywaliśmy kazusy na zajęciach i poza nimi:) Zresztą do tej pory mamy grupę na komunikatorze i cały czas utrzymujemy kontakt.

To ważne bo dołujących i trudnych momentów nie brakowało. Spotkałam się z opiniami, że takich młodych pracowników jak ja nie powinno się wysyłać na aplikację bo nie mamy odpowiedniego doświadczenia i robi się nam niedźwiedzią przysługę. To niesamowicie podcinało skrzydła. A jedna Pani legislator wzięła mnie na celownik po tym jak na komisji prawniczej siedziałam z iPadem i z niego pracowałam sobie na projekcie. No cóż na niektórych cyfryzacja działa jak płachta na byka…

Poziom stresu był taki, że niejeden doświadczony słuchacz miał momenty zwątpienia, a u mnie egzamin próbny zakończył się załamaniem totalnym, chęcią rzucenia tego w diabły i ogólną histerią. Dobrze, że miałam osoby, które mną potrząsnęły.

Nadszedł maj i trzeba było się już brać ostro do roboty. I to jest ta tytułowa część mojego wpisu – jak przetrwać i zdać. Po pierwsze nie warto być samemu. Warto mieć grupę, z którą trzymacie się razem, razem się motywujecie i wspieracie. Burze mózgów w takiej grupie są najlepsze i najbardziej efektywne.

Dobrym motywatorem do rozpoczęcia ostrych przygotowań był wyjazd integracyjny w czasie którego przewidziana była część pisemna i część ustna egzaminu.

Przygotowania zacznijcie od wykucia na blachę Konstytucji RP, ustawy o Radzie Ministrów, Regulaminu Prac Rady Ministrów, ustawy o ogłaszaniu aktów normatywnych i niektórych innych aktów prawnych oraz last but not least Zasad Techniki Prawodawczej. Obudzeni w nocy o północy cytujecie te akty bez zająknięcia. Pamiętajcie! Dla komisji egzaminacyjnej nie ma nic gorszego jeśli złapią was na nieumiejętności podstaw np. braku znajomości źródeł prawa. Czasami pytanie o podstawy jest kołem ratunkowym rzucanym przez komisję, więc warto żeby to koło nie okazało się betonowym.

Na koniec nauki to już dwa laptopy były w użyciu.

Potem warto zacząć przekopywać się przez olbrzymią stertę pytań egzaminacyjnych zebranych przez słuchaczy poprzednich roczników. To niesamowicie porządkuje wiedzę.

Moja koleżanka postawiła oprócz tego na kilka spotkań nauki grupowej. No cóż ja akurat nie byłam co do tego przekonana bo jest to raczej nauka pamięciowa. Co innego było, gdy na pierwszym roku studiów miałam logikę i rozwiązywanie zadań w grupie było rozwiązaniem idealnym bo po niejednej burzy mózgów można było znaleźć rozwiązanie nawet najtrudniejszych zadań.

Na koniec warto zostawić zagadnienia, które budzą waszą niepewność, macie z nimi mniej do czynienia w pracy zawodowej.

Ważne przed egzaminem jest jeszcze to, że warunkiem dopuszczenia do egzaminu jest udział w pięciu komisjach prawniczych. Oczywiście RCL zapewnia pewną pulę KP, w których mogą uczestniczyć aplikanci ale niestety jak zwykle pula ta jest za mała. Dlatego ja zwróciłam się do moich kolegów z Departamentu o to, że jeśli będą mieć zwołaną jakąś KP to żeby dawali mi znać, dzięki temu ja w nich uczestniczyłam wypełniając założone przez RCL minimum. Tutaj też warto pamiętać, aby zrobić tych komisji parę więcej, raczej jest to dobrze widziane przez komisję egzaminacyjną.

W tym miejscu mała dygresja, kolega, który jest teraz na aplikacji ma spokojną głowę bo udział w komisjach zaczął zaliczać od początku nauki a teraz w czasie, w którym jesteśmy raczej o komisje trudno. A on proszę bardzo zrobione i to „z górką”:)

Na egzaminie w części pisemnej macie do wyboru albo napisanie projektu aktu prawnego albo stanowiska prawno-legislacyjnego do projektu aktu prawnego lub projektu założeń projektu ustawy. Cóż… ja niestety królową opinii prawnych nie jestem. Na regulaminie wyścigów konnych zadanym przez Patronkę koncertowo wyłożyłam się kopytami do góry:D jednak, do końca, do momentu wywołania mojego nazwiska do losowania tematu pracy trwała we mnie walka w co celować. Tu na marginesie, jest pewien sposób by poznać czy to opinia czy akt prawny (ewentualna podpowiedź na priv). Rozsądek zwyciężył i jednak wybrałam akt prawny. W końcu chodzi o to, żeby zdać, a nie udowodnić coś światu. Na udowadnianie jest potem całe życie.

Jedna rada nie kombinujcie, chyba, że jesteście absolutnie pewni swojej wiedzy i koncepcji. Pamiętajcie, że tezę postawioną w pracy egzaminacyjnej trzeba obronić. Nie jesteście pewni? Lepiej iść ścieżką prostszą, mając w głowie, że możliwe są inne rozwiązania. Ja setki razy w myślach symulowałam sobie wypowiedź na temat przyjętego przeze mnie rozwiązania. Znałam absolutnie każdy szczegół swojej pracy. To ważne bo to też rzutuje na późniejsze nastawienie komisji, w jakimś sensie na tematykę pytań.

W kwestii egzaminu ustnego, powiem jedno tak jak to bywa, Ci, którzy byli przedstawiani jako pogromcy okazali się wyrozumiali i naprawdę w porządku, a Ci którzy mieli być bardziej przyjaźni okazali swoje oblicze. I nie powiem Wam tu, że spokojnie, że zdacie, itp. Myślę, że na pewno tak ale mimo, że zdawałam wiele egzaminów, ten kosztował mnie dużo stresu i nerwów (tyle km ile ja przeszłam w dniu egzaminu z nerwów to na dwa dni normę wyrobiłam) i wiem, że warto było.

Na koniec „smaczek” prosto z RCL: kto nie pił tam kawy ten nie zna życia. Na początku każdy nosem kręci, a z każdymi kolejnymi zajęciami nie nadążają z jej uzupełnianiem.

Jak przetrwać wirusa i nie zwariować

Nie wiem jak dla Was ale dla mnie sytuacja, w której obecnie się znaleźliśmy jest niezwykle trudna i nie chodzi tu wcale o możliwość zarażenia koronawirusem. Na tym polu nie będę się wypowiadać bo nie jestem lekarzem to nie moja działka. Ja mówię tutaj o przymusowej izolacji, której musimy się poddać.

Na pracy zdalnej jestem piąty tydzień. Gdy dotarła do mnie informacja o wysłaniu na pracę zdalną – pełna euforia, czego to ja nie zrobię w domu. Dwie godziny zaoszczędzone na dojazdach pomiędzy domem a pracą – luksus. Jeszcze ostatnie wytyczne od moich Dyrekcji – e-mail rozpoczynający i kończący pracę, info co się planuje robić i co się zrobiło i fruuu… można zacząć pracować zdalnie. Zaopatrzona w laptopa, nauczona aplikacji Teams, z przełączonym telefonem stacjonarnym ruszyłam do domu. Jeszcze przed wyjściem kwiatki podlałam bo przewidywane dwa tygodnie to jednak długo a ja niedawno wzbogaciłam swoje parapety o nowe okazy.

Zaczęło się. Wszystko zadziałało, „VPN connected”, ekran telewizora jako duży wyświetlacz do laptopa, teamsy radośnie bulgoczą zwiastując kolejne nadchodzące połączenie. Pierwsze dni prawie 8 h siedząc na twardo praca zdalna na grupie przy poprawianiu projektu ustawy. Kończąc trochę zezowata, wysyłam e-mail na koniec i ledwo zwlekam się z góry na parter żeby zjeść obiad. Ale nic, mając z tyłu głowy plany łapię się za szmatę bo przecież założenie było, że tak czystego domu jak na tej zdalnej pracy to ja nigdy jeszcze nie miałam. Oczywiście naprzemiennie, jeden dzień szmata, jeden dzień bieganie bo bez tego to od razu mi humor siada.

W międzyczasie przychodzą kolejne e-maile z kadr, że jednak to ta praca zdalna nie na dwa tygodnie ale do 10 kwietnia, a przed świętami to już ogłosili, że do odwołania. Oj! A ja już powoli zorientowana, że jednak tak jak myślałam ta praca zdalna to tak nie bardzo dla mnie. W pracy to można do kogoś podejść, pójść na spotkanie, ktoś odwiedzi nas, spotkamy się na kawie – są inni ludzie, jest jakieś życie, coś się dzieje. A tu jesteśmy my i nasz przyjaciel laptop. Niedługo już chyba nadam mu imię. Powoli zaczęłam łapać „doły” z powodu zamknięcia.

Na szczęście z pomocą na zamknięcie w domu przyszedł nam internet. Online można zwiedzać wiele miejsc, tak w Polsce, jak i za granicą. Otworem stoją Pałac w Wersalu, Musée d’Orsay, Luwr, Colloseum, Pałac Schönbrunn, i in. Wiele aplikacji mobilnych udostępnia niektóre swoje zbiory za darmo więc można na długi czas zaopatrzyć się w audiobooki, e-booki, materiały do nauki języków. Część teatrów udostępnia swoje przedstawienia online. To jest hit! Bez strojenia się można z poziomu swojej kanapy przenieść się do pięknych wnętrz teatralnych i oglądać całe spektakle. A może właśnie spektakl będzie mobilizacją by zmienić dres na jakiś bardziej szykowny strój?

Nowa rzeczywistość też zapanowała na spotkaniach towarzyskich. Chyba już nikogo nie dziwi spotykanie się z przyjaciółmi z użyciem telefonów, tabletów czy komputerów. Niestety to, że nie możemy się spotykać wymusza radzenie sobie w inny sposób, z wykorzystaniem zdobyczy technologii. Cóż jakie czasy takie spotkania!

Nie ma co narzekać, naprawdę uważam, że w tej sytuacji wszyscy starają się wspierać jak mogą i dlatego nie warto marudzić. Jest co robić, wystarczy się rozejrzeć. A może super rozwiązaniem okaże się życzliwe spojrzenie na rodzinę? Wspólne ułożenie puzzli czy gra w planszówki?

Od 20 kwietnia zostaną otwarte parki i lasy, można zacząć cieszyć się wiosną. I tak myślę, że niedługo znów będziemy mogli się zobaczyć w normalności.

Tego sobie i wam życzę:)

Zaczęło się w piątej klasie szkoły podstawowej.

Zapytacie co? Ekologia. W moim wydaniu nie jest w wersji radykalnej ale jest i to od dawna. Proste rzeczy, czynności, które dokładają moją cegiełkę do ochrony planety.

Ale od początku… W piątej klasie podstawówki z paru powodów moja mama zdecydowała o zmianie dla mnie szkoły. Pani Dyrektor zapytała moją mamę czy lubię zwierzęta. Mieliśmy w domu psa, mama znała mój stosunek do zwierzaków więc bez wahania powiedziała, że tak. Pani Dyrektor zawyrokowała: to pójdzie do klasy eksperymentalnej o profilu ekologicznym, wtedy 5A. Mieliśmy zwariowaną wychowczynię, zabierała nas na wycieczki, mierzyliśmy obwody drzew i sprawdzaliśmy z której strony porasta je mech, hodowaliśmy kurz a nasi rodzice na każdej wywiadówce mieli pogadankę ekologiczną np. o szkodliwości mikrofalówek. No i na wszystkie dolegliwości najlepszy był aloes:) Ale w sumie to też nie był taki początek mojej „ekologiczności”. Ja jestem z pokolenia, które pamięta wymianę makulatury na rolki papieru, wożenie szklanych butelek po wodzie Mazowszanka na wymianę. Teraz zaczyna to wracać. Nagle modne na nowo stają się płócienne torby, koszyki. W Warszawie powstają recyklomaty. Z jakiego powodu? Początek roku a w raz z nim szalejące w Australii pożary uwidoczniły, że problemy nie znikają a wręcz narastają. Myślę tu o postępujących zmianach klimatu. Kto z nas jeszcze pamięta białe święta? Teraz już tylko możemy zanucić „I’m dreaming of a white Christmas” z nadzieją, że nas matka natura zaskoczy. Teraz żeby dzieci zobaczyły śnieg, muszą je rodzice zabrać w góry bo o śniegu w mieście można pomarzyć. A i w górach nie są to już ilości takie jak dawniej. Na tych którzy cieszą się, że nie ma śniegu macham tylko ręką. Nie zdają sobie sprawy, że topniejący śnieg zasila potoki i rzeczki a także nasącza glebę. To jedne z wielu ze znaków, które musimy zacząć zauważać bo inaczej źle z nami będzie i to wcale nie jest przesada.

W związku z tym postanowiłam napisać parę przykładów jak ja staram się dbać o nasze wspólne dobro – naszą planetę. I nie jest to nic nadzwyczajnego – zwykłe czynności, które każdy z nas może wykonać a matka natura będzie miała lżej.

ŚMIECI

Podstawowe zasady segregacji śmieci stosowane były już u mnie w domu od dawna i kiedy zaczęły się pojawiać pierwsze pojemniki do segregacji, my z nich korzystaliśmy. Dlatego teraz nie jest dla nas żadnym kłopotem dostosowanie się do nowych zasad segregacji odpadów.

U mnie w pracy też już się pojawiły pojemniki na różnego rodzaju odpady.

Co więcej, powiem wam, że swego czasu gromadziłam makulaturę i pieniądze z jej sprzedaży odkładałam do skarbonki na wydatki domowe. Dzięki nim mieliśmy parę set złotych na dołożenie do lodówki i zmywarki, gdy niestety wymagały już wymiany. Niestety mój „biznes” padł bo teraz dostawcy makulatury muszą dopłacać odbiorcom.

WODA

W odwiecznej wojnie wanna czy prysznic zdecydowanie wygrywa prysznic w mojej rodzinie. Oszczędność czasu, wody i pieniędzy.

Dbamy również o to, aby kran był zakręcony w czasie mycia zębów czy, tak jak Panowie, golenia a odkręcany wtedy gdy jest taka potrzeba. Nie ma bezsensownego lania wody… i tego przysłowiowego i dosłownego:-P

Tu jeszcze parę słów o mojej ekopielęgnacji. Już dawno temu zrezygnowałam z płynów, każdy do czego innego, przy wieczornej pielęgnacji. Dla mnie płyn musi być jeden i ma zmywać porządnie buzię bez zostawiania żadnych tłustych filtrów. Dzięki temu zaoszczędzam nie tylko pieniążków, ale i nie zużywam ogromnej ilości płatków do twarzy. To także praktyczne przy pakowaniu na wyjazdy:D ale to już inna historia.

Parę moich eko akcesoriów do pielęgnacji twarzy

ENERGIA

Kolejna z takich rzeczy drobnych ale które może robimy nieświadomie, to złe ładowanie naszych sprzętów elektronicznych. Po pierwsze nie powinno się zostawiać np. telefonu na ładowanie na całą noc bo z jednej strony gdy bateria naładuje się do 100% zasilanie jest odcinane ale z drugiej po jakimś czasie ona się trochę rozładowuje i jest ładowana znowu. Dlatego ja teraz korzystam, z krótkich chwil kiedy mogę podładować telefon, smartwach czy inne urządzenia.

Gotowanie wody w czajniku? Gotuję tyle ile potrzebuję. Naprawdę nie ma sensu za każdym razem gotować pełnego czajnika.

Oczywiście o takich rzeczach jak wyłączanie świateł w pomieszczeniach, w których nie są w danym momencie potrzebne. To ja np. jestem tą osobą, która chodzi po korytarzach w urzędzie i wyłącza światła. Jakby ktoś szukał:D Nie lubię bezmyślnego palenia światła, ani to zdrowe na oczy, ani jak kiedyś przeczytałam na cerę (podobno od jarzeniówek mogą robić się przebarwienia – nie znam się, ale po co ryzykować). Nie ukrywam, że denerwuje mnie to, kiedy idę np. w sobotę po mieście i we wszystkich wieżowcach palą się światła. Zawsze się zastanawiam po co? Może ktoś wie? Są na tyle przeszklone, że widać, że raczej ludzi tam nie ma. Oczywiście jest to widowiskowe ale czy na pewno dobre?

WNĘTRZA

Rośliny. Naprawdę warto inwestować w rośliny w domu i w ogrodzie. Przede wszystkim dlatego, że to nasze zielone płuca i oczyszczają nam powietrze w domu ale też dlatego, że te ogrodowe są ważne dla owadów i dają im przetrwanie.

TRANSPORT

Oczywiście, też nie jestem idealna bo nikt nie jest i niestety np. często zbyt długo biorę prysznic, no a przede wszystkim jeżdżę do pracy sama samochodem. Wiem, że to nieekonomiczne i nieekologiczne ale lęk przed komunikacją miejską jest silniejszy:D Za to w sezonie wiosenno-letnim przesiadam się na rower i codziennie dojeżdżam nim do pracy więc choć przez jakąś część roku w tym aspekcie przyczyniam się do ochrony środowiska. Także jak ktoś by miał zhejtować to myślę, że w miarę wychodzę na „zero” w tej kwestii.

A na koniec to do czego się kompletnie przekonałam – torby wielorazowego użytku. Mam jedną zawsze przy sobie, jedną w samochodzie. Jeżeli już niestety zdarza mi się kupić plastikową (jak pisałam, nie jestem idealna) również jest ona używana wielokrotnie. Stworzyliśmy na takie torby specjalne miejsce i każdy przed wyjściem na zakupy może sobie wziąć tyle ile ich potrzebuje.

Uroki archiwizacji

Archiwizacja! Kto zna te wie jaka to „przyjemność”. Szczególnie jeśli robicie archiwizację po kimś. Trudno poznać co ważne a co nadaje się tylko do niszczarki. Od czego zacząć? Kategorie archiwizacyjne zaczynają migać przed oczami. Teczki zwykłe, teczki bezkwasowe. Tabelki, numerowanie stron, opisywanie teczek. Znam ten koszmar z autopsji.

Pierwszy raz, gdy dostałam archiwizację wiedziałam, że zaszczyt ten dotknął mnie „po złości”. Dostałam kilka dużych kartonów papierów i radź sobie kobieto! Odkładałam to w czasie szukając kolejnych wymówek. W końcu zgodnie z zasadą co Cię nie zabije to wzmocni wzięłam się za to. Na szczęście mam kolegę, który z niejednymi szczurami uporządkował archiwa. Podobno szczury też dostały kategorie archiwizacyjne:-P Na początek zaczęłam od porządków. Dopóki dominował papier w administracji, pisma wysyłane były kilkoma drogami: pocztą tradycyjną, faxem, e-mailem. Kilkakrotnie drukowane, kserowne, z dekretacją i bez. Trzeba było wyodrębnić to co ma zostać, czyli przede wszystkim oryginały i pisma z dekretacją. Spokojnie możemy się pozbyć kopii, które nic nowego do sprawy nie wnoszą. Jak już uda nam się uporządkować sprawy zaczynamy je układać chronologicznie. Najbardziej restrykcyjne kategorie archiwizacyjne wymagają oczyszczenia pism ze zszywek, włożenia chronologicznie do teczki bezkwasowej, ponumerowania stron. Na wierzchu teczki umieszcza się tabelkę, w której wpisuje się opis sprawy i zakres numerów stron, które ona obejmuje. Wierzch teczki opisujemy wskazując okres spraw i nr stron, które ona obejmuje, kategorię archiwizacyjną. Przygotowujemy protokół przekazujący zarchwizowane dokumenty i już jesteśmy blisko celu, kiedy nagle znajdujemy jeden zagubiony dokument i cała sprawa się sypie. Numeracja, opis tabel, teczek i zabawa zaczyna się od nowa:D tak, tak, kto to robił zna to uczucie. Gasnąca nadzieją, że jest to jakaś kopia, którą da się ulotnić:D

Gdy udało mi się przejść całą ścieżkę i zdać szczęliwie zarchiwizowane dokumenty byłam dzień przed urlopem. Kamień spadł mi z serca i potoczył się z hukiem. Po tym robiłam jeszcze jedną archiwizację a w kolejnej pomagałam koledze.

Bardzo sobie chwalę, że te czasy bezpowrotnie minęły:) Jeżeli coś archiwizujemy to w elektronicznym systemie obiegu dokumentów. Ale to już inna bajka.

archiwum foldery róż