Twój e-PIT czeka na Ciebie

Nowy rok poza tym, że zawsze zaczynamy z nowym postanowieniami czy oczekiwaniami, zaczynamy również od rozliczania się z fiskusem. Z tymi postanowieniami bywa różnie. Jedne zostaną zrealizowane inne nie. Na świecie jednak, jak stwierdził jeden z ojców-założycieli Benjamin Franklin, „pewne są tylko podatki i śmierć”. I tak do końca kwietnia każdego roku PIT musi zostać przez nas złożony.  

Ja pamiętam jeszcze te czasy, kiedy rozliczałam się papierowo i z reguły na ostatnią chwilę a potem trzeba było odstać swoje w długiej kolejce do złożenia PITu. Kopia PITu z prezentatą (pieczęć urzędowa z datą wpływu) lądowała w teczce, skrzętnie przechowywana „na wszelki wypadek”.

Po pewnym czasie pojawiły się przygotowane przez Ministerstwo Finansów interaktywne formularze i aplikacja e-Deklaracje. Wypełnienie formularza, szczególnie jeśli rozliczamy się indywidualnie, polegało na przepisaniu odpowiednich pozycji z PIT-11, przygotowanego przez pracodawcę. Potem już tylko wysyłka przy użyciu aplikacji i oczekiwanie na UPO, czyli urzędowe poświadczenie odbioru.

W tym roku, od 15 lutego została uruchomiona nowa usługa – e-PIT. Idąc za za zakładką FAQ na stronie portalu podatkowego: „twój e-PIT to automatycznie przygotowane i udostępnione przez Krajową Administrację Skarbową roczne zeznanie podatkowe osób fizycznych”.

Oczywiście pierwszego dnia serwery padły bo nagle wszyscy ruszyli do narodowego korzystania z nowej usługi e-administracji. We mnie ciekawość zwyciężyła trzeciego dnia po uruchomienia. „PIT-11 mam, nie ma na co czekać”. 

Krok po kroku instrukcja obsługi

Usługa jest dostępna na stronie portalu podatkowego. Wchodząc na stronę od razu wita nas baner „twój e-PIT czeka na Ciebie”. 

Zrzut ekranu 2019-02-24 o 22.31.45

Klikając przycisk Zobacz Twój e-PIT przechodzimy do instrukcji co jest nam potrzebne do zalogowania się.

Zrzut ekranu 2019-02-19 o 22.30.02.png

Ja wybrałam opcję logowania się przy użyciu Profilu zaufanego. Mi jest tak wygodnie bo nie muszę sięgać do teczki „na wszelki wypadek” i szukać w niej odpowiedniego PITu z kwotą przychodu.

Zrzut ekranu 2019-02-19 o 22.31.16

Ja już złożyłam swój PIT dlatego nie mogę Wam pokazać jak to wygląda dalej, natomiast wyświetla Wam się ekran z podstawowymi danymi, tj. opcja rozliczenia indywidualnego, z małżonkiem, korzystanie z ulg, przychód, podatek należny, organizacja pożytku publicznego na którą chcemy przekazać 1% podatku i to co najważniejsze czyli kwota nadpłaty lub niedopłaty. Te pozycje są już wypełnione domyślnie ale to co warto pamiętać: wszystko możecie sobie zmieniać oraz dodawać dodatkowe dokumenty.

Wypełnienie PITu to przyjemność. Mi to zajęło 5 minut. Wiem, że niektórym zajmie to więcej bo mają bardziej skomplikowane rozliczenia ale i tak robota jest wykonana za nas.

Na koniec prośba: sprawdzajcie wszystko dokładnie bo nie do końca jest tak, że po zalogowaniu domyślnie wyświetli się Wam rozliczenie takie jak dokonywaliście w poprzednim roku. Dziś moja koleżanka zwróciła mi na to uwagę. Ona rozlicza się z mężem, natomiast sytem domyślnie wyświetlił jej rozliczenie indywidualne. No cóż, cytując klasyka „nikt nie jest idealny”🙂 Dlatego sprawdźmy przed wysłaniem bo system też może się pomylić.

Uroki archiwizacji

Archiwizacja! Kto zna te wie jaka to „przyjemność”. Szczególnie jeśli robicie archiwizację po kimś. Trudno poznać co ważne a co nadaje się tylko do niszczarki. Od czego zacząć? Kategorie archiwizacyjne zaczynają migać przed oczami. Teczki zwykłe, teczki bezkwasowe. Tabelki, numerowanie stron, opisywanie teczek. Znam ten koszmar z autopsji.

Pierwszy raz, gdy dostałam archiwizację wiedziałam, że zaszczyt ten dotknął mnie „po złości”. Dostałam kilka dużych kartonów papierów i radź sobie kobieto! Odkładałam to w czasie szukając kolejnych wymówek. W końcu zgodnie z zasadą co Cię nie zabije to wzmocni wzięłam się za to. Na szczęście mam kolegę, który z niejednymi szczurami uporządkował archiwa. Podobno szczury też dostały kategorie archiwizacyjne:-P Na początek zaczęłam od porządków. Dopóki dominował papier w administracji, pisma wysyłane były kilkoma drogami: pocztą tradycyjną, faxem, e-mailem. Kilkakrotnie drukowane, kserowne, z dekretacją i bez. Trzeba było wyodrębnić to co ma zostać, czyli przede wszystkim oryginały i pisma z dekretacją. Spokojnie możemy się pozbyć kopii, które nic nowego do sprawy nie wnoszą. Jak już uda nam się uporządkować sprawy zaczynamy je układać chronologicznie. Najbardziej restrykcyjne kategorie archiwizacyjne wymagają oczyszczenia pism ze zszywek, włożenia chronologicznie do teczki bezkwasowej, ponumerowania stron. Na wierzchu teczki umieszcza się tabelkę, w której wpisuje się opis sprawy i zakres numerów stron, które ona obejmuje. Wierzch teczki opisujemy wskazując okres spraw i nr stron, które ona obejmuje, kategorię archiwizacyjną. Przygotowujemy protokół przekazujący zarchwizowane dokumenty i już jesteśmy blisko celu, kiedy nagle znajdujemy jeden zagubiony dokument i cała sprawa się sypie. Numeracja, opis tabel, teczek i zabawa zaczyna się od nowa:D tak, tak, kto to robił zna to uczucie. Gasnąca nadzieją, że jest to jakaś kopia, którą da się ulotnić:D

Gdy udało mi się przejść całą ścieżkę i zdać szczęliwie zarchiwizowane dokumenty byłam dzień przed urlopem. Kamień spadł mi z serca i potoczył się z hukiem. Po tym robiłam jeszcze jedną archiwizację a w kolejnej pomagałam koledze.

Bardzo sobie chwalę, że te czasy bezpowrotnie minęły:) Jeżeli coś archiwizujemy to w elektronicznym systemie obiegu dokumentów. Ale to już inna bajka.

archiwum foldery róż

Proces legislacyjny-brzmi może egzotycznie ale egzotyczny nie jest

Kto za Was zagląda na mój instagram zauważył parę zdjęć i instatories z korytarzy Sejmu. Szpilki w Sejmie! Tego jeszcze nie było, ale tak to się właśnie kończy, jeśli w swojej instytucji jest się prawnikiem prowadzącym proces legislacyjny. W bardzo dużym uproszczeniu dotyczy on ustaw i wydawanych w celu ich wykonania rozporządzeń. Piszę w dużym skrócie bo są jeszcze inne dokumenty podlegające pod ten proces ale nie chcę mieszać. Końcowym wynikiem ma być, mówiąc kolokwialnie, dogadanie się wszystkich. Mi osobiście proces legislacyjny trochę przypomina grę w Monopoly i czające się na drodze pułapki typu: „nie odpowiedziałeś na pismo, nie ma go kto teraz podpisać stoisz trzy kolejki”, „okazało się, że nie musisz gdzieś wysyłać projektu, choć brałeś to pod uwagę, przesuwasz się trzy pola do przodu”.

Już dawno nosiłam się z zamiarem napisania tego postu. Temat nie jest łatwy i trudno go napisać łatwo ale mam nadzieję, że efekt Was zadowoli.

Tak jak już napisałam we wstępie zatuptałam do Sejmu. Zanim to nastąpiło przeszłam żmudny czas etapu rządowego. Godziny spotkań, poprawiania projektu, wiszenia na telefonie i e-mailach. Praca non-stop.  

Pomysłowy Dobromir zawsze miał dobre pomysły

Jest pomysł, jest i realizacja. Powstał projekt i co dalej?

Wysyłany jest przede wszystkim do innych ministerstw (tzw. uzgodnienia międzyresortowe) i do konsultacji publicznych – oprócz zainteresowanych instytucji branżowych, każdy obywatel może wyrazić o nim swoją opinię (w kolejnym poście wskaże Wam gdzie można znaleźć projekty dokumentów rządowych). Wysyłany jest jeszcze do opiniowania, czyli do innych instytucji niż ministerstwa.

Gdy spłyną uwagi są one analizowane, część jest akceptowana przez tworzącego projekt, część odrzucana. Mogą być zorganizowane spotkania w celu omówienia uwag, tzw. konferencje uzgodnieniowe.

Kończąc ten etap dobrze jest, żeby nie było już uwag, które nie zostały wyjaśnione, tzn. nawet jeżeli jakaś uwaga została odrzucona to ten, który ją zgłosił wie, rozumie i akceptuje dlaczego tak się stało.

Pracowity jak mrówka:D

Wskakujemy na wyższy poziom:) Projekt trafia do specjalistycznych komitetów, m. in. do spraw europejskich, społecznego czy do spraw cyfryzacji. Zgłaszane tam uwagi muszą być zgodne ze specyfiką danego komitetu. Zabawa zaczyna się od nowa – uwagi, stanowisko do uwag, wyjaśnianie.

Wychodzimy z komitetów i trafiamy na Stały Komitet Rady Ministrów– ufff. Już bliżej niż dalej:) Co robimy? Zaklinamy, żeby uwag nie było:-P ale jak już są to od nowa: uwagi, stanowisko do uwag, wyjaśnianie.

Udało się po Komitecie i tych wszystkich uwagach projekt trafia na Komisję Prawniczą. Rządowe Centrum Legislacji sprawdza projekt w najdrobniejszych szczegółach: czy przepisy brzmią tak jak powinny, czy są podane odpowiednie metryczki do wskazywanych ustaw i inne szczegóły. To są często drobne ale wymagające, szczególnie przy dużych projektach ogromnej pracy, ogromnej pracy uwagi. Jeśli jest taka potrzeba to jest organizowane posiedzenie takiej komisji. Jeśli nie to uwagi są przekazywane do wnoszącego projekt i on nanosi poprawki samodzielnie.

Kończąc tę część procesu legislacyjnego na etapie rządowym projekt staje na Radzie Ministrów. Z reguły jest tak, że z uwagi na to, że przeszedł już tak długą drogę, jest to już formalność. Bywa jednak tak, że w jakiejś kwestii ministrowie na wcześniejszych etapach nie mogli się dogadać. Wtedy decyduje właśnie Rada Ministrów.

Tak to wygląda w telegraficznym skrócie i w najbardziej pożądanym kształcie ale zdarzają się powroty z poszczególnych etapów, przestoje dlatego nie na darmo przywołałam na początku grę Monopoly (swoją drogę może producent mógłby pomyśleć o takiej edycji Monopoly-proces legislacyjny:-P).

Wymęczeni ale szczęśliwi trafiamy do Sejmu ale o tym w innym poście…

Karteczka czy telefon, oto jest pytanie!

Stosy karteczek poprzyklejanych w widocznych miejscach naszego mieszkania i biura są powoli wypierane przez aplikacje w naszych smartfonach, tabletach i komputerach. Zamiast obklejać ekran monitora, z powodzeniem możemy, mając uporządkowany pulpit, „obkleić” go mniejszymi bądź większymi różnokolorowymi elektronicznymi post-it’ami. A co np. z listami zakupów albo listami rzeczy do spakowania? Sklepy z aplikacjami oferują nam mnóstwo takich aplikacji.

Processed with VSCO with f2 preset

Co zwycięży?

W dobie, gdy telefon towarzyszy nam praktycznie cały czas, nie ma co się dziwić, że dostawcy aplikacji i o tym pomyśleli. W końcu jednak mimo wszystko łatwiej znaleźć nam telefon w damskiej torebce, niż zmiętą karteczkę, która zawsze gdzieś się zawieruszy.

Aplikacje zakupowe umożliwiają nam wybranie potrzebnych produktów spośród ich różnych kategorii, stworzenie spersonalizowanych list (nie ma potrzeby tworzenia listy za każdym razem od początku) a na końcu udostępnianie ich (partner już się nie wykręci, że karteczka zginęła;)). Ba, nawet pozwolą nam kontrolować nasze wydatki.

Ja sama korzystam z aplikacji Notatki oferowanej przez system iOS ponieważ akurat jestem tą szczęściarą, która nie musi robić dużego zaopatrzenia domowego i lista paru produktów stworzona w notatkach jest dla mnie wystarczająca:) Ale przy dużych zakupach segregacja niezbędnych produktów wg działów sklepu oszczędzi nam bezsensownego biegania od działu do działu;)

 

Processed with VSCO with c1 preset

Lodówka najlepszym nośnikiem listy zakupowej;)

Jest jeszcze jeden plus, jak dla mnie ogromny. Wyposażona w karteczkę często zapominałam długopisu do wykreślania kolejnych pozycji z kartki. O zgrozo gdy na koniec okazywało się, że jeszcze coś pominęłam, a wydawało się, że wszystko jest!!! Korzystając z aplikacji odklikuję po kolei włożone już do koszyka produkty. Click, click i po sprawie:)

Karteczki giną a lista w telefonie zostaje:)

Tak samo z pakowaniem. Z reguły listę zaczynam robić sobie około tygodnia wcześniej. Nic bardziej irytującego, kiedy zapomni się jakiegoś drobiazgu i właśnie takie drobiazgi sobie wpisuję na listę. U mnie aplikacją do pakowania jest aplikacja TripList ale oferta jest bogata, każdy znajdzie coś dla siebie:) I podobnie, jak przy listach zakupowych można sobie rzeczy podzielić według kategorii a potem szybko odklikujemy to co już spakowane. Zawsze potem mając podobny wyjazd możemy do tej listy wrócić!

A co u was króluje? Łatwiej Was spotkać z kartką i ołówkiem w ręku czy działacie elektronicznie? Zostawiam Was z tym a sama biegnę się pakować wg mojej listy:)

P. S. dobrym pomysłem jest stworzenie listy wyjazdowej rzeczy, których Wam zabrakło na wyjeździe. Nie dlatego, że je zapomnieliście, tylko dlatego, że w trakcie okazały się przydatne. Mogą stanowić podpowiedź na następny wyjazd:)

 

 

 

Zgubiłeś albo ukradli Ci dokumenty – nie trać głowy

Nie chcę Was zanudzić opowieściami o moich zawodowych przygodach i doświadczeniach, dlatego dzisiaj wpis o tym jakie usługi nam administracja proponuje. Na pomysł tego bloga natchnął mnie przypadek koleżanki, która w sobotę, przed Świętem Niepodległości i następującym dniem wolnym 12 listopada została okradziona w centrum handlowym. 

Łupem złodziej padł portfel z całą zawartością – dowodami osobistymi koleżanki i jej dzieci, prawem jazdy, kartami płatniczymi. 

„Profil zaufany – po co to komu? ;)”

Wiadomo problem jest i to spory. Jest sobota wieczór, następne dni są dniami wolnymi od pracy, co robić? Przede wszystkim nie tracić głowy. O ile na pewno każdy wie, że karty można zastrzec czy to telefonicznie czy też przez bankowość elektroniczną, o tyle nie każdy wie, że z poziomu własnej kanapy w domu możemy zastrzec również inne dokumenty, za pomocą strony http://www.obywatel.gov.pl (https://obywatel.gov.pl/dokumenty-i-dane-osobowe/zglos-utrate-albo-uszkodzenie-dowodu-osobistego-uniewaznienie#scenariusz-przez-internet). Co jest nam potrzebne? Profil zaufany, czasami nazywany eGO ale nazwa ta się nie przyjęła. Z racji tego, że koleżanka była zdenerwowana całą sytuacją, nie do końca odbierała wszystkie moje komunikaty i kilkakrotnie powtórzyła mi, że nie ma profilu zaufanego. To nie jest żaden problem. Profil zaufany możemy sobie teraz założyć za pomocą bankowości elektronicznej – wiele wiodących banków na rynku taką opcję oferuje. Jest ona całkowicie darmowa. Profil zaufany całkowicie wystarczy w kontaktach z administracją. Ja swój profil zaufany zakładałam jeszcze w jego początkowej fazie gdy procedura była dłuższa i musiał on zostać potwierdzony we wskazanym urzędzie. Teraz zajmuje to dosłownie chwilę – wiem, bo patrzyłam jak brat to robił. 

Wyposażeni w profil zaufany możemy złożyć zawiadomienie o utracie dowodu osobistego swojego i dzieci, a także złożyć wniosek o wydanie nowych dokumentów. Proste? Proste. Mniej czasu tracimy na stanie w urzędzie i nie boimy się, że ktoś od razu po otwarciu banku ruszy wziąć kredyt na nasze dane.

Co jeszcze załatwicie dzięki profilowi zaufanemu opiszę dalej bo na pewno chcielibyście uniknąć zbędnej straty czasu w urzędach:)

A może mieliście sytuację jak powyżej i udało Wam się użyć e-usług? Chętnie o tym poczytam w komentarzach.

Od stylu do stylu czyli dress code’owy bieg z przeszkodami

Jeszcze na studiach udało mi się dostać na wymarzone praktyki do międzynarodowej kancelarii. Pierwszego dnia praktyk wśród dokumentów, z którymi należało się zapoznać dostałam ten dotyczący dress code’u. Wtedy młodej studentce prawa wydało mi się to dziwne bo nigdy nie byłam zbyt ekstrawagancka w stroju (może jedynie dość odważna), ale… no właśnie… pamiętam akapit o sweterkach z kaszmiru, odpowiednim doborze okularów (pod okiem specjalisty od wyglądu), zakrytych butach (kokietować można było jedynie piętą – pamiętam moje parsknięcie śmiechem i spojrzenie na klapeczki na obcasiku, które były jak dla mnie symbolem elegancji i gracji), obowiązkowych rajstopach nawet w lecie czy ubiorze dla kobiet w ciąży. Tak to było dziwne. Teraz z perspektywy odbieram siebie jak wspomnianą już w poprzednim wpisie Andy z książki „Diabeł ubiera się u Prady”. Na szczęście nie miałam takiej szefowej jak Miranda Priestly:)

Myślę natomiast, że wtedy dla części nowych kolegów i koleżanek skojarzyłam się z filmową „Legalną blondynką”. Ale o tym kiedy indziej bo to dłuższa opowieść.

„jeśli wejdziesz między wrony, musisz krakać jak i one” albo „czym skorupka nasiąknie za młodu tym na drugą młodość trąci”

W tym poście jednak chodzi o to, żeby pokazać, że tak jak mówią staropolskie przysłowia: „jak wejdziesz między wrony musisz krakać tak jak one” albo „czym skorupka nasiąknie za młodu tym na drugą młodość trąci” (to drugie troszkę zmodyfikowałam na swoje potrzeby) sprawdziło się. Od razu zaznaczę. Nie przyjęłam wszystkiego i nie zasiliłam rzeszy tzw. „białych kołnierzyków” bo nie uważam, że pracownica banku wciśnięta w koszulę (u niektórych aż strach bo guziki grożą wystrzałem w niedługim czasie wprost w oko klienta) i bezpłciowe czarne spodnie budzi większe zaufanie niż pracownica w eleganckiej sukience. Jednak zauważyłam, że elegancja w ubiorze powoduje parę punktów procentowych w odbiorze więcej bo pokazuje szacunek dla drugiej strony i ułatwia kontakt.

I tu mały powrót do pracy w administracji. Znam dużo bardziej doświadczone koleżanki, które od zawsze chodzą w garsonkach (takie zapomniane słówko ale jakże ładne), białych wykrochmalonych bluzkach i te panie stanowią przykład profesjonalizmu, „wychowały” niejedno pokolenie przyszłych pracowników administracji i są takie, które na oficjalnym spotkaniu ubiorą się w legginsy w zwierzęcy print i nigdy nie pójdą wyżej w karierze bo są traktowane z przymrużeniem oka jako lokalny folklor. Nie wszędzie w administracji jest już tak, że np. przełożony porozmawia z taką osobą na temat ubioru, choć znam takie przypadki, ale daje to przynajmniej satysfakcję, że jednak wyższe stanowiska zobowiązują do dbałości o ubiór a przykłady negatywne spotyka się częściej wśród stanowisk niższych. Pierwsze panie, z dawnych czasów wiedzą, że schludność i stosowność w ubiorze to podstawa i choć może ta garsonka już trochę niemodna, to i tak zawsze profesjonalna.

Nie wszystko jest czarno-białe i nie każdy musi nosić garsonki – jak zwykle są rozwiązania pośrednie. Sportowa elegancja to też elegancja ale to na inny wpis:)

I jeszcze na koniec z uwagi, że tytuł bloga zobowiązuje słówko o szpilkach. One „robią robotę” – tak mi powiedziała moja koleżanka urzędniczka wyciągając szpilki na ważne spotkania schowane pod biurkiem. Tak wiele z nas zatrudnionych w administracji wie, że klapek na korku czy rozklapana balerinka powodzenia nie daje.

P. S. Nie każdemu szpilka pisana. Czasami lepiej zadbać o ładne balerinki niż męczyć się na szpilkach nie do końca wiedząc jak się na nich chodzi;) Spójrzcie na moją idolkę Audrey Hepburn, była wysoka, więc w balerinkach prezentowała się pięknie i szykownie, tak, że nie można było od niej oczu oderwać.

Ciekawa jestem co Wy sądzicie na temat dress code…

Duch korkowego klapeczka wiecznie żywy?

Zacznijmy nudno potem będzie lepiej:) Pracuję w administracji państwowej w departamencie prawnym. Nie zawsze tak było, dlatego mogłam się rozejrzeć tu i ówdzie w środowisku pracujących kobiet.

O czym będzie blog? O kobietach pracujących w administracji.

woman lead

Dlaczego taki temat? Otóż zauważyłam, czy to przez rozmowy z przyjaciółmi, czy czytając w prasie, w internecie, że wciąż jest żywy portret urzędniczki jako pani w średnim wieku, niezbyt sympatycznej, marzącej wyłącznie o tym by odbębnić swoje 8h pracy i pójść do domu. Fakt nie przeczę takie panie też spotkałam w swoim urzędzie. Ich znakiem rozpoznawczym stały się stworzone wyłącznie do poruszania się po korytarzach klapki na korkowej platformie (kiedyś taki klapeczek szedł przede mną na korytarzu i stał się bohaterem zdjęcia przewodniego wpisu), buty à la crocs i niekończące się wycieczki na papieroska. Pierwszego dnia podjeżdżając na parking, gdy je zobaczyłam pomyślałam, że to zastęp pań z tzw. serwisu czyszczącego. Nie żebym miała coś do pań, które wykonują taką pracę ale po prostu takie było pierwsze skojarzenie sądząc po luźnym, niekrępującym ruchu stroju w postaci jeansów i bluzek z błyszczącą nitką lub tu i ówdzie skrzącym się cekinem. Jakże było mylące moje skojarzenie bo oto okazało się, że to są one! Urzędniczki dawnych lat! Kobiety od których powinnam uczyć się fachu.

No cóż czas nie okazał się dla tych pań łaskawy. Zniknęły po pewnym czasie z korytarzy, choć mam niejasne podejrzenie, że one gdzieś w ministerstwie pracują. W ich miejsce wstąpiły kobiety z pasją, zainteresowaniami, które, tak samo jak ich koleżanki z korporacji próbują w życiu osiągnąć „work life balance”. To są te tzw. „klikaczki” jak mawiała Andrea ‚Andy’ Sachs bohaterka książki „Diabeł ubiera się u Prady” Lauren Weisberger, stukające obcasami po posadzkach swoich urzędów (jak mają po czym stukać… bo w mojej części budynku to akurat króluje wykładzina w kolorze burym…).

O tym będzie ten blog – o administracji widzianej z wysokości tytułowych szpilek.

Jeżeli macie jakieś tematy, może moje koleżanki i koledzy z branży się odezwą, to piszcie do mnie:) Zachęcam!