Wpis dla legislatorów i nie tylko. Od dłuższego już czasu niezwykle irytującym jest dla mnie powszechne użycie słowa „zapis” w kontekście omawiania przepisów prawa. Każdy z prawników studia na pierwszym roku rozpoczyna nie tylko od owianej złą sławą logiki i egzaminu z niej pustoszącego szeregi pierwszoroczniaków ale też od wstępu do prawoznawstwa, który przede wszystkim przygotowuje nas do stosowania prawidłowej terminologii prawniczej. Stąd moje zainteresowanie skąd w ostatnich latach niezwykła kariera słowa „zapis”.
Z uwagi na fakt, że sytuacja legislacyjna jest ostatnio w Polsce bardzo dynamiczna a szereg inicjatyw legislacyjnych wywołuje żywe dyskusje w mediach i nie tylko, co chwila przewija się słowo „zapis”. „Zapisy projektu ustawy”, „zapisy konstytucji” słychać wszędzie, „od prawa do lewa”, od prawników, dziennikarzy i zwykłych laików.
O ile w przypadku tych dwóch ostatnich grup może to nie dziwić o tyle zadziwia wśród prawników. Maniera użycia słowa „zapis” w miejsce „przepisu” czy „normy prawnej” jest o tyle brzydka bo ujawnia pewne niedbalstwo.
Przypomnijmy sobie jak to dokładnie jest. Instytucja „zapisu” występuje w kodeksie cywilnym w przepisach dotyczących prawa spadkowego a dokładnie w art. 981 i art. 9811 Kodeksu cywilnego, które stanowią odpowiednio o zapisie zwykłym i zapisie windykacyjnym. Zapis zresztą swoje korzenie wywodzi z prawa rzymskiego, w którym występował w formie legatu lub fideikomisu.
Tyle w temacie zapisu sensu stricto i jego prawidłowego użycia.
Nie wiem skąd zatem wzięło się użycie jako synonimu „przepisu” „zapisu”. W trakcie pracy nad aktami prawnymi zamiast nieszczęsnego „zapisu” możemy używać „normy prawnej”, „brzmienia przepisu” czy „propozycji brzmienia”.
W umowach natomiast zamiennie możemy używać „klauzul umownych” lub „postanowień”.
Pozwólmy powrócić „zapisowi” na jego właściwie miejsce dbając o czystość języka prawniczego (na marginesie przypominam, że język prawniczy i język prawny to też dwa odrębne pojęcia).
Od moich czytelników dostałam prośby o bardziej wnikliwe rozpisanie trybów związania umową międzynarodową. Na aplikacji legislacyjnej są z tej procedury chyba dwa wykłady a jest ona dość skomplikowana i tak naprawdę dopiero w praktyce można się zorientować, jak stosować poszczególne tryby zawierania umów międzynarodowych.
Akty prawne, które regulują tę kwestię:
Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej z dnia 2 kwietnia 1997 r.
Ustawa z dnia 14 kwietnia 2000 r. o umowach międzynarodowych (Dz. U. z 2000 r. poz. 443)
Rozporządzenie Rady Ministrów z dnia 28 sierpnia 2000 r. w sprawie wykonania niektórych przepisów ustawy o umowach międzynarodowych (Dz. U. z 2000 r. poz. 891)
Na blogu chcę przedstawiać jak legislacja działa w praktyce bo przepisy można czytać i analizować długo ale najważniejsze po prostu wiedzieć jak one działają. I właśnie z racji tego, że chcę wam zawsze przedstawić materię w sposób jak najbardziej przystępny, moim punktem wyjścia będzie ustawa o umowach międzynarodowych.
Bazą dla określenia trybów są art. 12 i 13 ustawy o umowach międzynarodowych. Istnieją dwa podstawowe tryby: prosty i złożony.
Tryb prosty
W trybie prostym wyróżniłabym dalej tryb prosty i prostszy:D
Oba niezmiennie finalizuje zatwierdzenie przez Radę Ministrów (RM), z tą różnicą, że zatwierdzenie przez RM w trybie prostym odbywa się po podpisaniu umowy a w prostszym zatwierdzeniem jest już samo wydanie zgody przez RM na jej podpisanie. I teraz tłumaczę bo nie do końca można wyczuć tę różnicę.
Zgodnie z art. 13 ust. 1 ustawy o umowach międzynarodowych związanie umową jest możliwe po przejściu kolejno następujących po sobie etapów: rozpoczęciu i prowadzeniu negocjacji, przyjęciu tekstu umowy, wyrażeniu zgody na podpisanie umowy oraz podpisanie umowy. Każdy etap wymaga zgody RM na jego rozpoczęcie i stąd w trybie prostszym zatwierdzeniem jest samo wyrażenie zgody na podpisanie umowy a w trybie prostym zatwierdzenie następuje po podpisaniu tekstu.
Kiedy stosujemy każdy z trybów:
tryb prosty – każda umowa nie podlegająca ratyfikacji,
tryb prostszy – katalog przesłanek jest katalogiem otwartym ale raczej potrzeba podpisania takiej umowy wynika z ustawy lub innej umowy lub też zmienia ona obecnie obowiązującą umowę a przede wszystkim nie wypełnia przesłanek dla ratyfikacji, czyli de facto umowa podlegająca temu trybowi ma charakter raczej wtórny.
Tryb złożony
To jest tzw. ratyfikacja. Wyróżniamy dwa rodzaje ratyfikacji:
„mała ratyfikacja” – bez uprzedniej zgody wyrażonej w ustawie, Prezes Rady Ministrów zawiadamia Sejm o potrzebie podpisania takiej umowy,
„duża ratyfikacja” – do ratyfikacji wymagana jest zgoda wyrażona w ustawie.
Kiedy stosujemy każdy z trybów:
mała ratyfikacja – umowa nie wymaga ratyfikacji zgodnie z art. 89 ust. 1 Konstytucji RP
duża ratyfikacja – zamknięty katalog przesłanek w art. 89 ust. 1 Konstytucji RP a więc umowa dotyczy:
pokoju, sojuszy, układów politycznych lub układów wojskowych,
wolności, praw lub obowiązków obywatelskich określonych w Konstytucji,
członkostwa Rzeczypospolitej Polskiej w organizacji międzynarodowej,
znacznego obciążenia państwa pod względem finansowym,
spraw uregulowanych w ustawie lub w których Konstytucja wymaga ustawy.
W swojej pracy zacznijcie od określenia z jakim typem umowy macie do czynienia. Po kolei sprawdzajcie przesłanki wychodząc od dużej ratyfikacji a kończąc na najprostszym zatwierdzeniu.
Zgodnie z moim doświadczeniem bardzo ważne jest uzasadnienie do związania umową. Im lepsze jest na początku tym potem łatwiej rozszerzać je o kolejne elementy na następne etapy procesu. Zresztą o tym pisałam tutaj: Umowy międzynarodowe. Trochę inna odmiana legislacji.
Tak naprawdę wszystko co potrzebujecie jest w rozporządzeniu Rady Ministrów z dnia 28 sierpnia 2000 r. w sprawie wykonania niektórych przepisów ustawy o umowach międzynarodowych. Napisane jest naprawdę w przejrzysty sposób.
Dodatkowo warto poszukać podobnych umów bo rzadko się zdarza tak by już coś podobnego nie było procedowane. Problem jest taki, że dokumenty z procedury zatwierdzenia czy ratyfikacji nie są publikowane na Rządowym Procesie Legislacyjnym ale warto zwrócić się do Departamentu Koordynacji Procesu Legislacyjnego Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, na pewno podpowiedzą jakiś wzór. Ewentualnie też warto być na bieżąco w kontakcie z Departamentem Prawno-Traktatowym Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Oni najlepiej podpowiedzą co zawrzeć w treści, jaki tryb wybrać czy też jakie dokumenty dołączyć.
I na koniec pamiętajcie, że umowy ratyfikowane stanowią część porządku prawnego RP i podlegają publikacji w Dzienniku Ustaw RP.
Jeszcze z moich doświadczeń. Jeżeli umowa zawiera kwestie finansowe to na pewno ciężko jest skorzystać z trybu najprostszego. Najszybciej przeprowadzoną ratyfikację udało mi się zrobić w 8 miesięcy ale to naprawdę przy ciągłym monitorowaniu sprawy dlatego raczej warto przewidzieć raczej horyzont czasu jednego roku. I jeszcze w kwestii tłumaczeń – jeżeli umowa ma być zmieniona to koniecznie trzeba dbać o to by w tłumaczeniu umowy zmieniającej posługiwać się tym samym słownictwem co w tekście pierwotnym bo mogą być potem problemy z jej publikacją.
A wy jakie macie doświadczenia z umowami międzynarodowymi?
Półtora roku pracy zdalnej minęło nie wiadomo kiedy. Początkowo pakowałam się po skończonym dniu pracy na dwa tygodnie pracy zdalnej, zabierając najpotrzebniejsze notatki, ustawy i oczywiście laptopa. Ani my, ani nasi przełożeni nie spodziewaliśmy się, że tygodnie zamienią się w miesiące a te w cały rok i kolejne miesiące. Co się zmieniło przez ten rok w kwestii pracy w administracji? Jakie są wady i zalety? A przede wszystkim co dalej?
To co przyświecało mojej idei założenia bloga to chęć pokazania, że administracja się zmieniła i tak jak pisałam od początku jego istnienia, nie tworzą jej już ludzie, którzy nie mając lepszych perspektyw poszli pracować do administracji („bo czy się stoi czy się leży pensja się należy”) czyli tzw. „urzędasy” ale ludzie, z których wielu odniosłoby sukces w korporacji, specjaliści w swojej dziedzinie. Ludzie, którym się chce i wybrali administrację, dlatego bo chcieli a nie bo musieli.
Co zatem z pracą zdalną? Czy praca zdalna sprawdziła się w administracji? Czy ludzie zdali egzamin z wykonywania obowiązków podczas pracy zdalnej?
Nie bez powodu wyszłam w tym temacie od ludzi w administracji. To teraz w tym trudnym czasie okazało się jak ogromną rolę odgrywa cyfryzacja i jak ważne było stopniowe odchodzenie od papieru. Nie udałoby się to, gdyby nie wspaniali ludzie, którzy lansowali rozwiązania informatyczne pozwalające załatwiać sprawy urzędowe z poziomu własnej kanapy. Wyjęci ze swych budynków mogliśmy otworzyć laptopy i rozpocząć realizować swoje obowiązki bez uszczerbku dla nich. Systemy elektronicznego zarządzania dokumentacją, podpisy elektroniczne, e-maile wszystko zaczęło śmigać. Spotkania zdalne ustawione, można było zacząć działać. Ale to nie wszystko.
Gdyby nie cyfrowa tożsamość: profil zaufany i podpis osobisty (darmowe więc dostępne dla każdego) nie bylibyśmy w stanie załatwić spraw urzędowych bo obsady stanowisk ze względu na szalejącą epidemię były zmniejszone. A przecież terminy ustawowe nie czekają, dowody osobiste, prawa jazdy i inne dokumenty tracą ważność. Wiele z tych spraw już od dłuższego czasu możemy załatwić przez internet, ograniczając wizyty w urzędzie do minimum. I o to przecież chodzi a w tym dziwnym czasie nagle stało się nieodzowne.
Czy byliśmy my jako pracownicy administracji byliśmy na to gotowi? Tak i nie. Spotkanie zdalne to do tej pory jeszcze niektórym jawi się jako kontakt z kosmosem. A nagle się okazało, że w takim trybie mogą powstawać ogromne projekty. Czy ja kiedykolwiek podejrzewałam, że ogromny projekt ustawy będę sobie wyświetlać na ekranie telewizora w domu i będę na bieżąco zdalnie pracować nad nim z zespołem? No raczej nie ale daliśmy radę bo sytuacja tego wymagała. Nie wszyscy są jednak fanami takiej pracy i uważają, że jednak kontakt osobisty to kontakt osobisty.
Mimo to zwrócić trzeba uwagę na parę kwestii.
Po pierwsze wyjdę od przepisów aby rozróżnić pracę zdalną, telepracę i rozpowszechniony w prywatnym sektorze „home office”.
Telepraca jest to forma pracy uregulowana w kodeksie pracy i istnieje już od dawna. Jest ona jednak sformalizowana i przyznawana jest na wniosek pracownika.
W odróżnieniu od powyższego pojęcie pracy zdalnej zostało uregulowane w jednej z pierwszych specustaw a mianowicie ustawie z dnia 2 marca 2020 r. o szczególnych rozwiązaniach związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19, innych chorób zakaźnych oraz wywołanych nimi sytuacji kryzysowych i ma miejsce, gdy pracodawca poleca pracownikowi wykonywanie, przez czas oznaczony, pracy określonej w umowie o pracę, poza miejscem jej stałego wykonywania. Co ciekawe praca zdalna i używane zamiennie do niego home office nie są tym samym. Przyznaję się tego nie wiedziałam. Home office jest wykonywaniem pracy poza zakładem pracy w sposób okazjonalny.
Wątpliwości budzą w przypadku pracy zdalnej następujące kwestie:
jak traktować kwestie BHP przy pracy zdalnej. Nie wiem czy ktoś tak naprawdę wie jak traktować kwestie wypadków przy pracy w domu, np.: oblania się wrzątkiem przy robieniu herbaty, porażenia prądem czy przewrócenia się na śliskiej podłodze itp. Jak działają w takiej sytuacji przepisy BHP? Nie są to przecież przypadki nietypowe i po prostu sie zdarzają.
ekwiwalentu za koszty, które są ponoszone na pracy zdalnej: dostępu do internetu, prądu, wody. Oczywiście nie ponosimy kosztów dojazdu, ale po pierwsze nie zawsze to działa (niektórzy dostają się do pracy np. na piechotę lub rowerem) a poza tym wydaje się to nietrafionym argumentem w tej kwestii.
Poza tym coraz głośniej zaczyna być o tym, że jest dużo większe obciążenie obowiązkami, ludzie są przepracowani. Często jest to wynik tego, że pracodawcy traktują fakt, że oszczędność czasu na braku dojazdów do pracy i z pracy oraz dostęp do laptopów uzasadniania to, że mogą pracownicy pracować więcej i poza godzinami pracy. Przepisy covidowe w tej kwestii nie wyłączyły przepisów kodeksu pracy i nadal pracownika obowiązuje 8h czas pracy a praca ponad ten czas powinna być rozliczana zgodnie z przepisami.
Z kolei jeżeli chodzi o pracowników to niestety, też nie zawsze wszystko jest tak jak być powinno. Niektórzy w godzinach pracy zdążą np. zrobić pranie, ugotować obiad, pójść do sklepu i in. Cóż jakby normalnie pracowali w trybie stacjonarnym raczej by tego nie robili. Osobiście uważam, że nie jest to nic strasznego, bo i sytuacja jest wyjątkowa ale dobrze jeśli obowiązki zawodowe nie schodzą na dalszy plan.
Co dalej? Tego to chyba nikt nie. Coraz głośniej mówi się o nadchodzącym widmie 4 fali epidemii. Niektórzy próbują wracać w różnych wariantach pracy hybrydowej (łączenie pracy zdalnej i stacjonarnej). Ja i wielu znajomych ma nadzieję, że kiedy już wrócimy do normalności to praca zdalna nie zniknie i nadal będzie można z niej korzystać czy w to właśnie w trybie hybrydowym, czy też doraźnie w ramach potrzeb jako home office.
Każdy absolwent prawa jednym tchem wymienia najpopularniejsze aplikacje korporacyjne: adwokacka, radcowska, sędziowsko-prokuratorska czy notarialna. Z wymienieniem innych już jest gorzej. A jest ich jeszcze kilka. Jedną z takich aplikacji niszowych, mniej znanych jest aplikacja legislacyjna. Tę ukończyłam dwa lata temu i uwierzcie mi lub nie to nie był czas łatwy. Poniżej parę porad jak odnaleźć się na aplikacji.
Na początek parę formalności. Organizatorem aplikacji jest Rządowe Centrum Legislacji i to RCL określa m. in. limity przyjęć na aplikację w danym roku czy program aplikacji.
Aplikacja trwa 10 miesięcy, podczas których co mniej więcej drugi czwartek aplikanci przychodzą na całodzienne wykłady. Ponadto w indywidualnie ustalonych terminach spotykają się z wyznaczonymi przez RCL patronami.
W odróżnieniu od aplikacji korporacyjnych dostanie się na aplikację legislacyjną nie zależy tylko i wyłącznie od naszego chcenia, rzetelnej nauki i w konsekwencji zdania egzaminu wstępnego. Po pierwsze tę aplikację odbywać mogą zgodnie z przepisami następujące osoby: członkowie korpusu służby cywilnej, urzędnicy, o których mowa w art. 71 ust. 1 ustawy z dnia 16 września 1982 r. o pracownikach urzędów państwowych, żołnierze zawodowi, funkcjonariusze służb oraz pracownicy samorządowi. Drugi warunek jest taki, że na aplikację musi nas skierować dyrektor generalny urzędu, w którym jesteśmy zatrudnieni.
Formalnościom macie za sobą i zostaliście skierowani przez wasz urząd na aplikację? Świetnie! Teraz jeszcze trzeba jeszcze udowodnić RCL, że stanowi się materiał na legislatora. W tym celu należy przygotować życiorys, w którym należy wskazać doświadczenie w pracy legislatora oraz przeprocedowane projekty aktów prawnych. Kochani piszcie co robiliście. Jeśli pomagaliście przy czymś większym nie bójcie się pytać o pozwolenie na zgodę wpisania tego faktu.
To zdjęcie ma już wartość archiwalną bo zmieniła się siedziba RCL. Kto pamięta tamtejsze złote windy?
Dwa i pół roku temu szczęśliwie przeszłam ten proces naboru i zakwalifikowałam się na aplikację (bardzo dziękuję w tym miejscu tym, którzy we mnie uwierzyli i mnie tam wysłali). Oprócz mnie z mojego urzędu wysłany został kolega A. Na marginesie, z kolegą A. znaliśmy się wcześniej i raczej to była, cytując klasyka, „szorstka przyjaźń”. Jednak wspólne zamiłowanie, odkryte na przynudnych wykładach, do pewnej marki z symbolem nadgryzionego jabłka zmieniło to i teraz mamy naprawdę fajne koleżeństwo:)
Z rzeczy ważnych! Pamiętajcie, że egzamin końcowy to pewna składowa kilku elementów. Liczą się:
obecność na wykładach,
wymagana liczba godzin spotkań z patronem – na koniec wystawia on pisemną opinię o aplikancie,
zaliczona wskazana liczba udziału w komisjach prawniczych,
oddawanie prac domowych (w terminie!),
oczywiście wiedza wynikająca z materiału omawianego na wykładach,
choć niewielkie doświadczenie, dlatego jeśli macie chęć iść na aplikację od początku starajcie się nawet o niewielkie projekty własne.
Jak już wspominałam czas aplikacji to m.in. cykl wykładów oraz spotkań z patronem. Każdy z nas studiował, więc wiecie jak to jest z wykładami – niektóre są lepsze, inne gorsze, jedni wykładowcy mają pomysł i porywają słuchaczy, inni mogliby robić za zawodowych usypiaczy. Patroni, też są różni, ci którzy się faktycznie przejmują i ci którzy do tematu podchodzą nie wczuwając się zbytnio. Ja akurat miałam to szczęście, że moja Patronka pracuje w trudnej działce legislacji, w rolnictwie. Tam się dużo dzieje: dużo aktów wdrażających prawo Unii Europejskiej, ASF-y, dziki, łosie, dopłaty, normy. Dlatego miałam wiele ciekawych przykładów legislacji bo jak wiecie najlepiej uczyć się na przykładach.
Aplikanci też są różni. Jedni mają bogate doświadczenie zawodowe i aplikacja stanowi dla nich forum wymiany myśli z wykładowcami i legislatorami. Inni dopiero co zaczęli i próbują złapać ten koniec sznurka, który pozwoli im załapać o co chodzi.
Miejsce zajęłam wśród wspaniałej grupy osób, z różnych urzędów, z różnym doświadczeniem i szybko złapaliśmy „chemię”, stworzyliśmy grupę na e-mailu, wspólnie się wspieraliśmy i wspólnie rozwiązywaliśmy kazusy na zajęciach i poza nimi:) Zresztą do tej pory mamy grupę na komunikatorze i cały czas utrzymujemy kontakt.
To ważne bo dołujących i trudnych momentów nie brakowało. Spotkałam się z opiniami, że takich młodych pracowników jak ja nie powinno się wysyłać na aplikację bo nie mamy odpowiedniego doświadczenia i robi się nam niedźwiedzią przysługę. To niesamowicie podcinało skrzydła. A jedna Pani legislator wzięła mnie na celownik po tym jak na komisji prawniczej siedziałam z iPadem i z niego pracowałam sobie na projekcie. No cóż na niektórych cyfryzacja działa jak płachta na byka…
Poziom stresu był taki, że niejeden doświadczony słuchacz miał momenty zwątpienia, a u mnie egzamin próbny zakończył się załamaniem totalnym, chęcią rzucenia tego w diabły i ogólną histerią. Dobrze, że miałam osoby, które mną potrząsnęły.
Nadszedł maj i trzeba było się już brać ostro do roboty. I to jest ta tytułowa część mojego wpisu – jak przetrwać i zdać. Po pierwsze nie warto być samemu. Warto mieć grupę, z którą trzymacie się razem, razem się motywujecie i wspieracie. Burze mózgów w takiej grupie są najlepsze i najbardziej efektywne.
Dobrym motywatorem do rozpoczęcia ostrych przygotowań był wyjazd integracyjny w czasie którego przewidziana była część pisemna i część ustna egzaminu.
Przygotowania zacznijcie od wykucia na blachę Konstytucji RP, ustawy o Radzie Ministrów, Regulaminu Prac Rady Ministrów, ustawy o ogłaszaniu aktów normatywnych i niektórych innych aktów prawnych oraz last but not least Zasad Techniki Prawodawczej. Obudzeni w nocy o północy cytujecie te akty bez zająknięcia. Pamiętajcie! Dla komisji egzaminacyjnej nie ma nic gorszego jeśli złapią was na nieumiejętności podstaw np. braku znajomości źródeł prawa. Czasami pytanie o podstawy jest kołem ratunkowym rzucanym przez komisję, więc warto żeby to koło nie okazało się betonowym.
Na koniec nauki to już dwa laptopy były w użyciu.
Potem warto zacząć przekopywać się przez olbrzymią stertę pytań egzaminacyjnych zebranych przez słuchaczy poprzednich roczników. To niesamowicie porządkuje wiedzę.
Moja koleżanka postawiła oprócz tego na kilka spotkań nauki grupowej. No cóż ja akurat nie byłam co do tego przekonana bo jest to raczej nauka pamięciowa. Co innego było, gdy na pierwszym roku studiów miałam logikę i rozwiązywanie zadań w grupie było rozwiązaniem idealnym bo po niejednej burzy mózgów można było znaleźć rozwiązanie nawet najtrudniejszych zadań.
Na koniec warto zostawić zagadnienia, które budzą waszą niepewność, macie z nimi mniej do czynienia w pracy zawodowej.
Ważne przed egzaminem jest jeszcze to, że warunkiem dopuszczenia do egzaminu jest udział w pięciu komisjach prawniczych. Oczywiście RCL zapewnia pewną pulę KP, w których mogą uczestniczyć aplikanci ale niestety jak zwykle pula ta jest za mała. Dlatego ja zwróciłam się do moich kolegów z Departamentu o to, że jeśli będą mieć zwołaną jakąś KP to żeby dawali mi znać, dzięki temu ja w nich uczestniczyłam wypełniając założone przez RCL minimum. Tutaj też warto pamiętać, aby zrobić tych komisji parę więcej, raczej jest to dobrze widziane przez komisję egzaminacyjną.
W tym miejscu mała dygresja, kolega, który jest teraz na aplikacji ma spokojną głowę bo udział w komisjach zaczął zaliczać od początku nauki a teraz w czasie, w którym jesteśmy raczej o komisje trudno. A on proszę bardzo zrobione i to „z górką”:)
Na egzaminie w części pisemnej macie do wyboru albo napisanie projektu aktu prawnego albo stanowiska prawno-legislacyjnego do projektu aktu prawnego lub projektu założeń projektu ustawy. Cóż… ja niestety królową opinii prawnych nie jestem. Na regulaminie wyścigów konnych zadanym przez Patronkę koncertowo wyłożyłam się kopytami do góry:D jednak, do końca, do momentu wywołania mojego nazwiska do losowania tematu pracy trwała we mnie walka w co celować. Tu na marginesie, jest pewien sposób by poznać czy to opinia czy akt prawny (ewentualna podpowiedź na priv). Rozsądek zwyciężył i jednak wybrałam akt prawny. W końcu chodzi o to, żeby zdać, a nie udowodnić coś światu. Na udowadnianie jest potem całe życie.
Jedna rada nie kombinujcie, chyba, że jesteście absolutnie pewni swojej wiedzy i koncepcji. Pamiętajcie, że tezę postawioną w pracy egzaminacyjnej trzeba obronić. Nie jesteście pewni? Lepiej iść ścieżką prostszą, mając w głowie, że możliwe są inne rozwiązania. Ja setki razy w myślach symulowałam sobie wypowiedź na temat przyjętego przeze mnie rozwiązania. Znałam absolutnie każdy szczegół swojej pracy. To ważne bo to też rzutuje na późniejsze nastawienie komisji, w jakimś sensie na tematykę pytań.
W kwestii egzaminu ustnego, powiem jedno tak jak to bywa, Ci, którzy byli przedstawiani jako pogromcy okazali się wyrozumiali i naprawdę w porządku, a Ci którzy mieli być bardziej przyjaźni okazali swoje oblicze. I nie powiem Wam tu, że spokojnie, że zdacie, itp. Myślę, że na pewno tak ale mimo, że zdawałam wiele egzaminów, ten kosztował mnie dużo stresu i nerwów (tyle km ile ja przeszłam w dniu egzaminu z nerwów to na dwa dni normę wyrobiłam) i wiem, że warto było.
Na koniec „smaczek” prosto z RCL: kto nie pił tam kawy ten nie zna życia. Na początku każdy nosem kręci, a z każdymi kolejnymi zajęciami nie nadążają z jej uzupełnianiem.
Nie wiem jak dla Was ale dla mnie sytuacja, w której obecnie się znaleźliśmy jest niezwykle trudna i nie chodzi tu wcale o możliwość zarażenia koronawirusem. Na tym polu nie będę się wypowiadać bo nie jestem lekarzem to nie moja działka. Ja mówię tutaj o przymusowej izolacji, której musimy się poddać.
Na pracy zdalnej jestem piąty tydzień. Gdy dotarła do mnie informacja o wysłaniu na pracę zdalną – pełna euforia, czego to ja nie zrobię w domu. Dwie godziny zaoszczędzone na dojazdach pomiędzy domem a pracą – luksus. Jeszcze ostatnie wytyczne od moich Dyrekcji – e-mail rozpoczynający i kończący pracę, info co się planuje robić i co się zrobiło i fruuu… można zacząć pracować zdalnie. Zaopatrzona w laptopa, nauczona aplikacji Teams, z przełączonym telefonem stacjonarnym ruszyłam do domu. Jeszcze przed wyjściem kwiatki podlałam bo przewidywane dwa tygodnie to jednak długo a ja niedawno wzbogaciłam swoje parapety o nowe okazy.
Zaczęło się. Wszystko zadziałało, „VPN connected”, ekran telewizora jako duży wyświetlacz do laptopa, teamsy radośnie bulgoczą zwiastując kolejne nadchodzące połączenie. Pierwsze dni prawie 8 h siedząc na twardo praca zdalna na grupie przy poprawianiu projektu ustawy. Kończąc trochę zezowata, wysyłam e-mail na koniec i ledwo zwlekam się z góry na parter żeby zjeść obiad. Ale nic, mając z tyłu głowy plany łapię się za szmatę bo przecież założenie było, że tak czystego domu jak na tej zdalnej pracy to ja nigdy jeszcze nie miałam. Oczywiście naprzemiennie, jeden dzień szmata, jeden dzień bieganie bo bez tego to od razu mi humor siada.
W międzyczasie przychodzą kolejne e-maile z kadr, że jednak to ta praca zdalna nie na dwa tygodnie ale do 10 kwietnia, a przed świętami to już ogłosili, że do odwołania. Oj! A ja już powoli zorientowana, że jednak tak jak myślałam ta praca zdalna to tak nie bardzo dla mnie. W pracy to można do kogoś podejść, pójść na spotkanie, ktoś odwiedzi nas, spotkamy się na kawie – są inni ludzie, jest jakieś życie, coś się dzieje. A tu jesteśmy my i nasz przyjaciel laptop. Niedługo już chyba nadam mu imię. Powoli zaczęłam łapać „doły” z powodu zamknięcia.
Na szczęście z pomocą na zamknięcie w domu przyszedł nam internet. Online można zwiedzać wiele miejsc, tak w Polsce, jak i za granicą. Otworem stoją Pałac w Wersalu, Musée d’Orsay, Luwr, Colloseum, Pałac Schönbrunn, i in. Wiele aplikacji mobilnych udostępnia niektóre swoje zbiory za darmo więc można na długi czas zaopatrzyć się w audiobooki, e-booki, materiały do nauki języków. Część teatrów udostępnia swoje przedstawienia online. To jest hit! Bez strojenia się można z poziomu swojej kanapy przenieść się do pięknych wnętrz teatralnych i oglądać całe spektakle. A może właśnie spektakl będzie mobilizacją by zmienić dres na jakiś bardziej szykowny strój?
Nowa rzeczywistość też zapanowała na spotkaniach towarzyskich. Chyba już nikogo nie dziwi spotykanie się z przyjaciółmi z użyciem telefonów, tabletów czy komputerów. Niestety to, że nie możemy się spotykać wymusza radzenie sobie w inny sposób, z wykorzystaniem zdobyczy technologii. Cóż jakie czasy takie spotkania!
Nie ma co narzekać, naprawdę uważam, że w tej sytuacji wszyscy starają się wspierać jak mogą i dlatego nie warto marudzić. Jest co robić, wystarczy się rozejrzeć. A może super rozwiązaniem okaże się życzliwe spojrzenie na rodzinę? Wspólne ułożenie puzzli czy gra w planszówki?
Od 20 kwietnia zostaną otwarte parki i lasy, można zacząć cieszyć się wiosną. I tak myślę, że niedługo znów będziemy mogli się zobaczyć w normalności.
Zapytacie co? Ekologia. W moim wydaniu nie jest w wersji radykalnej ale jest i to od dawna. Proste rzeczy, czynności, które dokładają moją cegiełkę do ochrony planety.
Ale od początku… W piątej klasie podstawówki z paru powodów moja mama zdecydowała o zmianie dla mnie szkoły. Pani Dyrektor zapytała moją mamę czy lubię zwierzęta. Mieliśmy w domu psa, mama znała mój stosunek do zwierzaków więc bez wahania powiedziała, że tak. Pani Dyrektor zawyrokowała: to pójdzie do klasy eksperymentalnej o profilu ekologicznym, wtedy 5A. Mieliśmy zwariowaną wychowczynię, zabierała nas na wycieczki, mierzyliśmy obwody drzew i sprawdzaliśmy z której strony porasta je mech, hodowaliśmy kurz a nasi rodzice na każdej wywiadówce mieli pogadankę ekologiczną np. o szkodliwości mikrofalówek. No i na wszystkie dolegliwości najlepszy był aloes:) Ale w sumie to też nie był taki początek mojej „ekologiczności”. Ja jestem z pokolenia, które pamięta wymianę makulatury na rolki papieru, wożenie szklanych butelek po wodzie Mazowszanka na wymianę. Teraz zaczyna to wracać. Nagle modne na nowo stają się płócienne torby, koszyki. W Warszawie powstają recyklomaty. Z jakiego powodu? Początek roku a w raz z nim szalejące w Australii pożary uwidoczniły, że problemy nie znikają a wręcz narastają. Myślę tu o postępujących zmianach klimatu. Kto z nas jeszcze pamięta białe święta? Teraz już tylko możemy zanucić „I’m dreaming of a white Christmas” z nadzieją, że nas matka natura zaskoczy. Teraz żeby dzieci zobaczyły śnieg, muszą je rodzice zabrać w góry bo o śniegu w mieście można pomarzyć. A i w górach nie są to już ilości takie jak dawniej. Na tych którzy cieszą się, że nie ma śniegu macham tylko ręką. Nie zdają sobie sprawy, że topniejący śnieg zasila potoki i rzeczki a także nasącza glebę. To jedne z wielu ze znaków, które musimy zacząć zauważać bo inaczej źle z nami będzie i to wcale nie jest przesada.
W związku z tym postanowiłam napisać parę przykładów jak ja staram się dbać o nasze wspólne dobro – naszą planetę. I nie jest to nic nadzwyczajnego – zwykłe czynności, które każdy z nas może wykonać a matka natura będzie miała lżej.
ŚMIECI
Podstawowe zasady segregacji śmieci stosowane były już u mnie w domu od dawna i kiedy zaczęły się pojawiać pierwsze pojemniki do segregacji, my z nich korzystaliśmy. Dlatego teraz nie jest dla nas żadnym kłopotem dostosowanie się do nowych zasad segregacji odpadów.
U mnie w pracy też już się pojawiły pojemniki na różnego rodzaju odpady.
Co więcej, powiem wam, że swego czasu gromadziłam makulaturę i pieniądze z jej sprzedaży odkładałam do skarbonki na wydatki domowe. Dzięki nim mieliśmy parę set złotych na dołożenie do lodówki i zmywarki, gdy niestety wymagały już wymiany. Niestety mój „biznes” padł bo teraz dostawcy makulatury muszą dopłacać odbiorcom.
WODA
W odwiecznej wojnie wanna czy prysznic zdecydowanie wygrywa prysznic w mojej rodzinie. Oszczędność czasu, wody i pieniędzy.
Dbamy również o to, aby kran był zakręcony w czasie mycia zębów czy, tak jak Panowie, golenia a odkręcany wtedy gdy jest taka potrzeba. Nie ma bezsensownego lania wody… i tego przysłowiowego i dosłownego:-P
Tu jeszcze parę słów o mojej ekopielęgnacji. Już dawno temu zrezygnowałam z płynów, każdy do czego innego, przy wieczornej pielęgnacji. Dla mnie płyn musi być jeden i ma zmywać porządnie buzię bez zostawiania żadnych tłustych filtrów. Dzięki temu zaoszczędzam nie tylko pieniążków, ale i nie zużywam ogromnej ilości płatków do twarzy. To także praktyczne przy pakowaniu na wyjazdy:D ale to już inna historia.
Parę moich eko akcesoriów do pielęgnacji twarzy
ENERGIA
Kolejna z takich rzeczy drobnych ale które może robimy nieświadomie, to złe ładowanie naszych sprzętów elektronicznych. Po pierwsze nie powinno się zostawiać np. telefonu na ładowanie na całą noc bo z jednej strony gdy bateria naładuje się do 100% zasilanie jest odcinane ale z drugiej po jakimś czasie ona się trochę rozładowuje i jest ładowana znowu. Dlatego ja teraz korzystam, z krótkich chwil kiedy mogę podładować telefon, smartwach czy inne urządzenia.
Gotowanie wody w czajniku? Gotuję tyle ile potrzebuję. Naprawdę nie ma sensu za każdym razem gotować pełnego czajnika.
Oczywiście o takich rzeczach jak wyłączanie świateł w pomieszczeniach, w których nie są w danym momencie potrzebne. To ja np. jestem tą osobą, która chodzi po korytarzach w urzędzie i wyłącza światła. Jakby ktoś szukał:D Nie lubię bezmyślnego palenia światła, ani to zdrowe na oczy, ani jak kiedyś przeczytałam na cerę (podobno od jarzeniówek mogą robić się przebarwienia – nie znam się, ale po co ryzykować). Nie ukrywam, że denerwuje mnie to, kiedy idę np. w sobotę po mieście i we wszystkich wieżowcach palą się światła. Zawsze się zastanawiam po co? Może ktoś wie? Są na tyle przeszklone, że widać, że raczej ludzi tam nie ma. Oczywiście jest to widowiskowe ale czy na pewno dobre?
WNĘTRZA
Rośliny. Naprawdę warto inwestować w rośliny w domu i w ogrodzie. Przede wszystkim dlatego, że to nasze zielone płuca i oczyszczają nam powietrze w domu ale też dlatego, że te ogrodowe są ważne dla owadów i dają im przetrwanie.
TRANSPORT
Oczywiście, też nie jestem idealna bo nikt nie jest i niestety np. często zbyt długo biorę prysznic, no a przede wszystkim jeżdżę do pracy sama samochodem. Wiem, że to nieekonomiczne i nieekologiczne ale lęk przed komunikacją miejską jest silniejszy:D Za to w sezonie wiosenno-letnim przesiadam się na rower i codziennie dojeżdżam nim do pracy więc choć przez jakąś część roku w tym aspekcie przyczyniam się do ochrony środowiska. Także jak ktoś by miał zhejtować to myślę, że w miarę wychodzę na „zero” w tej kwestii.
A na koniec to do czego się kompletnie przekonałam – torby wielorazowego użytku. Mam jedną zawsze przy sobie, jedną w samochodzie. Jeżeli już niestety zdarza mi się kupić plastikową (jak pisałam, nie jestem idealna) również jest ona używana wielokrotnie. Stworzyliśmy na takie torby specjalne miejsce i każdy przed wyjściem na zakupy może sobie wziąć tyle ile ich potrzebuje.
Kolejne święta uświadomiły mi, że i również w tej kwestii zaszły zmiany w administracji. Do niedawna nieodłącznym elementem tygodnia poprzedzającego czas świąt było spotkanie wigilijne organizowane z udziałem kierownictwa ministerstwa czy urzędu podczas którego składano życzenia, po czym zapraszano na mały poczęstunek. Równocześnie też organizowane były także wigilie departamentalne. Obecnie coraz częściej zdarza się, że organizowane są wyjścia na miasto, tzw. „christmas party”, podczas których na luzie, ubrani np. w świąteczne sweterki możemy spędzić czas z ludźmi z pracy.
Wigilie w pracy mają to do siebie, że atmosfera takich spotkań jest dość sztywna. Jedni pracownicy chcąc zaplusować biegną do szefa z życzeniami wszelkiej pomyślności w czasie świąt i w nadchodzącym roku. Inni zajmują pozycje strategiczne przy zastawionym stole i gdy ty próbujesz dostać choć jednego pieroga oni już dawno są przy deserach (tak to jest wieloletnie doświadczenie życiowe, jak to mówią: „z niejednej wigilii się chleb jadło”). Jednak ani to wygodne ani miłe kiedy ktoś do nas podchodzi a my przełykając śledzia staramy się mu odwzajemnić życzenia.
Podobnie rzecz się ma z wigilią departamentalną. Najpierw rusza giełda kto co przyniesie. Oczywiście wielu próbuje zrobić aby się nie narobić czyli np. przyniosą chleb albo napoje. Ale co sprawniejsi wodzireje, bo zawsze tacy się znajdą, rozdadzą obowiązki i nieoczekiwanie otrzymuje się zadanie przyniesienia np. śledzi pod pierzynką.
Muszę przyznać, że nigdy nie lubiłam tych wigilii. Atmosfera napięta jak indiański łuk, wszyscy grzecznie stoją w kręgu z rękoma złożonymi na podołku, szef składa życzenia, zaprasza do jedzenia i… Zapada niezręczna cisza. Kto pierwszy się skusi? Komu pierwszemu będziemy patrzeć na ręce jak nakłada potrawy przytaszczone przez koleżanki i kolegów. Miałam zresztą kiedyś taką historię z cyklu wiadomo, że będzie dramat. Spóźniona wpadłam na takie spotkanie i nagle 20 czy więcej par oczu wlepiło mi się w ręce. Nieszczęśliwie było to akurat przed Wielkanocą, więc na stole królowało jajko, z którym zaczęłam walczyć niczym Gustlik w serialu „czterej pancerni i pies”. Nigdy więcej! Trauma pozostała do tej pory:/
Fajną opcją jest zatem wybranie się do restauracji. Restauracje mają przygotowane menu dla dużych grup z określoną ceną za osobę, w którą mamy wliczone jedzenie i picie. Jest to o tyle fajne, że jesteśmy poza pracą i możemy na luzie porozmawiać o sprawach spoza pracy. Po prostu się poznać. Choć z tym ostrożnie, przypominam tutaj mój wpis na temat tzw. small talk’ów https://szpilkinaurzedzie.com/2019/08/26/przemyslenia-na-temat-tzw-small-talk/
Oczywiście trzeba pamiętać, że z uwagi na to, że pracownicy administracji obracają się trochę w innych ramach formalnych niż pracownicy korporacji nie jest też łatwo, żeby przekonać ludzi z administracji do tego typu imprez ale warto próbować, bo naprawdę fajnie to wychodzi, choć oczywiście nie obywa się bez drobnych zgrzytów typu: a czemu w tym miejscu a nie gdzie indziej, a czy inny termin nie byłby lepszy itp. Ale taki to los organizatora i pomysłodawcy;-)
Jak to zawsze po wyborach. Jedni się cieszą, drudzy smucą, trzeci jak Napoleon snują plany taktyczne na najbliższe 4 lata, przewidując kto z kim wejdzie w koalicję, którego z posłów lub senatorów uda się podkupić, żeby zwiększyć liczebność wybranej przez siebie partii itp.
A jak wybory wpływają na pracę osób zatrudnionych w instytucjach publicznych? U nas oczywiście też wcale nie jest tak spokojnie. Na korytarzach i w pokojach zaczyna się dyskutowanie, czy obecny szef zostanie czy jednak nie, czy urząd zostanie w obecnym kształcie czy też nie itd., itp.
Co by jednak się nie wydarzyło, prace muszą toczyć się dalej a członkowie korpusu służby cywilnej (między innymi i ja) muszą robić swoje. I tutaj najważniejsze – nieważne czy wygra ta czy inna opcja polityczna musimy pozostawać neutralni politycznie. Podkreślam to bo wiele osób błędnie zakłada, że chodzi o to, że mamy być apolityczni.
Na czym polega różnica? Neutralni politycznie to znaczy, że wykonując swoje obowiązki wykonujemy je obiektywnie, niezależnie od własnych poglądów czy przekonań politycznych. Możemy oczywiście wyrażać zdanie co do realizowanych projektów ale nie z powodów politycznych, tylko z uwagi na naszą wiedzę specjalistyczną. Tak samo prywatnie nie możemy manifestować swoich poglądów politycznych. To zresztą jest doskonałe w sytuacji, gdy ktoś np. na jakimś spotkaniu próbuje nas nakłonić do dyskusji politycznej, a wiemy jak się to często kończy. Wtedy ujawniamy jako członek korpusu służby cywilnej i zasłaniamy naszą neutralnością. Niejedna impreza dzięki temu została uratowana:-P
Nie ma to zatem nic wspólnego z apolitycznością, w której po prostu dana osoba po prostu nie interesuje się polityką, stroni od niej i nie ma swoich poglądów politycznych.
Podsumowując poglądy polityczne możemy mieć i nikt nam tego nie może zabronić, natomiast publicznie czy prywatnie nie możemy ich manifestować.
I na koniec ciekawostka: czy wiecie, że zasada neutralności politycznej jest ograniczeniem konstytucyjnej zasady wolności wypowiedzi? Sama jednak konstytucja przewiduje, że „ograniczenia w zakresie korzystania z konstytucyjnych wolności i praw mogą być ustanawiane tylko w ustawie i tylko wtedy, gdy są konieczne w demokratycznym państwie dla jego bezpieczeństwa lub porządku publicznego, bądź dla ochrony środowiska, zdrowia i moralności publicznej, albo wolności i praw innych osób. Ograniczenia te nie mogą naruszać istoty wolności i praw.”.
Pierwszy taki wpis z cyklu przemyślenia. Na co dzień twierdzę, że mnie już nic nie dziwi a jednak… a jednak zawsze ktoś lub coś mnie zadziwi. Cóż to było tym razem?
Od zawsze wiedziałam, że w rozmowach nie pyta się kobiet o wiek. Nie mam nic przeciwko:) muszę jednak przyznać, że nie jestem mistrzem „small talków” czyli takich niezobowiązujących rozmów prowadzonych jakby w przelocie. Na pewno zawsze bezpieczne są rozmowy o pogodzie, a już o pogodzie w Polsce, w szczególności pogodzie nad morzem można rozmawiać godzinami:) Gdy jednak temat pogody został wyczerpany o czym rozmawiać dalej. Może jak mówimy o pogodzie to w tym wątku zapytać rozmówcę skąd jest, żeby porównać różnice klimatyczne? NIE! Nawet nie próbujcie! Ja popełniłam ten błąd w kontekście rozmowy o dojazdach do Warszawy. Wydawało mi się, że jeśli rozmawiam już z kimś o tym ile zajmują mu dojazdy do Warszawy to naturalne będzie, że zapytam o to skąd jest. Ha! Wcale nie. Zauważyłam konsternację na twarzy tej osoby i usłyszałam jakąś wymijającą odpowiedź w stylu podanie regionu czy jakiegoś większego miasta.
Pomyślałam – człowiek sztuki small talk’ów uczy się całe życie więc podzieliłam się wątpliwościami ze znajomymi. No i usłyszałam: „a bo ty chcesz wszystko wiedzieć” albo „nie każdy prowadzi życie na Facebooku”.
Powiem Wam, że to jeszcze bardziej pogłębiło moją konfuzję. W końcu nie pytałam o to osoby, którą pierwszy raz widzę na oczy tylko z którą już pracuję kolejny rok. Poza tym wynikło to naturalnie z rozmowy. Dlatego teraz nasunęły mi się w tej kwestii takie pytania: czy wynika to z jakiejś szeroko pojętej ochrony prywatności? Jeżeli tak to chyba po prostu można to powiedzieć. Zresztą nie pytam przecież o adres i kod pocztowy żeby sobie np. kredycik wziąć na konto tej osoby.
A może są to kompleksy? Jeśli tak to szkoda, bo Polska jest naprawdę piękna i może akurat w Waszej miejscowości lub niedaleko niej jest coś ciekawego do zobaczenia.
A wy co o tym sądzicie? Wypada czy nie wypada pytać o miejsce pochodzenia? A może już też mieliście podobne sytuacje?
Okres wakacyjny w pełni ale jeszcze troszkę pozostało do końca. Dlatego dzisiaj wpis o wakacyjnym niezbędniku. Akurat moja karta straciła ważność stąd pomysł na wpis. Na pewno wielu z Wam jeszcze się przyda i zapali się czerwona lampka w głowie, że jednak nie wszystko jeszcze spakowane:)
***
It’s a middle of summer, but still a little bit to the end. That is why today a post about a holiday must-have. My European Health Insurance Card has expired, hence the idea for a post. Certainly many of you find this useful and a red lamp will light up in your head that, however, not everything is packed yet 🙂 Get emergency and planned healthcare anywhere in the EU
***
Czasy się zmieniają, administracja też. To już nie jest tak, że przychodząc rano do pracy marzymy tylko o tym aby z niej wyjść. I nie pijemy kawusi spedzając czas na ploteczkach. Owszem ja rano idę do pokoju socjalnego i robię sobie w ekspresie kawę (nie widzę w tym nic złego, w końcu energia do pracy to podstawa). Ale, ale tak na marginesie – mamy pokoje socjalne. Kiedyś posiadanie czajnika w pokoju to była jedyna możliwość zrobienia sobie kawy czy herbaty. Teraz mamy przytulne i dobrze wyposażone pokoje socjalne, gdzie możemy odgrzać i zjeść w spokoju posiłek albo właśnie zrobić sobie kawy. Pamiętam opowieść mojej mamy, która kiedyś przyszła do urzędu, weszła do pokoju a tam urzędniczka akurat była przy drugim śniadaniu. Na dokumentach stał w całej okazałości słoik ogórków konserwowych a urzędniczka spokojnie zajadała kanapkę przegryzając ją ogórkiem trzymanym w palcach. Tak było…
To tak „od kuchni”. A co robimy? Staramy się ułatwić życie. Nie zawsze z sukcesem ale trochę rzeczy stało się łatwiejszych. Możemy je załatwić bez wychodzenia z domu, mając internet i wygodną kanapę.
Powszechnie spędzamy wakacyjny czas na zagranicznych wyjazdach. Od wielu lat niekończącą popularnością cieszy się Chorwacja, Grecja. Ostatnio coraz cześciej Polacy ruszają na złote piaski Bułgarii.
Podróżując po krajach Unii Europejskiej warto zaopatrzyć się w kartę EKUZ czyli Europejską Kartę Ubezpieczenia Zdrowotnego – potwierdza ona prawo do korzystania na koszt NFZ z niezbędnych świadczeń zdrowotnych w czasie tymczasowego pobytu na terenie innego państwa członkowskiego UE/EFTA. Nie ma nic gorszego niż choroba na wyjeździe, dlatego jeżeli możemy ograniczyć sobie związany z tym stres czemu tego nie zrobić. Do karty dołączana jest informacja na temat opieki zdrowotnej w poszczególnych krajach dlatego myślę, że warto poświęcić chwilę na jej wyrobienie.
Jak wyrobić kartę?
Najprościej można wniosek wypełnić, zeskanować, wysłać e-mailem do wojewódzkiego oddziału NFZ a karta zostanie przysłana do nas pocztą w ciągu paru dni? Można to zrobić za pomocą platformy e-PUAP, używając profilu zaufanego do podpisania wniosku. Założenie profilu zaufanego jest możliwe dzięki korzystaniu z usług bankowości elektronicznej.
Poniżej przydatne linki, żebyście nie tracili czasu na zbędne szukanie formularzy:
Przed urlopem zawsze jest dużo biegania, załatwiania, zamieszania. Korzystając z opisanych wyżej możliwości możemy sobie oszczędzić wyprawy do NFZ i straty czasu w kolejce. A dzięki karcie możemy cieszyć się urlopem w spokoju i podziwiać uroki zwiedzanych krajów.