Umowy międzynarodowe – niekochana przez legislatorów część legislacji

Od moich czytelników dostałam prośby o bardziej wnikliwe rozpisanie trybów związania umową międzynarodową. Na aplikacji legislacyjnej są z tej procedury chyba dwa wykłady a jest ona dość skomplikowana i tak naprawdę dopiero w praktyce można się zorientować, jak stosować poszczególne tryby zawierania umów międzynarodowych.

Akty prawne, które regulują tę kwestię:

  1. Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej z dnia 2 kwietnia 1997 r.
  2. Ustawa z dnia 14 kwietnia 2000 r. o umowach międzynarodowych (Dz. U. z 2000 r. poz. 443)
  3. Rozporządzenie Rady Ministrów z dnia 28 sierpnia 2000 r. w sprawie wykonania niektórych przepisów ustawy o umowach międzynarodowych (Dz. U. z 2000 r. poz. 891)

Na blogu chcę przedstawiać jak legislacja działa w praktyce bo przepisy można czytać i analizować długo ale najważniejsze po prostu wiedzieć jak one działają. I właśnie z racji tego, że chcę wam zawsze przedstawić materię w sposób jak najbardziej przystępny, moim punktem wyjścia będzie ustawa o umowach międzynarodowych.

Bazą dla określenia trybów są art. 12 i 13 ustawy o umowach międzynarodowych. Istnieją dwa podstawowe tryby: prosty i złożony.

Tryb prosty

W trybie prostym wyróżniłabym dalej tryb prosty i prostszy:D

Oba niezmiennie finalizuje zatwierdzenie przez Radę Ministrów (RM), z tą różnicą, że zatwierdzenie przez RM w trybie prostym odbywa się po podpisaniu umowy a w prostszym zatwierdzeniem jest już samo wydanie zgody przez RM na jej podpisanie. I teraz tłumaczę bo nie do końca można wyczuć tę różnicę.

Zgodnie z art. 13 ust. 1 ustawy o umowach międzynarodowych związanie umową jest możliwe po przejściu kolejno następujących po sobie etapów: rozpoczęciu i prowadzeniu negocjacji, przyjęciu tekstu umowy, wyrażeniu zgody na podpisanie umowy oraz podpisanie umowy. Każdy etap wymaga zgody RM na jego rozpoczęcie i stąd w trybie prostszym zatwierdzeniem jest samo wyrażenie zgody na podpisanie umowy a w trybie prostym zatwierdzenie następuje po podpisaniu tekstu.

Kiedy stosujemy każdy z trybów:

  • tryb prosty – każda umowa nie podlegająca ratyfikacji,
  • tryb prostszy – katalog przesłanek jest katalogiem otwartym ale raczej potrzeba podpisania takiej umowy wynika z ustawy lub innej umowy lub też zmienia ona obecnie obowiązującą umowę a przede wszystkim nie wypełnia przesłanek dla ratyfikacji, czyli de facto umowa podlegająca temu trybowi ma charakter raczej wtórny.

Tryb złożony

To jest tzw. ratyfikacja. Wyróżniamy dwa rodzaje ratyfikacji:

  • „mała ratyfikacja” – bez uprzedniej zgody wyrażonej w ustawie, Prezes Rady Ministrów zawiadamia Sejm o potrzebie podpisania takiej umowy,
  • „duża ratyfikacja” – do ratyfikacji wymagana jest zgoda wyrażona w ustawie.

Kiedy stosujemy każdy z trybów:

  • mała ratyfikacja – umowa nie wymaga ratyfikacji zgodnie z art. 89 ust. 1 Konstytucji RP
  • duża ratyfikacja – zamknięty katalog przesłanek w art. 89 ust. 1 Konstytucji RP a więc umowa dotyczy:
  1. pokoju, sojuszy, układów politycznych lub układów wojskowych,
  2. wolności, praw lub obowiązków obywatelskich określonych w Konstytucji,
  3. członkostwa Rzeczypospolitej Polskiej w organizacji międzynarodowej,
  4. znacznego obciążenia państwa pod względem finansowym,
  5. spraw uregulowanych w ustawie lub w których Konstytucja wymaga ustawy.

W swojej pracy zacznijcie od określenia z jakim typem umowy macie do czynienia. Po kolei sprawdzajcie przesłanki wychodząc od dużej ratyfikacji a kończąc na najprostszym zatwierdzeniu.

Zgodnie z moim doświadczeniem bardzo ważne jest uzasadnienie do związania umową. Im lepsze jest na początku tym potem łatwiej rozszerzać je o kolejne elementy na następne etapy procesu. Zresztą o tym pisałam tutaj: Umowy międzynarodowe. Trochę inna odmiana legislacji.

Tak naprawdę wszystko co potrzebujecie jest w rozporządzeniu Rady Ministrów z dnia 28 sierpnia 2000 r. w sprawie wykonania niektórych przepisów ustawy o umowach międzynarodowych. Napisane jest naprawdę w przejrzysty sposób.

Dodatkowo warto poszukać podobnych umów bo rzadko się zdarza tak by już coś podobnego nie było procedowane. Problem jest taki, że dokumenty z procedury zatwierdzenia czy ratyfikacji nie są publikowane na Rządowym Procesie Legislacyjnym ale warto zwrócić się do Departamentu Koordynacji Procesu Legislacyjnego Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, na pewno podpowiedzą jakiś wzór. Ewentualnie też warto być na bieżąco w kontakcie z Departamentem Prawno-Traktatowym Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Oni najlepiej podpowiedzą co zawrzeć w treści, jaki tryb wybrać czy też jakie dokumenty dołączyć.

I na koniec pamiętajcie, że umowy ratyfikowane stanowią część porządku prawnego RP i podlegają publikacji w Dzienniku Ustaw RP.

Jeszcze z moich doświadczeń. Jeżeli umowa zawiera kwestie finansowe to na pewno ciężko jest skorzystać z trybu najprostszego. Najszybciej przeprowadzoną ratyfikację udało mi się zrobić w 8 miesięcy ale to naprawdę przy ciągłym monitorowaniu sprawy dlatego raczej warto przewidzieć raczej horyzont czasu jednego roku. I jeszcze w kwestii tłumaczeń – jeżeli umowa ma być zmieniona to koniecznie trzeba dbać o to by w tłumaczeniu umowy zmieniającej posługiwać się tym samym słownictwem co w tekście pierwotnym bo mogą być potem problemy z jej publikacją.

A wy jakie macie doświadczenia z umowami międzynarodowymi?

Aplikacja legislacyjna – jak przetrwać i zdać

Każdy absolwent prawa jednym tchem wymienia najpopularniejsze aplikacje korporacyjne: adwokacka, radcowska, sędziowsko-prokuratorska czy notarialna. Z wymienieniem innych już jest gorzej. A jest ich jeszcze kilka. Jedną z takich aplikacji niszowych, mniej znanych jest aplikacja legislacyjna. Tę ukończyłam dwa lata temu i uwierzcie mi lub nie to nie był czas łatwy. Poniżej parę porad jak odnaleźć się na aplikacji.

Na początek parę formalności. Organizatorem aplikacji jest Rządowe Centrum Legislacji i to RCL określa m. in. limity przyjęć na aplikację w danym roku czy program aplikacji.

Aplikacja trwa 10 miesięcy, podczas których co mniej więcej drugi czwartek aplikanci przychodzą na całodzienne wykłady. Ponadto w indywidualnie ustalonych terminach spotykają się z wyznaczonymi przez RCL patronami.

W odróżnieniu od aplikacji korporacyjnych dostanie się na aplikację legislacyjną nie zależy tylko i wyłącznie od naszego chcenia, rzetelnej nauki i w konsekwencji zdania egzaminu wstępnego. Po pierwsze tę aplikację odbywać mogą zgodnie z przepisami następujące osoby: członkowie korpusu służby cywilnej, urzędnicy, o których mowa w art. 71 ust. 1 ustawy z dnia 16 września 1982 r. o pracownikach urzędów państwowych, żołnierze zawodowi, funkcjonariusze służb oraz pracownicy samorządowi. Drugi warunek jest taki, że na aplikację musi nas skierować dyrektor generalny urzędu, w którym jesteśmy zatrudnieni.

Formalnościom macie za sobą i zostaliście skierowani przez wasz urząd na aplikację? Świetnie! Teraz jeszcze trzeba jeszcze udowodnić RCL, że stanowi się materiał na legislatora. W tym celu należy przygotować życiorys, w którym należy wskazać doświadczenie w pracy legislatora oraz przeprocedowane projekty aktów prawnych. Kochani piszcie co robiliście. Jeśli pomagaliście przy czymś większym nie bójcie się pytać o pozwolenie na zgodę wpisania tego faktu.

To zdjęcie ma już wartość archiwalną bo zmieniła się siedziba RCL. Kto pamięta tamtejsze złote windy?

Dwa i pół roku temu szczęśliwie przeszłam ten proces naboru i zakwalifikowałam się na aplikację (bardzo dziękuję w tym miejscu tym, którzy we mnie uwierzyli i mnie tam wysłali). Oprócz mnie z mojego urzędu wysłany został kolega A. Na marginesie, z kolegą A. znaliśmy się wcześniej i raczej to była, cytując klasyka, „szorstka przyjaźń”. Jednak wspólne zamiłowanie, odkryte na przynudnych wykładach, do pewnej marki z symbolem nadgryzionego jabłka zmieniło to i teraz mamy naprawdę fajne koleżeństwo:)

Z rzeczy ważnych! Pamiętajcie, że egzamin końcowy to pewna składowa kilku elementów. Liczą się:

  • obecność na wykładach,
  • wymagana liczba godzin spotkań z patronem – na koniec wystawia on pisemną opinię o aplikancie,
  • zaliczona wskazana liczba udziału w komisjach prawniczych,
  • oddawanie prac domowych (w terminie!),
  • oczywiście wiedza wynikająca z materiału omawianego na wykładach,
  • choć niewielkie doświadczenie, dlatego jeśli macie chęć iść na aplikację od początku starajcie się nawet o niewielkie projekty własne.

Jak już wspominałam czas aplikacji to m.in. cykl wykładów oraz spotkań z patronem. Każdy z nas studiował, więc wiecie jak to jest z wykładami – niektóre są lepsze, inne gorsze, jedni wykładowcy mają pomysł i porywają słuchaczy, inni mogliby robić za zawodowych usypiaczy. Patroni, też są różni, ci którzy się faktycznie przejmują i ci którzy do tematu podchodzą nie wczuwając się zbytnio. Ja akurat miałam to szczęście, że moja Patronka pracuje w trudnej działce legislacji, w rolnictwie. Tam się dużo dzieje: dużo aktów wdrażających prawo Unii Europejskiej, ASF-y, dziki, łosie, dopłaty, normy. Dlatego miałam wiele ciekawych przykładów legislacji bo jak wiecie najlepiej uczyć się na przykładach.

Aplikanci też są różni. Jedni mają bogate doświadczenie zawodowe i aplikacja stanowi dla nich forum wymiany myśli z wykładowcami i legislatorami. Inni dopiero co zaczęli i próbują złapać ten koniec sznurka, który pozwoli im załapać o co chodzi.

Miejsce zajęłam wśród wspaniałej grupy osób, z różnych urzędów, z różnym doświadczeniem i szybko złapaliśmy „chemię”, stworzyliśmy grupę na e-mailu, wspólnie się wspieraliśmy i wspólnie rozwiązywaliśmy kazusy na zajęciach i poza nimi:) Zresztą do tej pory mamy grupę na komunikatorze i cały czas utrzymujemy kontakt.

To ważne bo dołujących i trudnych momentów nie brakowało. Spotkałam się z opiniami, że takich młodych pracowników jak ja nie powinno się wysyłać na aplikację bo nie mamy odpowiedniego doświadczenia i robi się nam niedźwiedzią przysługę. To niesamowicie podcinało skrzydła. A jedna Pani legislator wzięła mnie na celownik po tym jak na komisji prawniczej siedziałam z iPadem i z niego pracowałam sobie na projekcie. No cóż na niektórych cyfryzacja działa jak płachta na byka…

Poziom stresu był taki, że niejeden doświadczony słuchacz miał momenty zwątpienia, a u mnie egzamin próbny zakończył się załamaniem totalnym, chęcią rzucenia tego w diabły i ogólną histerią. Dobrze, że miałam osoby, które mną potrząsnęły.

Nadszedł maj i trzeba było się już brać ostro do roboty. I to jest ta tytułowa część mojego wpisu – jak przetrwać i zdać. Po pierwsze nie warto być samemu. Warto mieć grupę, z którą trzymacie się razem, razem się motywujecie i wspieracie. Burze mózgów w takiej grupie są najlepsze i najbardziej efektywne.

Dobrym motywatorem do rozpoczęcia ostrych przygotowań był wyjazd integracyjny w czasie którego przewidziana była część pisemna i część ustna egzaminu.

Przygotowania zacznijcie od wykucia na blachę Konstytucji RP, ustawy o Radzie Ministrów, Regulaminu Prac Rady Ministrów, ustawy o ogłaszaniu aktów normatywnych i niektórych innych aktów prawnych oraz last but not least Zasad Techniki Prawodawczej. Obudzeni w nocy o północy cytujecie te akty bez zająknięcia. Pamiętajcie! Dla komisji egzaminacyjnej nie ma nic gorszego jeśli złapią was na nieumiejętności podstaw np. braku znajomości źródeł prawa. Czasami pytanie o podstawy jest kołem ratunkowym rzucanym przez komisję, więc warto żeby to koło nie okazało się betonowym.

Na koniec nauki to już dwa laptopy były w użyciu.

Potem warto zacząć przekopywać się przez olbrzymią stertę pytań egzaminacyjnych zebranych przez słuchaczy poprzednich roczników. To niesamowicie porządkuje wiedzę.

Moja koleżanka postawiła oprócz tego na kilka spotkań nauki grupowej. No cóż ja akurat nie byłam co do tego przekonana bo jest to raczej nauka pamięciowa. Co innego było, gdy na pierwszym roku studiów miałam logikę i rozwiązywanie zadań w grupie było rozwiązaniem idealnym bo po niejednej burzy mózgów można było znaleźć rozwiązanie nawet najtrudniejszych zadań.

Na koniec warto zostawić zagadnienia, które budzą waszą niepewność, macie z nimi mniej do czynienia w pracy zawodowej.

Ważne przed egzaminem jest jeszcze to, że warunkiem dopuszczenia do egzaminu jest udział w pięciu komisjach prawniczych. Oczywiście RCL zapewnia pewną pulę KP, w których mogą uczestniczyć aplikanci ale niestety jak zwykle pula ta jest za mała. Dlatego ja zwróciłam się do moich kolegów z Departamentu o to, że jeśli będą mieć zwołaną jakąś KP to żeby dawali mi znać, dzięki temu ja w nich uczestniczyłam wypełniając założone przez RCL minimum. Tutaj też warto pamiętać, aby zrobić tych komisji parę więcej, raczej jest to dobrze widziane przez komisję egzaminacyjną.

W tym miejscu mała dygresja, kolega, który jest teraz na aplikacji ma spokojną głowę bo udział w komisjach zaczął zaliczać od początku nauki a teraz w czasie, w którym jesteśmy raczej o komisje trudno. A on proszę bardzo zrobione i to „z górką”:)

Na egzaminie w części pisemnej macie do wyboru albo napisanie projektu aktu prawnego albo stanowiska prawno-legislacyjnego do projektu aktu prawnego lub projektu założeń projektu ustawy. Cóż… ja niestety królową opinii prawnych nie jestem. Na regulaminie wyścigów konnych zadanym przez Patronkę koncertowo wyłożyłam się kopytami do góry:D jednak, do końca, do momentu wywołania mojego nazwiska do losowania tematu pracy trwała we mnie walka w co celować. Tu na marginesie, jest pewien sposób by poznać czy to opinia czy akt prawny (ewentualna podpowiedź na priv). Rozsądek zwyciężył i jednak wybrałam akt prawny. W końcu chodzi o to, żeby zdać, a nie udowodnić coś światu. Na udowadnianie jest potem całe życie.

Jedna rada nie kombinujcie, chyba, że jesteście absolutnie pewni swojej wiedzy i koncepcji. Pamiętajcie, że tezę postawioną w pracy egzaminacyjnej trzeba obronić. Nie jesteście pewni? Lepiej iść ścieżką prostszą, mając w głowie, że możliwe są inne rozwiązania. Ja setki razy w myślach symulowałam sobie wypowiedź na temat przyjętego przeze mnie rozwiązania. Znałam absolutnie każdy szczegół swojej pracy. To ważne bo to też rzutuje na późniejsze nastawienie komisji, w jakimś sensie na tematykę pytań.

W kwestii egzaminu ustnego, powiem jedno tak jak to bywa, Ci, którzy byli przedstawiani jako pogromcy okazali się wyrozumiali i naprawdę w porządku, a Ci którzy mieli być bardziej przyjaźni okazali swoje oblicze. I nie powiem Wam tu, że spokojnie, że zdacie, itp. Myślę, że na pewno tak ale mimo, że zdawałam wiele egzaminów, ten kosztował mnie dużo stresu i nerwów (tyle km ile ja przeszłam w dniu egzaminu z nerwów to na dwa dni normę wyrobiłam) i wiem, że warto było.

Na koniec „smaczek” prosto z RCL: kto nie pił tam kawy ten nie zna życia. Na początku każdy nosem kręci, a z każdymi kolejnymi zajęciami nie nadążają z jej uzupełnianiem.

Administracja jest kobietą a gdzie są w niej kobiety?

Z okazji minionego Dnia Kobiet postanowiłam poruszyć temat, który co jakiś czas jest podnoszony przez kobiety i, który w gąszczu ważniejszych spraw ginie. Mam tu na myśli feminatywy, czyli żeńskie końcówki rzeczowników, a w szczególności nazw zawodów. Jestem ciekawa co wy o tym myślicie – czy jesteście za, przeciw a może jest wam to po prostu obojętne?

By „Wędrowiec” – Teczka „Wędrowca”, „Wędrowiec”, no. 11, 1896, p. 212., Domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=77607830

Zacznę od historii, która mi się naprawdę przydarzyła. Byłam sekretarką, kiedy zadzwonił do mnie interesant z prośbą o informację. Nie byłam Panu w stanie jej udzielić ale wiedziałam, że mój kolega zajmuje się sprawą, więc skierowałam Pana do niego. Zanim się rozłączyliśmy, Pan zapytał mnie jakie stanowisko zajmuje kolega. I tu się zaczęło… Odpowiedziałam, że tak jak ja jest zatrudniony na stanowisku sekretarki. Wtedy Pan stwierdził, że on nie zadzwoni do mojego kolegi bo to jest bardzo ważny człowiek, który jest sekretarzem. Śmiać mi się chciało bo uparcie tłumaczyłam Panu, że skoro do mnie nie nie boi się dzwonić to do kolegi też może bo zajmujemy te same stanowiska. W głowie mu się nie mieściło, że mężczyzna może być zatrudniony na stanowisku typowo uznawanym za kobiece. Kiedy stwierdziłam, że sprawa jest beznadziejna powiedziałam, że niestety ja informacji, które Pan potrzebuje nie posiadam i jedyne co może zrobić to zadzwonić do kolegi. Po tej rozmowie zrobiło mi się przykro bo z jednej strony mój rozmówca nie był niegrzeczny, jednak dał mi odczuć, że mężczyzna nie może zajmować takiej pozycji jak sekretarka.

Krótkie wyjaśnienie. Tego czym się zajmuje sekretarka, chyba tłumaczyć nie muszę, natomiast sekretarz to w administracji może być przykładowo sekretarz stanu, czyli wiceminister albo sekretarz obsługujący merytorycznie i organizacyjnie np. komitet. To zdecydowanie inne stanowisko od sekretarki różniące się swoją charakterystyką i specyfiką. I tu nawet warto się przyjrzeć jeszcze jednej rzeczy. Zarówno sekretarką, jak i sekretarzem mogą być i kobiety i mężczyźni. Dwa różne stanowiska ale zawsze, któraś płeć jest pokrzywdzona.

Trzeba przyznać, że pod względem stanowisk administracja jest dość bezduszna i to raczej na korzyść mężczyzn. I tak mamy referendarzy, specjalistów, głównych specjalistów, itd. A gdzie są wśród nich kobiety? Jesteśmy wrzucone do jednego worka z mężczyznami. I tak np. ja jestem głównym specjalistą ds. legislacji. Legislacji, która nomen omen jest kobietą, parafrazując klasyka. Dlaczego nie mogę być główną specjalistką ds. legislacji? Tego mi na pewno nikt nie wyjaśni, poza tym, że tak było od zawsze, stanowiska te reguluje rozporządzenie do ustawy o służbie cywilnej więc trzeba się do tego stosować.

Uważam, że tu gdzie jest oczywiste powinny być stosowane formy odmieniane w zależności od płci. Kwestią sporną pozostaje odmiana takich zawodów czy stanowisko, jak poseł, minister, kopacz, itp., od których niestety formy żeńskie nie są oczywiste. Tutaj pozostawiam pole do popisu polonistom bo myślę, że język polski jest na tyle bogaty, że da się znaleźć właściwe formy. I niekoniecznie trzeba z nas kpić, że forma żeńska od kopacza to koparka a od kierowcy kierownica:/

Niestety Panowie musicie się pogodzić z tym, że jesteśmy wśród Was i możemy i chcemy wykonywać zawody, takie jak Wy. Jesteśmy informatyczkami, inżynierkami, dyrektorkami, piłkarkami, itd.

Wracając do historii z początku wpisu, zmiany następują. Teraz jeżeli zachodzi potrzeba zastąpienia naszej koleżanki, która obsługuje sekretariat, zastępujemy ją wszyscy równo, niezależnie od płci.

„Christmas party” w administracji

Kolejne święta uświadomiły mi, że i również w tej kwestii zaszły zmiany w administracji. Do niedawna nieodłącznym elementem tygodnia poprzedzającego czas świąt było spotkanie wigilijne organizowane z udziałem kierownictwa ministerstwa czy urzędu podczas którego składano życzenia, po czym zapraszano na mały poczęstunek. Równocześnie też organizowane były także wigilie departamentalne. Obecnie coraz częściej zdarza się, że organizowane są wyjścia na miasto, tzw. „christmas party”, podczas których na luzie, ubrani np. w świąteczne sweterki możemy spędzić czas z ludźmi z pracy.

Wigilie w pracy mają to do siebie, że atmosfera takich spotkań jest dość sztywna. Jedni pracownicy chcąc zaplusować biegną do szefa z życzeniami wszelkiej pomyślności w czasie świąt i w nadchodzącym roku. Inni zajmują pozycje strategiczne przy zastawionym stole i gdy ty próbujesz dostać choć jednego pieroga oni już dawno są przy deserach (tak to jest wieloletnie doświadczenie życiowe, jak to mówią: „z niejednej wigilii się chleb jadło”). Jednak ani to wygodne ani miłe kiedy ktoś do nas podchodzi a my przełykając śledzia staramy się mu odwzajemnić życzenia.

Podobnie rzecz się ma z wigilią departamentalną. Najpierw rusza giełda kto co przyniesie. Oczywiście wielu próbuje zrobić aby się nie narobić czyli np. przyniosą chleb albo napoje. Ale co sprawniejsi wodzireje, bo zawsze tacy się znajdą, rozdadzą obowiązki i nieoczekiwanie otrzymuje się zadanie przyniesienia np. śledzi pod pierzynką.

Muszę przyznać, że nigdy nie lubiłam tych wigilii. Atmosfera napięta jak indiański łuk, wszyscy grzecznie stoją w kręgu z rękoma złożonymi na podołku, szef składa życzenia, zaprasza do jedzenia i… Zapada niezręczna cisza. Kto pierwszy się skusi? Komu pierwszemu będziemy patrzeć na ręce jak nakłada potrawy przytaszczone przez koleżanki i kolegów. Miałam zresztą kiedyś taką historię z cyklu wiadomo, że będzie dramat. Spóźniona wpadłam na takie spotkanie i nagle 20 czy więcej par oczu wlepiło mi się w ręce. Nieszczęśliwie było to akurat przed Wielkanocą, więc na stole królowało jajko, z którym zaczęłam walczyć niczym Gustlik w serialu „czterej pancerni i pies”. Nigdy więcej! Trauma pozostała do tej pory:/

Fajną opcją jest zatem wybranie się do restauracji. Restauracje mają przygotowane menu dla dużych grup z określoną ceną za osobę, w którą mamy wliczone jedzenie i picie. Jest to o tyle fajne, że jesteśmy poza pracą i możemy na luzie porozmawiać o sprawach spoza pracy. Po prostu się poznać. Choć z tym ostrożnie, przypominam tutaj mój wpis na temat tzw. small talk’ów https://szpilkinaurzedzie.com/2019/08/26/przemyslenia-na-temat-tzw-small-talk/

Oczywiście trzeba pamiętać, że z uwagi na to, że pracownicy administracji obracają się trochę w innych ramach formalnych niż pracownicy korporacji nie jest też łatwo, żeby przekonać ludzi z administracji do tego typu imprez ale warto próbować, bo naprawdę fajnie to wychodzi, choć oczywiście nie obywa się bez drobnych zgrzytów typu: a czemu w tym miejscu a nie gdzie indziej, a czy inny termin nie byłby lepszy itp. Ale taki to los organizatora i pomysłodawcy;-)

Umowy międzynarodowe. Trochę inna odmiana legislacji.

Swego czasu starając się o awans zaproponowałam przyjęcie nowych obowiązków związanych z prowadzeniem umów międzynarodowych. W owym czasie z awansu nic nie wyszło ale umowy zostały ze mną. Poniżej kilka kwestii, które trzeba zwrócić uwagę a same w sobie umowy traktować jak podróże. Każda jest inna:)

Jak to z tymi umowami międzynarodowymi jest? Czy to naprawdę takie skomplikowane?

Podstawą jest dobry merytorycznie departament do spraw współpracy międzynarodowej bo łatwiej wtedy sprostać wyzwaniom, które stawia przed nami Ministerstwo Spraw Zagranicznych.

Najważniejsze jest od początku posiadanie dobrego uzasadnienia dlaczego w ogóle chcemy taką umową się związać. Uzasadnienie towarzyszy projektowi umowy od początku od etapu negocjacji treści umowy międzynarodowej. Potem jego szkielet nie musi ulegać radykalnym zmianom a jedynie na kolenych etapach procesu legislacyjnego jest rozbudowywany o kolejne niezbędne elementy.

Jeżeli chodzi o prowadzenie procesu związania Polski umową to oczywiście poruszacie się w obrębie 3 aktów prawnych: Konstytucja RP, ustawa o umowach międzynarodowych i rozporządzenie Rady Ministrów z dnia 28 sierpnia 2000 r. w sprawie wykonania niektórych przepisów ustawy o umowach międzynarodowych.

Ze swojej strony mogę też polecić ułożenie sobie dobrych stosunków z MSZ, bo dużo kwestii możecie omówić „na roboczo” co bardzo zaoszczędza czas a należy pamiętać, że proces związania umową międzynarodową jest długi i wieloetapowy. Dlatego też dokładnie czytajcie jakie dokumenty są wymagane na dany etap, żeby potem nie musieć ich dosyłać. Tak naprawdę ww. rozporządzenie to jest wasza checklista jakie dokumenty są wam potrzebne na dany etap i co musi zawierać uzasadnienie. I zwróćcie uwagę na załączniki do rozporządzenia bo nie warto tracić czasu na coś co zostało już określone.

Jest jeden dokument, który nie został nigdzie określony jak powinien wyglądać. Ja miałam z tym problem dlatego o tym wspominam. To jest dokument „informacja o zakresie i wynikach przeprowadzonego postępowania uzgadniającego”. Otóż to nie jest żaden skomplikowany dokument. Po prostu wskazujecie listę podmiotów, z którymi uzgodniono projekt i podsumowanie zawierające informację czy były uwagi czy nie. I wszystko.

I na koniec. Jeżeli do umów są wprowadzane jakieś zmiany to muszą one zostać przyjęte w takim trybie jak nastąpiło związanie Polski umową pierwotną. I to jest pierwsza ważna rzecz a druga ważna to kwestia tłumaczeń. Jeżeli przyjmujecie poprawki to warto sprawdzić jak kluczowe wyrazy były tłumaczone w umowie pierwotnej bo potem trzeba poprawiać tłumaczenie, jeśli wychodzą jakieś nieścisłości. Tutaj też należy pamiętać, że tak jak w przypadku aktów prawnych typu ustawa czy rozporządzenie, tak w przypadku umów międzynarodowych, wydaje się teksty jednolite. I to jest moment, kiedy ewentualne nieścisłości tłumaczeń można wyprostować.

I jeszcze jeden mały ukłon dla Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, że teraz dokumenty przekazywane są tylko w postaci elektronicznej bo przygotowanie kopii papierowych często szło w tysiące kartek nie dość że było szalenie nieekologiczne to jeszcze marnotrawiło czas przy drukarce.

Jeżeli macie jakieś pytania to śmiało piszcie. Podpowiem na pewno. Ja teraz zaczynam proces związania Polski dużą umową dlatego już czuję się jakbym wsiadała na rollcoaster:)

Załączam wam schemat procesu związania Polski umowami w różnych trybach.

4de5c824_061d_416d_b901_033b4ce23555

 

 

 

Przemyślenia… na temat tzw. „small talk”.

Pierwszy taki wpis z cyklu przemyślenia. Na co dzień twierdzę, że mnie już nic nie dziwi a jednak… a jednak zawsze ktoś lub coś mnie zadziwi. Cóż to było tym razem?

Od zawsze wiedziałam, że w rozmowach nie pyta się kobiet o wiek. Nie mam nic przeciwko:) muszę jednak przyznać, że nie jestem mistrzem „small talków” czyli takich niezobowiązujących rozmów prowadzonych jakby w przelocie. Na pewno zawsze bezpieczne są rozmowy o pogodzie, a już o pogodzie w Polsce, w szczególności pogodzie nad morzem można rozmawiać godzinami:) Gdy jednak temat pogody został wyczerpany o czym rozmawiać dalej. Może jak mówimy o pogodzie to w tym wątku zapytać rozmówcę skąd jest, żeby porównać różnice klimatyczne? NIE! Nawet nie próbujcie! Ja popełniłam ten błąd w kontekście rozmowy o dojazdach do Warszawy. Wydawało mi się, że jeśli rozmawiam już z kimś o tym ile zajmują mu dojazdy do Warszawy to naturalne będzie, że zapytam o to skąd jest. Ha! Wcale nie. Zauważyłam konsternację na twarzy tej osoby i usłyszałam jakąś wymijającą odpowiedź w stylu podanie regionu czy jakiegoś większego miasta.

Pomyślałam – człowiek sztuki small talk’ów uczy się całe życie więc podzieliłam się wątpliwościami ze znajomymi. No i usłyszałam: „a bo ty chcesz wszystko wiedzieć” albo „nie każdy prowadzi życie na Facebooku”.

Powiem Wam, że to jeszcze bardziej pogłębiło moją konfuzję. W końcu nie pytałam o to osoby, którą pierwszy raz widzę na oczy tylko z którą już pracuję kolejny rok. Poza tym wynikło to naturalnie z rozmowy. Dlatego teraz nasunęły mi się w tej kwestii takie pytania: czy wynika to z jakiejś szeroko pojętej ochrony prywatności? Jeżeli tak to chyba po prostu można to powiedzieć. Zresztą nie pytam przecież o adres i kod pocztowy żeby sobie np. kredycik wziąć na konto tej osoby.

A może są to kompleksy? Jeśli tak to szkoda, bo Polska jest naprawdę piękna i może akurat w Waszej miejscowości lub niedaleko niej jest coś ciekawego do zobaczenia.

A wy co o tym sądzicie? Wypada czy nie wypada pytać o miejsce pochodzenia? A może już też mieliście podobne sytuacje?

Nie martw się w wakacje – wyrób szybko i w prosty sposób kartę EKUZ.

Okres wakacyjny w pełni ale jeszcze troszkę pozostało do końca. Dlatego dzisiaj wpis o wakacyjnym niezbędniku. Akurat moja karta straciła ważność stąd pomysł na wpis. Na pewno wielu z Wam jeszcze się przyda i zapali się czerwona lampka w głowie, że jednak nie wszystko jeszcze spakowane:)

***

It’s a middle of summer, but still a little bit to the end. That is why today a post about a holiday must-have. My European Health Insurance Card has expired, hence the idea for a post. Certainly many of you find this useful and a red lamp will light up in your head that, however, not everything is packed yet 🙂 Get emergency and planned healthcare anywhere in the EU

***

Czasy się zmieniają, administracja też. To już nie jest tak, że przychodząc rano do pracy marzymy tylko o tym aby z niej wyjść. I nie pijemy kawusi spedzając czas na ploteczkach. Owszem ja rano idę do pokoju socjalnego i robię sobie w ekspresie kawę (nie widzę w tym nic złego, w końcu energia do pracy to podstawa). Ale, ale tak na marginesie – mamy pokoje socjalne. Kiedyś posiadanie czajnika w pokoju to była jedyna możliwość zrobienia sobie kawy czy herbaty. Teraz mamy przytulne i dobrze wyposażone pokoje socjalne, gdzie możemy odgrzać i zjeść w spokoju posiłek albo właśnie zrobić sobie kawy. Pamiętam opowieść mojej mamy, która kiedyś przyszła do urzędu, weszła do pokoju a tam urzędniczka akurat była przy drugim śniadaniu. Na dokumentach stał w całej okazałości słoik ogórków konserwowych a urzędniczka spokojnie zajadała kanapkę przegryzając ją ogórkiem trzymanym w palcach. Tak było…

To tak „od kuchni”. A co robimy? Staramy się ułatwić życie. Nie zawsze z sukcesem ale trochę rzeczy stało się łatwiejszych. Możemy je załatwić bez wychodzenia z domu, mając internet i wygodną kanapę.

disease-292571_960_720.jpg

Powszechnie spędzamy wakacyjny czas na zagranicznych wyjazdach. Od wielu lat niekończącą popularnością cieszy się Chorwacja, Grecja. Ostatnio coraz cześciej Polacy ruszają na złote piaski Bułgarii.

Podróżując po krajach Unii Europejskiej warto zaopatrzyć się w kartę EKUZ czyli Europejską Kartę Ubezpieczenia Zdrowotnego – potwierdza ona prawo do korzystania na koszt NFZ z niezbędnych świadczeń zdrowotnych w czasie tymczasowego pobytu na terenie innego państwa członkowskiego UE/EFTA. Nie ma nic gorszego niż choroba na wyjeździe, dlatego jeżeli możemy ograniczyć sobie związany z tym stres czemu tego nie zrobić. Do karty dołączana jest informacja na temat opieki zdrowotnej w poszczególnych krajach dlatego myślę, że warto poświęcić chwilę na jej wyrobienie.

Jak wyrobić kartę?

Najprościej można wniosek wypełnić, zeskanować, wysłać e-mailem do wojewódzkiego oddziału NFZ a karta zostanie przysłana do nas pocztą w ciągu paru dni? Można to zrobić za pomocą platformy e-PUAP, używając profilu zaufanego do podpisania wniosku. Założenie profilu zaufanego jest możliwe dzięki korzystaniu z usług bankowości elektronicznej.

Poniżej przydatne linki, żebyście nie tracili czasu na zbędne szukanie formularzy:

NFZ karta ekuz

ePUAP2

Przed urlopem zawsze jest dużo biegania, załatwiania, zamieszania. Korzystając z opisanych wyżej możliwości możemy sobie oszczędzić wyprawy do NFZ i straty czasu w kolejce. A dzięki karcie możemy cieszyć się urlopem w spokoju i podziwiać uroki zwiedzanych krajów.

UNADJUSTEDNONRAW_thumb_5d10

Miłego i zdrowego urlopu:)

Twój e-PIT czeka na Ciebie

Nowy rok poza tym, że zawsze zaczynamy z nowym postanowieniami czy oczekiwaniami, zaczynamy również od rozliczania się z fiskusem. Z tymi postanowieniami bywa różnie. Jedne zostaną zrealizowane inne nie. Na świecie jednak, jak stwierdził jeden z ojców-założycieli Benjamin Franklin, „pewne są tylko podatki i śmierć”. I tak do końca kwietnia każdego roku PIT musi zostać przez nas złożony.  

Ja pamiętam jeszcze te czasy, kiedy rozliczałam się papierowo i z reguły na ostatnią chwilę a potem trzeba było odstać swoje w długiej kolejce do złożenia PITu. Kopia PITu z prezentatą (pieczęć urzędowa z datą wpływu) lądowała w teczce, skrzętnie przechowywana „na wszelki wypadek”.

Po pewnym czasie pojawiły się przygotowane przez Ministerstwo Finansów interaktywne formularze i aplikacja e-Deklaracje. Wypełnienie formularza, szczególnie jeśli rozliczamy się indywidualnie, polegało na przepisaniu odpowiednich pozycji z PIT-11, przygotowanego przez pracodawcę. Potem już tylko wysyłka przy użyciu aplikacji i oczekiwanie na UPO, czyli urzędowe poświadczenie odbioru.

W tym roku, od 15 lutego została uruchomiona nowa usługa – e-PIT. Idąc za za zakładką FAQ na stronie portalu podatkowego: „twój e-PIT to automatycznie przygotowane i udostępnione przez Krajową Administrację Skarbową roczne zeznanie podatkowe osób fizycznych”.

Oczywiście pierwszego dnia serwery padły bo nagle wszyscy ruszyli do narodowego korzystania z nowej usługi e-administracji. We mnie ciekawość zwyciężyła trzeciego dnia po uruchomienia. „PIT-11 mam, nie ma na co czekać”. 

Krok po kroku instrukcja obsługi

Usługa jest dostępna na stronie portalu podatkowego. Wchodząc na stronę od razu wita nas baner „twój e-PIT czeka na Ciebie”. 

Zrzut ekranu 2019-02-24 o 22.31.45

Klikając przycisk Zobacz Twój e-PIT przechodzimy do instrukcji co jest nam potrzebne do zalogowania się.

Zrzut ekranu 2019-02-19 o 22.30.02.png

Ja wybrałam opcję logowania się przy użyciu Profilu zaufanego. Mi jest tak wygodnie bo nie muszę sięgać do teczki „na wszelki wypadek” i szukać w niej odpowiedniego PITu z kwotą przychodu.

Zrzut ekranu 2019-02-19 o 22.31.16

Ja już złożyłam swój PIT dlatego nie mogę Wam pokazać jak to wygląda dalej, natomiast wyświetla Wam się ekran z podstawowymi danymi, tj. opcja rozliczenia indywidualnego, z małżonkiem, korzystanie z ulg, przychód, podatek należny, organizacja pożytku publicznego na którą chcemy przekazać 1% podatku i to co najważniejsze czyli kwota nadpłaty lub niedopłaty. Te pozycje są już wypełnione domyślnie ale to co warto pamiętać: wszystko możecie sobie zmieniać oraz dodawać dodatkowe dokumenty.

Wypełnienie PITu to przyjemność. Mi to zajęło 5 minut. Wiem, że niektórym zajmie to więcej bo mają bardziej skomplikowane rozliczenia ale i tak robota jest wykonana za nas.

Na koniec prośba: sprawdzajcie wszystko dokładnie bo nie do końca jest tak, że po zalogowaniu domyślnie wyświetli się Wam rozliczenie takie jak dokonywaliście w poprzednim roku. Dziś moja koleżanka zwróciła mi na to uwagę. Ona rozlicza się z mężem, natomiast sytem domyślnie wyświetlił jej rozliczenie indywidualne. No cóż, cytując klasyka „nikt nie jest idealny”🙂 Dlatego sprawdźmy przed wysłaniem bo system też może się pomylić.

Uroki archiwizacji

Archiwizacja! Kto zna te wie jaka to „przyjemność”. Szczególnie jeśli robicie archiwizację po kimś. Trudno poznać co ważne a co nadaje się tylko do niszczarki. Od czego zacząć? Kategorie archiwizacyjne zaczynają migać przed oczami. Teczki zwykłe, teczki bezkwasowe. Tabelki, numerowanie stron, opisywanie teczek. Znam ten koszmar z autopsji.

Pierwszy raz, gdy dostałam archiwizację wiedziałam, że zaszczyt ten dotknął mnie „po złości”. Dostałam kilka dużych kartonów papierów i radź sobie kobieto! Odkładałam to w czasie szukając kolejnych wymówek. W końcu zgodnie z zasadą co Cię nie zabije to wzmocni wzięłam się za to. Na szczęście mam kolegę, który z niejednymi szczurami uporządkował archiwa. Podobno szczury też dostały kategorie archiwizacyjne:-P Na początek zaczęłam od porządków. Dopóki dominował papier w administracji, pisma wysyłane były kilkoma drogami: pocztą tradycyjną, faxem, e-mailem. Kilkakrotnie drukowane, kserowne, z dekretacją i bez. Trzeba było wyodrębnić to co ma zostać, czyli przede wszystkim oryginały i pisma z dekretacją. Spokojnie możemy się pozbyć kopii, które nic nowego do sprawy nie wnoszą. Jak już uda nam się uporządkować sprawy zaczynamy je układać chronologicznie. Najbardziej restrykcyjne kategorie archiwizacyjne wymagają oczyszczenia pism ze zszywek, włożenia chronologicznie do teczki bezkwasowej, ponumerowania stron. Na wierzchu teczki umieszcza się tabelkę, w której wpisuje się opis sprawy i zakres numerów stron, które ona obejmuje. Wierzch teczki opisujemy wskazując okres spraw i nr stron, które ona obejmuje, kategorię archiwizacyjną. Przygotowujemy protokół przekazujący zarchwizowane dokumenty i już jesteśmy blisko celu, kiedy nagle znajdujemy jeden zagubiony dokument i cała sprawa się sypie. Numeracja, opis tabel, teczek i zabawa zaczyna się od nowa:D tak, tak, kto to robił zna to uczucie. Gasnąca nadzieją, że jest to jakaś kopia, którą da się ulotnić:D

Gdy udało mi się przejść całą ścieżkę i zdać szczęliwie zarchiwizowane dokumenty byłam dzień przed urlopem. Kamień spadł mi z serca i potoczył się z hukiem. Po tym robiłam jeszcze jedną archiwizację a w kolejnej pomagałam koledze.

Bardzo sobie chwalę, że te czasy bezpowrotnie minęły:) Jeżeli coś archiwizujemy to w elektronicznym systemie obiegu dokumentów. Ale to już inna bajka.

archiwum foldery róż

Administracja papierem czy elektronizacją silna?

Jeszcze parę lat temu nie do pomyślenia było, że z urzędów zostanie wyeliminowany papier a zastąpi go elektroniczny obieg dokumentów. Teraz już nie tylko elektroniczny obieg dokumentów dominuje w urzędach ale też cały proces legislacyjny(Proces legislacyjny-brzmi może egzotycznie ale egzotyczny nie jest) odbywa się elektronicznie.

Początkowo sprawy toczyły się dwutorowo i było z tym dość dużo zachodu, Nieustająca walka z czasem, żeby pismo podpisane elektronicznie miało taką samą datę jak pismo podpisane w papierze. Bo wiecie na początku było przekonanie, że jednak papier to papier. Papier ma wartość urzędową! W konsekwencji otrzymywaliśmy 3 kopie tego samego pisma. Jedna była wysyłana pocztą tradycyjną, jedna (podpisana elektronicznie) ePUAPem a jedna pozostawała ad acta. Te czasy na szczęście minęły, uff….

Systemy do elektronicznego obiegu dokumentów są różne w różnych ministerstwach czy instytucjach. Ważne jest to, że przekazując dokumenty do elektronicznego podpisu, dyrektor, prezes czy minister dostają komplet dokumentów w sprawie i widzą jej całą historię. Dzięki temu nie ma też potrzeby drukowania ogromnych ilości załączników. I co ważne każda z osób ustawionych w „ścieżce akceptacji” może wprowadzić zmiany w piśmie. W drugiej opcji jeżeli przełożony uzna, że poprawki w piśmie są niezbędne to napisze mi to bądź w komentarzu na piśmie bądź w uwagach zwracając sprawę do poprawienia. Dzięki temu nie ma potrzeby drukowania kolejnych wersji tego pisma, z których część trafi po prostu do kosza.

Jak to się wszystko zmieniło zdałam sobie sprawę w zeszłym tygodniu, kiedy otrzymałam do opracowania wniosek o udostępnienie informacji publicznej (wysłany do wszystkich ministerstw). Zawarto w nim pytania, między innymi, takie jak: jak wygląda obieg dokumentów w procesie legislacyjnym, jak są publikowane wewnętrzne akty prawne itp. Na wszystkie pytania mogłam spokojnie odpowiedzieć: elektronicznie! Uważam to za ogromne osiągnięcie w administracji. Udało się w dużym stopniu wyeliminować papier.

Sami na pewno zauważacie, że wiele spraw można załatwić składając do urzędów dokumenty elektronicznie. Niedługo zacznie się czas rozliczania naszych podatków. Spokojnie możecie to zrobić z poziomu swojej kanapy używając interaktywnych formularzy lub aplikacji e-Deklaracje https://www.podatki.gov.pl/pit/e-deklaracje-pit/

Szafa strachu

Dzięki elektronizacji zniknęły szafy takie jak na zdjęciu. Wszyscy wiedzą co tam jest i czekają na śmiałka, który ją otworzy. Niestety jej otwarcie może mieć dramatyczne skutki. Naprężenia ciśnień upchniętych tam papierów (to są same ważne sprawy) może spowodować eksplozję. Niestety nie są to takie „szafy zniknięć” jak w Harrym Potterze. Raczej grożą one eksplozją porównywalną do eksplozji dzbana z powieści Joanny Chmielewskiej „Wszyscy jesteśmy podejrzani”.