Wpis dla legislatorów i nie tylko. Od dłuższego już czasu niezwykle irytującym jest dla mnie powszechne użycie słowa „zapis” w kontekście omawiania przepisów prawa. Każdy z prawników studia na pierwszym roku rozpoczyna nie tylko od owianej złą sławą logiki i egzaminu z niej pustoszącego szeregi pierwszoroczniaków ale też od wstępu do prawoznawstwa, który przede wszystkim przygotowuje nas do stosowania prawidłowej terminologii prawniczej. Stąd moje zainteresowanie skąd w ostatnich latach niezwykła kariera słowa „zapis”.
Z uwagi na fakt, że sytuacja legislacyjna jest ostatnio w Polsce bardzo dynamiczna a szereg inicjatyw legislacyjnych wywołuje żywe dyskusje w mediach i nie tylko, co chwila przewija się słowo „zapis”. „Zapisy projektu ustawy”, „zapisy konstytucji” słychać wszędzie, „od prawa do lewa”, od prawników, dziennikarzy i zwykłych laików.
O ile w przypadku tych dwóch ostatnich grup może to nie dziwić o tyle zadziwia wśród prawników. Maniera użycia słowa „zapis” w miejsce „przepisu” czy „normy prawnej” jest o tyle brzydka bo ujawnia pewne niedbalstwo.
Przypomnijmy sobie jak to dokładnie jest. Instytucja „zapisu” występuje w kodeksie cywilnym w przepisach dotyczących prawa spadkowego a dokładnie w art. 981 i art. 9811 Kodeksu cywilnego, które stanowią odpowiednio o zapisie zwykłym i zapisie windykacyjnym. Zapis zresztą swoje korzenie wywodzi z prawa rzymskiego, w którym występował w formie legatu lub fideikomisu.
Tyle w temacie zapisu sensu stricto i jego prawidłowego użycia.
Nie wiem skąd zatem wzięło się użycie jako synonimu „przepisu” „zapisu”. W trakcie pracy nad aktami prawnymi zamiast nieszczęsnego „zapisu” możemy używać „normy prawnej”, „brzmienia przepisu” czy „propozycji brzmienia”.
W umowach natomiast zamiennie możemy używać „klauzul umownych” lub „postanowień”.
Pozwólmy powrócić „zapisowi” na jego właściwie miejsce dbając o czystość języka prawniczego (na marginesie przypominam, że język prawniczy i język prawny to też dwa odrębne pojęcia).
