Jak przetrwać wirusa i nie zwariować

Nie wiem jak dla Was ale dla mnie sytuacja, w której obecnie się znaleźliśmy jest niezwykle trudna i nie chodzi tu wcale o możliwość zarażenia koronawirusem. Na tym polu nie będę się wypowiadać bo nie jestem lekarzem to nie moja działka. Ja mówię tutaj o przymusowej izolacji, której musimy się poddać.

Na pracy zdalnej jestem piąty tydzień. Gdy dotarła do mnie informacja o wysłaniu na pracę zdalną – pełna euforia, czego to ja nie zrobię w domu. Dwie godziny zaoszczędzone na dojazdach pomiędzy domem a pracą – luksus. Jeszcze ostatnie wytyczne od moich Dyrekcji – e-mail rozpoczynający i kończący pracę, info co się planuje robić i co się zrobiło i fruuu… można zacząć pracować zdalnie. Zaopatrzona w laptopa, nauczona aplikacji Teams, z przełączonym telefonem stacjonarnym ruszyłam do domu. Jeszcze przed wyjściem kwiatki podlałam bo przewidywane dwa tygodnie to jednak długo a ja niedawno wzbogaciłam swoje parapety o nowe okazy.

Zaczęło się. Wszystko zadziałało, „VPN connected”, ekran telewizora jako duży wyświetlacz do laptopa, teamsy radośnie bulgoczą zwiastując kolejne nadchodzące połączenie. Pierwsze dni prawie 8 h siedząc na twardo praca zdalna na grupie przy poprawianiu projektu ustawy. Kończąc trochę zezowata, wysyłam e-mail na koniec i ledwo zwlekam się z góry na parter żeby zjeść obiad. Ale nic, mając z tyłu głowy plany łapię się za szmatę bo przecież założenie było, że tak czystego domu jak na tej zdalnej pracy to ja nigdy jeszcze nie miałam. Oczywiście naprzemiennie, jeden dzień szmata, jeden dzień bieganie bo bez tego to od razu mi humor siada.

W międzyczasie przychodzą kolejne e-maile z kadr, że jednak to ta praca zdalna nie na dwa tygodnie ale do 10 kwietnia, a przed świętami to już ogłosili, że do odwołania. Oj! A ja już powoli zorientowana, że jednak tak jak myślałam ta praca zdalna to tak nie bardzo dla mnie. W pracy to można do kogoś podejść, pójść na spotkanie, ktoś odwiedzi nas, spotkamy się na kawie – są inni ludzie, jest jakieś życie, coś się dzieje. A tu jesteśmy my i nasz przyjaciel laptop. Niedługo już chyba nadam mu imię. Powoli zaczęłam łapać „doły” z powodu zamknięcia.

Na szczęście z pomocą na zamknięcie w domu przyszedł nam internet. Online można zwiedzać wiele miejsc, tak w Polsce, jak i za granicą. Otworem stoją Pałac w Wersalu, Musée d’Orsay, Luwr, Colloseum, Pałac Schönbrunn, i in. Wiele aplikacji mobilnych udostępnia niektóre swoje zbiory za darmo więc można na długi czas zaopatrzyć się w audiobooki, e-booki, materiały do nauki języków. Część teatrów udostępnia swoje przedstawienia online. To jest hit! Bez strojenia się można z poziomu swojej kanapy przenieść się do pięknych wnętrz teatralnych i oglądać całe spektakle. A może właśnie spektakl będzie mobilizacją by zmienić dres na jakiś bardziej szykowny strój?

Nowa rzeczywistość też zapanowała na spotkaniach towarzyskich. Chyba już nikogo nie dziwi spotykanie się z przyjaciółmi z użyciem telefonów, tabletów czy komputerów. Niestety to, że nie możemy się spotykać wymusza radzenie sobie w inny sposób, z wykorzystaniem zdobyczy technologii. Cóż jakie czasy takie spotkania!

Nie ma co narzekać, naprawdę uważam, że w tej sytuacji wszyscy starają się wspierać jak mogą i dlatego nie warto marudzić. Jest co robić, wystarczy się rozejrzeć. A może super rozwiązaniem okaże się życzliwe spojrzenie na rodzinę? Wspólne ułożenie puzzli czy gra w planszówki?

Od 20 kwietnia zostaną otwarte parki i lasy, można zacząć cieszyć się wiosną. I tak myślę, że niedługo znów będziemy mogli się zobaczyć w normalności.

Tego sobie i wam życzę:)

Administracja jest kobietą a gdzie są w niej kobiety?

Z okazji minionego Dnia Kobiet postanowiłam poruszyć temat, który co jakiś czas jest podnoszony przez kobiety i, który w gąszczu ważniejszych spraw ginie. Mam tu na myśli feminatywy, czyli żeńskie końcówki rzeczowników, a w szczególności nazw zawodów. Jestem ciekawa co wy o tym myślicie – czy jesteście za, przeciw a może jest wam to po prostu obojętne?

By „Wędrowiec” – Teczka „Wędrowca”, „Wędrowiec”, no. 11, 1896, p. 212., Domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=77607830

Zacznę od historii, która mi się naprawdę przydarzyła. Byłam sekretarką, kiedy zadzwonił do mnie interesant z prośbą o informację. Nie byłam Panu w stanie jej udzielić ale wiedziałam, że mój kolega zajmuje się sprawą, więc skierowałam Pana do niego. Zanim się rozłączyliśmy, Pan zapytał mnie jakie stanowisko zajmuje kolega. I tu się zaczęło… Odpowiedziałam, że tak jak ja jest zatrudniony na stanowisku sekretarki. Wtedy Pan stwierdził, że on nie zadzwoni do mojego kolegi bo to jest bardzo ważny człowiek, który jest sekretarzem. Śmiać mi się chciało bo uparcie tłumaczyłam Panu, że skoro do mnie nie nie boi się dzwonić to do kolegi też może bo zajmujemy te same stanowiska. W głowie mu się nie mieściło, że mężczyzna może być zatrudniony na stanowisku typowo uznawanym za kobiece. Kiedy stwierdziłam, że sprawa jest beznadziejna powiedziałam, że niestety ja informacji, które Pan potrzebuje nie posiadam i jedyne co może zrobić to zadzwonić do kolegi. Po tej rozmowie zrobiło mi się przykro bo z jednej strony mój rozmówca nie był niegrzeczny, jednak dał mi odczuć, że mężczyzna nie może zajmować takiej pozycji jak sekretarka.

Krótkie wyjaśnienie. Tego czym się zajmuje sekretarka, chyba tłumaczyć nie muszę, natomiast sekretarz to w administracji może być przykładowo sekretarz stanu, czyli wiceminister albo sekretarz obsługujący merytorycznie i organizacyjnie np. komitet. To zdecydowanie inne stanowisko od sekretarki różniące się swoją charakterystyką i specyfiką. I tu nawet warto się przyjrzeć jeszcze jednej rzeczy. Zarówno sekretarką, jak i sekretarzem mogą być i kobiety i mężczyźni. Dwa różne stanowiska ale zawsze, któraś płeć jest pokrzywdzona.

Trzeba przyznać, że pod względem stanowisk administracja jest dość bezduszna i to raczej na korzyść mężczyzn. I tak mamy referendarzy, specjalistów, głównych specjalistów, itd. A gdzie są wśród nich kobiety? Jesteśmy wrzucone do jednego worka z mężczyznami. I tak np. ja jestem głównym specjalistą ds. legislacji. Legislacji, która nomen omen jest kobietą, parafrazując klasyka. Dlaczego nie mogę być główną specjalistką ds. legislacji? Tego mi na pewno nikt nie wyjaśni, poza tym, że tak było od zawsze, stanowiska te reguluje rozporządzenie do ustawy o służbie cywilnej więc trzeba się do tego stosować.

Uważam, że tu gdzie jest oczywiste powinny być stosowane formy odmieniane w zależności od płci. Kwestią sporną pozostaje odmiana takich zawodów czy stanowisko, jak poseł, minister, kopacz, itp., od których niestety formy żeńskie nie są oczywiste. Tutaj pozostawiam pole do popisu polonistom bo myślę, że język polski jest na tyle bogaty, że da się znaleźć właściwe formy. I niekoniecznie trzeba z nas kpić, że forma żeńska od kopacza to koparka a od kierowcy kierownica:/

Niestety Panowie musicie się pogodzić z tym, że jesteśmy wśród Was i możemy i chcemy wykonywać zawody, takie jak Wy. Jesteśmy informatyczkami, inżynierkami, dyrektorkami, piłkarkami, itd.

Wracając do historii z początku wpisu, zmiany następują. Teraz jeżeli zachodzi potrzeba zastąpienia naszej koleżanki, która obsługuje sekretariat, zastępujemy ją wszyscy równo, niezależnie od płci.

„Christmas party” w administracji

Kolejne święta uświadomiły mi, że i również w tej kwestii zaszły zmiany w administracji. Do niedawna nieodłącznym elementem tygodnia poprzedzającego czas świąt było spotkanie wigilijne organizowane z udziałem kierownictwa ministerstwa czy urzędu podczas którego składano życzenia, po czym zapraszano na mały poczęstunek. Równocześnie też organizowane były także wigilie departamentalne. Obecnie coraz częściej zdarza się, że organizowane są wyjścia na miasto, tzw. „christmas party”, podczas których na luzie, ubrani np. w świąteczne sweterki możemy spędzić czas z ludźmi z pracy.

Wigilie w pracy mają to do siebie, że atmosfera takich spotkań jest dość sztywna. Jedni pracownicy chcąc zaplusować biegną do szefa z życzeniami wszelkiej pomyślności w czasie świąt i w nadchodzącym roku. Inni zajmują pozycje strategiczne przy zastawionym stole i gdy ty próbujesz dostać choć jednego pieroga oni już dawno są przy deserach (tak to jest wieloletnie doświadczenie życiowe, jak to mówią: „z niejednej wigilii się chleb jadło”). Jednak ani to wygodne ani miłe kiedy ktoś do nas podchodzi a my przełykając śledzia staramy się mu odwzajemnić życzenia.

Podobnie rzecz się ma z wigilią departamentalną. Najpierw rusza giełda kto co przyniesie. Oczywiście wielu próbuje zrobić aby się nie narobić czyli np. przyniosą chleb albo napoje. Ale co sprawniejsi wodzireje, bo zawsze tacy się znajdą, rozdadzą obowiązki i nieoczekiwanie otrzymuje się zadanie przyniesienia np. śledzi pod pierzynką.

Muszę przyznać, że nigdy nie lubiłam tych wigilii. Atmosfera napięta jak indiański łuk, wszyscy grzecznie stoją w kręgu z rękoma złożonymi na podołku, szef składa życzenia, zaprasza do jedzenia i… Zapada niezręczna cisza. Kto pierwszy się skusi? Komu pierwszemu będziemy patrzeć na ręce jak nakłada potrawy przytaszczone przez koleżanki i kolegów. Miałam zresztą kiedyś taką historię z cyklu wiadomo, że będzie dramat. Spóźniona wpadłam na takie spotkanie i nagle 20 czy więcej par oczu wlepiło mi się w ręce. Nieszczęśliwie było to akurat przed Wielkanocą, więc na stole królowało jajko, z którym zaczęłam walczyć niczym Gustlik w serialu „czterej pancerni i pies”. Nigdy więcej! Trauma pozostała do tej pory:/

Fajną opcją jest zatem wybranie się do restauracji. Restauracje mają przygotowane menu dla dużych grup z określoną ceną za osobę, w którą mamy wliczone jedzenie i picie. Jest to o tyle fajne, że jesteśmy poza pracą i możemy na luzie porozmawiać o sprawach spoza pracy. Po prostu się poznać. Choć z tym ostrożnie, przypominam tutaj mój wpis na temat tzw. small talk’ów https://szpilkinaurzedzie.com/2019/08/26/przemyslenia-na-temat-tzw-small-talk/

Oczywiście trzeba pamiętać, że z uwagi na to, że pracownicy administracji obracają się trochę w innych ramach formalnych niż pracownicy korporacji nie jest też łatwo, żeby przekonać ludzi z administracji do tego typu imprez ale warto próbować, bo naprawdę fajnie to wychodzi, choć oczywiście nie obywa się bez drobnych zgrzytów typu: a czemu w tym miejscu a nie gdzie indziej, a czy inny termin nie byłby lepszy itp. Ale taki to los organizatora i pomysłodawcy;-)

Wybory, wybory i po wyborach.

Jak to zawsze po wyborach. Jedni się cieszą, drudzy smucą, trzeci jak Napoleon snują plany taktyczne na najbliższe 4 lata, przewidując kto z kim wejdzie w koalicję, którego z posłów lub senatorów uda się podkupić, żeby zwiększyć liczebność wybranej przez siebie partii itp.

A jak wybory wpływają na pracę osób zatrudnionych w instytucjach publicznych? U nas oczywiście też wcale nie jest tak spokojnie. Na korytarzach i w pokojach zaczyna się dyskutowanie, czy obecny szef zostanie czy jednak nie, czy urząd zostanie w obecnym kształcie czy też nie itd., itp.

Co by jednak się nie wydarzyło, prace muszą toczyć się dalej a członkowie korpusu służby cywilnej (między innymi i ja) muszą robić swoje. I tutaj najważniejsze – nieważne czy wygra ta czy inna opcja polityczna musimy pozostawać neutralni politycznie. Podkreślam to bo wiele osób błędnie zakłada, że chodzi o to, że mamy być apolityczni.

Na czym polega różnica? Neutralni politycznie to znaczy, że wykonując swoje obowiązki wykonujemy je obiektywnie, niezależnie od własnych poglądów czy przekonań politycznych. Możemy oczywiście wyrażać zdanie co do realizowanych projektów ale nie z powodów politycznych, tylko z uwagi na naszą wiedzę specjalistyczną. Tak samo prywatnie nie możemy manifestować swoich poglądów politycznych. To zresztą jest doskonałe w sytuacji, gdy ktoś np. na jakimś spotkaniu próbuje nas nakłonić do dyskusji politycznej, a wiemy jak się to często kończy. Wtedy ujawniamy jako członek korpusu służby cywilnej i zasłaniamy naszą neutralnością. Niejedna impreza dzięki temu została uratowana:-P

Nie ma to zatem nic wspólnego z apolitycznością, w której po prostu dana osoba po prostu nie interesuje się polityką, stroni od niej i nie ma swoich poglądów politycznych.

Podsumowując poglądy polityczne możemy mieć i nikt nam tego nie może zabronić, natomiast publicznie czy prywatnie nie możemy ich manifestować.

I na koniec ciekawostka: czy wiecie, że zasada neutralności politycznej jest ograniczeniem konstytucyjnej zasady wolności wypowiedzi? Sama jednak konstytucja przewiduje, że „ograniczenia w zakresie korzystania z konstytucyjnych wolności i praw mogą być ustanawiane tylko w ustawie i tylko wtedy, gdy są konieczne w demokratycznym państwie dla jego bezpieczeństwa lub porządku publicznego, bądź dla ochrony środowiska, zdrowia i moralności publicznej, albo wolności i praw innych osób. Ograniczenia te nie mogą naruszać istoty wolności i praw.”.

Umowy międzynarodowe. Trochę inna odmiana legislacji.

Swego czasu starając się o awans zaproponowałam przyjęcie nowych obowiązków związanych z prowadzeniem umów międzynarodowych. W owym czasie z awansu nic nie wyszło ale umowy zostały ze mną. Poniżej kilka kwestii, które trzeba zwrócić uwagę a same w sobie umowy traktować jak podróże. Każda jest inna:)

Jak to z tymi umowami międzynarodowymi jest? Czy to naprawdę takie skomplikowane?

Podstawą jest dobry merytorycznie departament do spraw współpracy międzynarodowej bo łatwiej wtedy sprostać wyzwaniom, które stawia przed nami Ministerstwo Spraw Zagranicznych.

Najważniejsze jest od początku posiadanie dobrego uzasadnienia dlaczego w ogóle chcemy taką umową się związać. Uzasadnienie towarzyszy projektowi umowy od początku od etapu negocjacji treści umowy międzynarodowej. Potem jego szkielet nie musi ulegać radykalnym zmianom a jedynie na kolenych etapach procesu legislacyjnego jest rozbudowywany o kolejne niezbędne elementy.

Jeżeli chodzi o prowadzenie procesu związania Polski umową to oczywiście poruszacie się w obrębie 3 aktów prawnych: Konstytucja RP, ustawa o umowach międzynarodowych i rozporządzenie Rady Ministrów z dnia 28 sierpnia 2000 r. w sprawie wykonania niektórych przepisów ustawy o umowach międzynarodowych.

Ze swojej strony mogę też polecić ułożenie sobie dobrych stosunków z MSZ, bo dużo kwestii możecie omówić „na roboczo” co bardzo zaoszczędza czas a należy pamiętać, że proces związania umową międzynarodową jest długi i wieloetapowy. Dlatego też dokładnie czytajcie jakie dokumenty są wymagane na dany etap, żeby potem nie musieć ich dosyłać. Tak naprawdę ww. rozporządzenie to jest wasza checklista jakie dokumenty są wam potrzebne na dany etap i co musi zawierać uzasadnienie. I zwróćcie uwagę na załączniki do rozporządzenia bo nie warto tracić czasu na coś co zostało już określone.

Jest jeden dokument, który nie został nigdzie określony jak powinien wyglądać. Ja miałam z tym problem dlatego o tym wspominam. To jest dokument „informacja o zakresie i wynikach przeprowadzonego postępowania uzgadniającego”. Otóż to nie jest żaden skomplikowany dokument. Po prostu wskazujecie listę podmiotów, z którymi uzgodniono projekt i podsumowanie zawierające informację czy były uwagi czy nie. I wszystko.

I na koniec. Jeżeli do umów są wprowadzane jakieś zmiany to muszą one zostać przyjęte w takim trybie jak nastąpiło związanie Polski umową pierwotną. I to jest pierwsza ważna rzecz a druga ważna to kwestia tłumaczeń. Jeżeli przyjmujecie poprawki to warto sprawdzić jak kluczowe wyrazy były tłumaczone w umowie pierwotnej bo potem trzeba poprawiać tłumaczenie, jeśli wychodzą jakieś nieścisłości. Tutaj też należy pamiętać, że tak jak w przypadku aktów prawnych typu ustawa czy rozporządzenie, tak w przypadku umów międzynarodowych, wydaje się teksty jednolite. I to jest moment, kiedy ewentualne nieścisłości tłumaczeń można wyprostować.

I jeszcze jeden mały ukłon dla Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, że teraz dokumenty przekazywane są tylko w postaci elektronicznej bo przygotowanie kopii papierowych często szło w tysiące kartek nie dość że było szalenie nieekologiczne to jeszcze marnotrawiło czas przy drukarce.

Jeżeli macie jakieś pytania to śmiało piszcie. Podpowiem na pewno. Ja teraz zaczynam proces związania Polski dużą umową dlatego już czuję się jakbym wsiadała na rollcoaster:)

Załączam wam schemat procesu związania Polski umowami w różnych trybach.

4de5c824_061d_416d_b901_033b4ce23555

 

 

 

Przemyślenia… na temat tzw. „small talk”.

Pierwszy taki wpis z cyklu przemyślenia. Na co dzień twierdzę, że mnie już nic nie dziwi a jednak… a jednak zawsze ktoś lub coś mnie zadziwi. Cóż to było tym razem?

Od zawsze wiedziałam, że w rozmowach nie pyta się kobiet o wiek. Nie mam nic przeciwko:) muszę jednak przyznać, że nie jestem mistrzem „small talków” czyli takich niezobowiązujących rozmów prowadzonych jakby w przelocie. Na pewno zawsze bezpieczne są rozmowy o pogodzie, a już o pogodzie w Polsce, w szczególności pogodzie nad morzem można rozmawiać godzinami:) Gdy jednak temat pogody został wyczerpany o czym rozmawiać dalej. Może jak mówimy o pogodzie to w tym wątku zapytać rozmówcę skąd jest, żeby porównać różnice klimatyczne? NIE! Nawet nie próbujcie! Ja popełniłam ten błąd w kontekście rozmowy o dojazdach do Warszawy. Wydawało mi się, że jeśli rozmawiam już z kimś o tym ile zajmują mu dojazdy do Warszawy to naturalne będzie, że zapytam o to skąd jest. Ha! Wcale nie. Zauważyłam konsternację na twarzy tej osoby i usłyszałam jakąś wymijającą odpowiedź w stylu podanie regionu czy jakiegoś większego miasta.

Pomyślałam – człowiek sztuki small talk’ów uczy się całe życie więc podzieliłam się wątpliwościami ze znajomymi. No i usłyszałam: „a bo ty chcesz wszystko wiedzieć” albo „nie każdy prowadzi życie na Facebooku”.

Powiem Wam, że to jeszcze bardziej pogłębiło moją konfuzję. W końcu nie pytałam o to osoby, którą pierwszy raz widzę na oczy tylko z którą już pracuję kolejny rok. Poza tym wynikło to naturalnie z rozmowy. Dlatego teraz nasunęły mi się w tej kwestii takie pytania: czy wynika to z jakiejś szeroko pojętej ochrony prywatności? Jeżeli tak to chyba po prostu można to powiedzieć. Zresztą nie pytam przecież o adres i kod pocztowy żeby sobie np. kredycik wziąć na konto tej osoby.

A może są to kompleksy? Jeśli tak to szkoda, bo Polska jest naprawdę piękna i może akurat w Waszej miejscowości lub niedaleko niej jest coś ciekawego do zobaczenia.

A wy co o tym sądzicie? Wypada czy nie wypada pytać o miejsce pochodzenia? A może już też mieliście podobne sytuacje?

Nie martw się w wakacje – wyrób szybko i w prosty sposób kartę EKUZ.

Okres wakacyjny w pełni ale jeszcze troszkę pozostało do końca. Dlatego dzisiaj wpis o wakacyjnym niezbędniku. Akurat moja karta straciła ważność stąd pomysł na wpis. Na pewno wielu z Wam jeszcze się przyda i zapali się czerwona lampka w głowie, że jednak nie wszystko jeszcze spakowane:)

***

It’s a middle of summer, but still a little bit to the end. That is why today a post about a holiday must-have. My European Health Insurance Card has expired, hence the idea for a post. Certainly many of you find this useful and a red lamp will light up in your head that, however, not everything is packed yet 🙂 Get emergency and planned healthcare anywhere in the EU

***

Czasy się zmieniają, administracja też. To już nie jest tak, że przychodząc rano do pracy marzymy tylko o tym aby z niej wyjść. I nie pijemy kawusi spedzając czas na ploteczkach. Owszem ja rano idę do pokoju socjalnego i robię sobie w ekspresie kawę (nie widzę w tym nic złego, w końcu energia do pracy to podstawa). Ale, ale tak na marginesie – mamy pokoje socjalne. Kiedyś posiadanie czajnika w pokoju to była jedyna możliwość zrobienia sobie kawy czy herbaty. Teraz mamy przytulne i dobrze wyposażone pokoje socjalne, gdzie możemy odgrzać i zjeść w spokoju posiłek albo właśnie zrobić sobie kawy. Pamiętam opowieść mojej mamy, która kiedyś przyszła do urzędu, weszła do pokoju a tam urzędniczka akurat była przy drugim śniadaniu. Na dokumentach stał w całej okazałości słoik ogórków konserwowych a urzędniczka spokojnie zajadała kanapkę przegryzając ją ogórkiem trzymanym w palcach. Tak było…

To tak „od kuchni”. A co robimy? Staramy się ułatwić życie. Nie zawsze z sukcesem ale trochę rzeczy stało się łatwiejszych. Możemy je załatwić bez wychodzenia z domu, mając internet i wygodną kanapę.

disease-292571_960_720.jpg

Powszechnie spędzamy wakacyjny czas na zagranicznych wyjazdach. Od wielu lat niekończącą popularnością cieszy się Chorwacja, Grecja. Ostatnio coraz cześciej Polacy ruszają na złote piaski Bułgarii.

Podróżując po krajach Unii Europejskiej warto zaopatrzyć się w kartę EKUZ czyli Europejską Kartę Ubezpieczenia Zdrowotnego – potwierdza ona prawo do korzystania na koszt NFZ z niezbędnych świadczeń zdrowotnych w czasie tymczasowego pobytu na terenie innego państwa członkowskiego UE/EFTA. Nie ma nic gorszego niż choroba na wyjeździe, dlatego jeżeli możemy ograniczyć sobie związany z tym stres czemu tego nie zrobić. Do karty dołączana jest informacja na temat opieki zdrowotnej w poszczególnych krajach dlatego myślę, że warto poświęcić chwilę na jej wyrobienie.

Jak wyrobić kartę?

Najprościej można wniosek wypełnić, zeskanować, wysłać e-mailem do wojewódzkiego oddziału NFZ a karta zostanie przysłana do nas pocztą w ciągu paru dni? Można to zrobić za pomocą platformy e-PUAP, używając profilu zaufanego do podpisania wniosku. Założenie profilu zaufanego jest możliwe dzięki korzystaniu z usług bankowości elektronicznej.

Poniżej przydatne linki, żebyście nie tracili czasu na zbędne szukanie formularzy:

NFZ karta ekuz

ePUAP2

Przed urlopem zawsze jest dużo biegania, załatwiania, zamieszania. Korzystając z opisanych wyżej możliwości możemy sobie oszczędzić wyprawy do NFZ i straty czasu w kolejce. A dzięki karcie możemy cieszyć się urlopem w spokoju i podziwiać uroki zwiedzanych krajów.

UNADJUSTEDNONRAW_thumb_5d10

Miłego i zdrowego urlopu:)

Twój e-PIT czeka na Ciebie

Nowy rok poza tym, że zawsze zaczynamy z nowym postanowieniami czy oczekiwaniami, zaczynamy również od rozliczania się z fiskusem. Z tymi postanowieniami bywa różnie. Jedne zostaną zrealizowane inne nie. Na świecie jednak, jak stwierdził jeden z ojców-założycieli Benjamin Franklin, „pewne są tylko podatki i śmierć”. I tak do końca kwietnia każdego roku PIT musi zostać przez nas złożony.  

Ja pamiętam jeszcze te czasy, kiedy rozliczałam się papierowo i z reguły na ostatnią chwilę a potem trzeba było odstać swoje w długiej kolejce do złożenia PITu. Kopia PITu z prezentatą (pieczęć urzędowa z datą wpływu) lądowała w teczce, skrzętnie przechowywana „na wszelki wypadek”.

Po pewnym czasie pojawiły się przygotowane przez Ministerstwo Finansów interaktywne formularze i aplikacja e-Deklaracje. Wypełnienie formularza, szczególnie jeśli rozliczamy się indywidualnie, polegało na przepisaniu odpowiednich pozycji z PIT-11, przygotowanego przez pracodawcę. Potem już tylko wysyłka przy użyciu aplikacji i oczekiwanie na UPO, czyli urzędowe poświadczenie odbioru.

W tym roku, od 15 lutego została uruchomiona nowa usługa – e-PIT. Idąc za za zakładką FAQ na stronie portalu podatkowego: „twój e-PIT to automatycznie przygotowane i udostępnione przez Krajową Administrację Skarbową roczne zeznanie podatkowe osób fizycznych”.

Oczywiście pierwszego dnia serwery padły bo nagle wszyscy ruszyli do narodowego korzystania z nowej usługi e-administracji. We mnie ciekawość zwyciężyła trzeciego dnia po uruchomienia. „PIT-11 mam, nie ma na co czekać”. 

Krok po kroku instrukcja obsługi

Usługa jest dostępna na stronie portalu podatkowego. Wchodząc na stronę od razu wita nas baner „twój e-PIT czeka na Ciebie”. 

Zrzut ekranu 2019-02-24 o 22.31.45

Klikając przycisk Zobacz Twój e-PIT przechodzimy do instrukcji co jest nam potrzebne do zalogowania się.

Zrzut ekranu 2019-02-19 o 22.30.02.png

Ja wybrałam opcję logowania się przy użyciu Profilu zaufanego. Mi jest tak wygodnie bo nie muszę sięgać do teczki „na wszelki wypadek” i szukać w niej odpowiedniego PITu z kwotą przychodu.

Zrzut ekranu 2019-02-19 o 22.31.16

Ja już złożyłam swój PIT dlatego nie mogę Wam pokazać jak to wygląda dalej, natomiast wyświetla Wam się ekran z podstawowymi danymi, tj. opcja rozliczenia indywidualnego, z małżonkiem, korzystanie z ulg, przychód, podatek należny, organizacja pożytku publicznego na którą chcemy przekazać 1% podatku i to co najważniejsze czyli kwota nadpłaty lub niedopłaty. Te pozycje są już wypełnione domyślnie ale to co warto pamiętać: wszystko możecie sobie zmieniać oraz dodawać dodatkowe dokumenty.

Wypełnienie PITu to przyjemność. Mi to zajęło 5 minut. Wiem, że niektórym zajmie to więcej bo mają bardziej skomplikowane rozliczenia ale i tak robota jest wykonana za nas.

Na koniec prośba: sprawdzajcie wszystko dokładnie bo nie do końca jest tak, że po zalogowaniu domyślnie wyświetli się Wam rozliczenie takie jak dokonywaliście w poprzednim roku. Dziś moja koleżanka zwróciła mi na to uwagę. Ona rozlicza się z mężem, natomiast sytem domyślnie wyświetlił jej rozliczenie indywidualne. No cóż, cytując klasyka „nikt nie jest idealny”🙂 Dlatego sprawdźmy przed wysłaniem bo system też może się pomylić.

Uroki archiwizacji

Archiwizacja! Kto zna te wie jaka to „przyjemność”. Szczególnie jeśli robicie archiwizację po kimś. Trudno poznać co ważne a co nadaje się tylko do niszczarki. Od czego zacząć? Kategorie archiwizacyjne zaczynają migać przed oczami. Teczki zwykłe, teczki bezkwasowe. Tabelki, numerowanie stron, opisywanie teczek. Znam ten koszmar z autopsji.

Pierwszy raz, gdy dostałam archiwizację wiedziałam, że zaszczyt ten dotknął mnie „po złości”. Dostałam kilka dużych kartonów papierów i radź sobie kobieto! Odkładałam to w czasie szukając kolejnych wymówek. W końcu zgodnie z zasadą co Cię nie zabije to wzmocni wzięłam się za to. Na szczęście mam kolegę, który z niejednymi szczurami uporządkował archiwa. Podobno szczury też dostały kategorie archiwizacyjne:-P Na początek zaczęłam od porządków. Dopóki dominował papier w administracji, pisma wysyłane były kilkoma drogami: pocztą tradycyjną, faxem, e-mailem. Kilkakrotnie drukowane, kserowne, z dekretacją i bez. Trzeba było wyodrębnić to co ma zostać, czyli przede wszystkim oryginały i pisma z dekretacją. Spokojnie możemy się pozbyć kopii, które nic nowego do sprawy nie wnoszą. Jak już uda nam się uporządkować sprawy zaczynamy je układać chronologicznie. Najbardziej restrykcyjne kategorie archiwizacyjne wymagają oczyszczenia pism ze zszywek, włożenia chronologicznie do teczki bezkwasowej, ponumerowania stron. Na wierzchu teczki umieszcza się tabelkę, w której wpisuje się opis sprawy i zakres numerów stron, które ona obejmuje. Wierzch teczki opisujemy wskazując okres spraw i nr stron, które ona obejmuje, kategorię archiwizacyjną. Przygotowujemy protokół przekazujący zarchwizowane dokumenty i już jesteśmy blisko celu, kiedy nagle znajdujemy jeden zagubiony dokument i cała sprawa się sypie. Numeracja, opis tabel, teczek i zabawa zaczyna się od nowa:D tak, tak, kto to robił zna to uczucie. Gasnąca nadzieją, że jest to jakaś kopia, którą da się ulotnić:D

Gdy udało mi się przejść całą ścieżkę i zdać szczęliwie zarchiwizowane dokumenty byłam dzień przed urlopem. Kamień spadł mi z serca i potoczył się z hukiem. Po tym robiłam jeszcze jedną archiwizację a w kolejnej pomagałam koledze.

Bardzo sobie chwalę, że te czasy bezpowrotnie minęły:) Jeżeli coś archiwizujemy to w elektronicznym systemie obiegu dokumentów. Ale to już inna bajka.

archiwum foldery róż