Rok pracy zdalnej w administracji i co dalej…

Półtora roku pracy zdalnej minęło nie wiadomo kiedy. Początkowo pakowałam się po skończonym dniu pracy na dwa tygodnie pracy zdalnej, zabierając najpotrzebniejsze notatki, ustawy i oczywiście laptopa. Ani my, ani nasi przełożeni nie spodziewaliśmy się, że tygodnie zamienią się w miesiące a te w cały rok i kolejne miesiące. Co się zmieniło przez ten rok w kwestii pracy w administracji? Jakie są wady i zalety? A przede wszystkim co dalej?

To co przyświecało mojej idei założenia bloga to chęć pokazania, że administracja się zmieniła i tak jak pisałam od początku jego istnienia, nie tworzą jej już ludzie, którzy nie mając lepszych perspektyw poszli pracować do administracji („bo czy się stoi czy się leży pensja się należy”) czyli tzw. „urzędasy” ale ludzie, z których wielu odniosłoby sukces w korporacji, specjaliści w swojej dziedzinie. Ludzie, którym się chce i wybrali administrację, dlatego bo chcieli a nie bo musieli.

Co zatem z pracą zdalną? Czy praca zdalna sprawdziła się w administracji? Czy ludzie zdali egzamin z wykonywania obowiązków podczas pracy zdalnej?

Nie bez powodu wyszłam w tym temacie od ludzi w administracji. To teraz w tym trudnym czasie okazało się jak ogromną rolę odgrywa cyfryzacja i jak ważne było stopniowe odchodzenie od papieru. Nie udałoby się to, gdyby nie wspaniali ludzie, którzy lansowali rozwiązania informatyczne pozwalające załatwiać sprawy urzędowe z poziomu własnej kanapy. Wyjęci ze swych budynków mogliśmy otworzyć laptopy i rozpocząć realizować swoje obowiązki bez uszczerbku dla nich. Systemy elektronicznego zarządzania dokumentacją, podpisy elektroniczne, e-maile wszystko zaczęło śmigać. Spotkania zdalne ustawione, można było zacząć działać. Ale to nie wszystko.

Gdyby nie cyfrowa tożsamość: profil zaufany i podpis osobisty (darmowe więc dostępne dla każdego) nie bylibyśmy w stanie załatwić spraw urzędowych bo obsady stanowisk ze względu na szalejącą epidemię były zmniejszone. A przecież terminy ustawowe nie czekają, dowody osobiste, prawa jazdy i inne dokumenty tracą ważność. Wiele z tych spraw już od dłuższego czasu możemy załatwić przez internet, ograniczając wizyty w urzędzie do minimum. I o to przecież chodzi a w tym dziwnym czasie nagle stało się nieodzowne.

Czy byliśmy my jako pracownicy administracji byliśmy na to gotowi? Tak i nie. Spotkanie zdalne to do tej pory jeszcze niektórym jawi się jako kontakt z kosmosem. A nagle się okazało, że w takim trybie mogą powstawać ogromne projekty. Czy ja kiedykolwiek podejrzewałam, że ogromny projekt ustawy będę sobie wyświetlać na ekranie telewizora w domu i będę na bieżąco zdalnie pracować nad nim z zespołem? No raczej nie ale daliśmy radę bo sytuacja tego wymagała. Nie wszyscy są jednak fanami takiej pracy i uważają, że jednak kontakt osobisty to kontakt osobisty.

Mimo to zwrócić trzeba uwagę na parę kwestii.

Po pierwsze wyjdę od przepisów aby rozróżnić pracę zdalną, telepracę i rozpowszechniony w prywatnym sektorze „home office”.

Telepraca jest to forma pracy uregulowana w kodeksie pracy i istnieje już od dawna. Jest ona jednak sformalizowana i przyznawana jest na wniosek pracownika.

W odróżnieniu od powyższego pojęcie pracy zdalnej zostało uregulowane w jednej z pierwszych specustaw a mianowicie ustawie z dnia 2 marca 2020 r. o szczególnych rozwiązaniach związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19, innych chorób zakaźnych oraz wywołanych nimi sytuacji kryzysowych i ma miejsce, gdy pracodawca poleca pracownikowi wykonywanie, przez czas oznaczony, pracy określonej w umowie o pracę, poza miejscem jej stałego wykonywania. Co ciekawe praca zdalna i używane zamiennie do niego home office nie są tym samym. Przyznaję się tego nie wiedziałam. Home office jest wykonywaniem pracy poza zakładem pracy w sposób okazjonalny.

Wątpliwości budzą w przypadku pracy zdalnej następujące kwestie:

  • jak traktować kwestie BHP przy pracy zdalnej. Nie wiem czy ktoś tak naprawdę wie jak traktować kwestie wypadków przy pracy w domu, np.: oblania się wrzątkiem przy robieniu herbaty, porażenia prądem czy przewrócenia się na śliskiej podłodze itp. Jak działają w takiej sytuacji przepisy BHP? Nie są to przecież przypadki nietypowe i po prostu sie zdarzają.
  • ekwiwalentu za koszty, które są ponoszone na pracy zdalnej: dostępu do internetu, prądu, wody. Oczywiście nie ponosimy kosztów dojazdu, ale po pierwsze nie zawsze to działa (niektórzy dostają się do pracy np. na piechotę lub rowerem) a poza tym wydaje się to nietrafionym argumentem w tej kwestii.

Poza tym coraz głośniej zaczyna być o tym, że jest dużo większe obciążenie obowiązkami, ludzie są przepracowani. Często jest to wynik tego, że pracodawcy traktują fakt, że oszczędność czasu na braku dojazdów do pracy i z pracy oraz dostęp do laptopów uzasadniania to, że mogą pracownicy pracować więcej i poza godzinami pracy. Przepisy covidowe w tej kwestii nie wyłączyły przepisów kodeksu pracy i nadal pracownika obowiązuje 8h czas pracy a praca ponad ten czas powinna być rozliczana zgodnie z przepisami.

Z kolei jeżeli chodzi o pracowników to niestety, też nie zawsze wszystko jest tak jak być powinno. Niektórzy w godzinach pracy zdążą np. zrobić pranie, ugotować obiad, pójść do sklepu i in. Cóż jakby normalnie pracowali w trybie stacjonarnym raczej by tego nie robili. Osobiście uważam, że nie jest to nic strasznego, bo i sytuacja jest wyjątkowa ale dobrze jeśli obowiązki zawodowe nie schodzą na dalszy plan.

Co dalej? Tego to chyba nikt nie. Coraz głośniej mówi się o nadchodzącym widmie 4 fali epidemii. Niektórzy próbują wracać w różnych wariantach pracy hybrydowej (łączenie pracy zdalnej i stacjonarnej). Ja i wielu znajomych ma nadzieję, że kiedy już wrócimy do normalności to praca zdalna nie zniknie i nadal będzie można z niej korzystać czy w to właśnie w trybie hybrydowym, czy też doraźnie w ramach potrzeb jako home office.

Aplikacja legislacyjna – jak przetrwać i zdać

Każdy absolwent prawa jednym tchem wymienia najpopularniejsze aplikacje korporacyjne: adwokacka, radcowska, sędziowsko-prokuratorska czy notarialna. Z wymienieniem innych już jest gorzej. A jest ich jeszcze kilka. Jedną z takich aplikacji niszowych, mniej znanych jest aplikacja legislacyjna. Tę ukończyłam dwa lata temu i uwierzcie mi lub nie to nie był czas łatwy. Poniżej parę porad jak odnaleźć się na aplikacji.

Na początek parę formalności. Organizatorem aplikacji jest Rządowe Centrum Legislacji i to RCL określa m. in. limity przyjęć na aplikację w danym roku czy program aplikacji.

Aplikacja trwa 10 miesięcy, podczas których co mniej więcej drugi czwartek aplikanci przychodzą na całodzienne wykłady. Ponadto w indywidualnie ustalonych terminach spotykają się z wyznaczonymi przez RCL patronami.

W odróżnieniu od aplikacji korporacyjnych dostanie się na aplikację legislacyjną nie zależy tylko i wyłącznie od naszego chcenia, rzetelnej nauki i w konsekwencji zdania egzaminu wstępnego. Po pierwsze tę aplikację odbywać mogą zgodnie z przepisami następujące osoby: członkowie korpusu służby cywilnej, urzędnicy, o których mowa w art. 71 ust. 1 ustawy z dnia 16 września 1982 r. o pracownikach urzędów państwowych, żołnierze zawodowi, funkcjonariusze służb oraz pracownicy samorządowi. Drugi warunek jest taki, że na aplikację musi nas skierować dyrektor generalny urzędu, w którym jesteśmy zatrudnieni.

Formalnościom macie za sobą i zostaliście skierowani przez wasz urząd na aplikację? Świetnie! Teraz jeszcze trzeba jeszcze udowodnić RCL, że stanowi się materiał na legislatora. W tym celu należy przygotować życiorys, w którym należy wskazać doświadczenie w pracy legislatora oraz przeprocedowane projekty aktów prawnych. Kochani piszcie co robiliście. Jeśli pomagaliście przy czymś większym nie bójcie się pytać o pozwolenie na zgodę wpisania tego faktu.

To zdjęcie ma już wartość archiwalną bo zmieniła się siedziba RCL. Kto pamięta tamtejsze złote windy?

Dwa i pół roku temu szczęśliwie przeszłam ten proces naboru i zakwalifikowałam się na aplikację (bardzo dziękuję w tym miejscu tym, którzy we mnie uwierzyli i mnie tam wysłali). Oprócz mnie z mojego urzędu wysłany został kolega A. Na marginesie, z kolegą A. znaliśmy się wcześniej i raczej to była, cytując klasyka, „szorstka przyjaźń”. Jednak wspólne zamiłowanie, odkryte na przynudnych wykładach, do pewnej marki z symbolem nadgryzionego jabłka zmieniło to i teraz mamy naprawdę fajne koleżeństwo:)

Z rzeczy ważnych! Pamiętajcie, że egzamin końcowy to pewna składowa kilku elementów. Liczą się:

  • obecność na wykładach,
  • wymagana liczba godzin spotkań z patronem – na koniec wystawia on pisemną opinię o aplikancie,
  • zaliczona wskazana liczba udziału w komisjach prawniczych,
  • oddawanie prac domowych (w terminie!),
  • oczywiście wiedza wynikająca z materiału omawianego na wykładach,
  • choć niewielkie doświadczenie, dlatego jeśli macie chęć iść na aplikację od początku starajcie się nawet o niewielkie projekty własne.

Jak już wspominałam czas aplikacji to m.in. cykl wykładów oraz spotkań z patronem. Każdy z nas studiował, więc wiecie jak to jest z wykładami – niektóre są lepsze, inne gorsze, jedni wykładowcy mają pomysł i porywają słuchaczy, inni mogliby robić za zawodowych usypiaczy. Patroni, też są różni, ci którzy się faktycznie przejmują i ci którzy do tematu podchodzą nie wczuwając się zbytnio. Ja akurat miałam to szczęście, że moja Patronka pracuje w trudnej działce legislacji, w rolnictwie. Tam się dużo dzieje: dużo aktów wdrażających prawo Unii Europejskiej, ASF-y, dziki, łosie, dopłaty, normy. Dlatego miałam wiele ciekawych przykładów legislacji bo jak wiecie najlepiej uczyć się na przykładach.

Aplikanci też są różni. Jedni mają bogate doświadczenie zawodowe i aplikacja stanowi dla nich forum wymiany myśli z wykładowcami i legislatorami. Inni dopiero co zaczęli i próbują złapać ten koniec sznurka, który pozwoli im załapać o co chodzi.

Miejsce zajęłam wśród wspaniałej grupy osób, z różnych urzędów, z różnym doświadczeniem i szybko złapaliśmy „chemię”, stworzyliśmy grupę na e-mailu, wspólnie się wspieraliśmy i wspólnie rozwiązywaliśmy kazusy na zajęciach i poza nimi:) Zresztą do tej pory mamy grupę na komunikatorze i cały czas utrzymujemy kontakt.

To ważne bo dołujących i trudnych momentów nie brakowało. Spotkałam się z opiniami, że takich młodych pracowników jak ja nie powinno się wysyłać na aplikację bo nie mamy odpowiedniego doświadczenia i robi się nam niedźwiedzią przysługę. To niesamowicie podcinało skrzydła. A jedna Pani legislator wzięła mnie na celownik po tym jak na komisji prawniczej siedziałam z iPadem i z niego pracowałam sobie na projekcie. No cóż na niektórych cyfryzacja działa jak płachta na byka…

Poziom stresu był taki, że niejeden doświadczony słuchacz miał momenty zwątpienia, a u mnie egzamin próbny zakończył się załamaniem totalnym, chęcią rzucenia tego w diabły i ogólną histerią. Dobrze, że miałam osoby, które mną potrząsnęły.

Nadszedł maj i trzeba było się już brać ostro do roboty. I to jest ta tytułowa część mojego wpisu – jak przetrwać i zdać. Po pierwsze nie warto być samemu. Warto mieć grupę, z którą trzymacie się razem, razem się motywujecie i wspieracie. Burze mózgów w takiej grupie są najlepsze i najbardziej efektywne.

Dobrym motywatorem do rozpoczęcia ostrych przygotowań był wyjazd integracyjny w czasie którego przewidziana była część pisemna i część ustna egzaminu.

Przygotowania zacznijcie od wykucia na blachę Konstytucji RP, ustawy o Radzie Ministrów, Regulaminu Prac Rady Ministrów, ustawy o ogłaszaniu aktów normatywnych i niektórych innych aktów prawnych oraz last but not least Zasad Techniki Prawodawczej. Obudzeni w nocy o północy cytujecie te akty bez zająknięcia. Pamiętajcie! Dla komisji egzaminacyjnej nie ma nic gorszego jeśli złapią was na nieumiejętności podstaw np. braku znajomości źródeł prawa. Czasami pytanie o podstawy jest kołem ratunkowym rzucanym przez komisję, więc warto żeby to koło nie okazało się betonowym.

Na koniec nauki to już dwa laptopy były w użyciu.

Potem warto zacząć przekopywać się przez olbrzymią stertę pytań egzaminacyjnych zebranych przez słuchaczy poprzednich roczników. To niesamowicie porządkuje wiedzę.

Moja koleżanka postawiła oprócz tego na kilka spotkań nauki grupowej. No cóż ja akurat nie byłam co do tego przekonana bo jest to raczej nauka pamięciowa. Co innego było, gdy na pierwszym roku studiów miałam logikę i rozwiązywanie zadań w grupie było rozwiązaniem idealnym bo po niejednej burzy mózgów można było znaleźć rozwiązanie nawet najtrudniejszych zadań.

Na koniec warto zostawić zagadnienia, które budzą waszą niepewność, macie z nimi mniej do czynienia w pracy zawodowej.

Ważne przed egzaminem jest jeszcze to, że warunkiem dopuszczenia do egzaminu jest udział w pięciu komisjach prawniczych. Oczywiście RCL zapewnia pewną pulę KP, w których mogą uczestniczyć aplikanci ale niestety jak zwykle pula ta jest za mała. Dlatego ja zwróciłam się do moich kolegów z Departamentu o to, że jeśli będą mieć zwołaną jakąś KP to żeby dawali mi znać, dzięki temu ja w nich uczestniczyłam wypełniając założone przez RCL minimum. Tutaj też warto pamiętać, aby zrobić tych komisji parę więcej, raczej jest to dobrze widziane przez komisję egzaminacyjną.

W tym miejscu mała dygresja, kolega, który jest teraz na aplikacji ma spokojną głowę bo udział w komisjach zaczął zaliczać od początku nauki a teraz w czasie, w którym jesteśmy raczej o komisje trudno. A on proszę bardzo zrobione i to „z górką”:)

Na egzaminie w części pisemnej macie do wyboru albo napisanie projektu aktu prawnego albo stanowiska prawno-legislacyjnego do projektu aktu prawnego lub projektu założeń projektu ustawy. Cóż… ja niestety królową opinii prawnych nie jestem. Na regulaminie wyścigów konnych zadanym przez Patronkę koncertowo wyłożyłam się kopytami do góry:D jednak, do końca, do momentu wywołania mojego nazwiska do losowania tematu pracy trwała we mnie walka w co celować. Tu na marginesie, jest pewien sposób by poznać czy to opinia czy akt prawny (ewentualna podpowiedź na priv). Rozsądek zwyciężył i jednak wybrałam akt prawny. W końcu chodzi o to, żeby zdać, a nie udowodnić coś światu. Na udowadnianie jest potem całe życie.

Jedna rada nie kombinujcie, chyba, że jesteście absolutnie pewni swojej wiedzy i koncepcji. Pamiętajcie, że tezę postawioną w pracy egzaminacyjnej trzeba obronić. Nie jesteście pewni? Lepiej iść ścieżką prostszą, mając w głowie, że możliwe są inne rozwiązania. Ja setki razy w myślach symulowałam sobie wypowiedź na temat przyjętego przeze mnie rozwiązania. Znałam absolutnie każdy szczegół swojej pracy. To ważne bo to też rzutuje na późniejsze nastawienie komisji, w jakimś sensie na tematykę pytań.

W kwestii egzaminu ustnego, powiem jedno tak jak to bywa, Ci, którzy byli przedstawiani jako pogromcy okazali się wyrozumiali i naprawdę w porządku, a Ci którzy mieli być bardziej przyjaźni okazali swoje oblicze. I nie powiem Wam tu, że spokojnie, że zdacie, itp. Myślę, że na pewno tak ale mimo, że zdawałam wiele egzaminów, ten kosztował mnie dużo stresu i nerwów (tyle km ile ja przeszłam w dniu egzaminu z nerwów to na dwa dni normę wyrobiłam) i wiem, że warto było.

Na koniec „smaczek” prosto z RCL: kto nie pił tam kawy ten nie zna życia. Na początku każdy nosem kręci, a z każdymi kolejnymi zajęciami nie nadążają z jej uzupełnianiem.

Umowy międzynarodowe. Trochę inna odmiana legislacji.

Swego czasu starając się o awans zaproponowałam przyjęcie nowych obowiązków związanych z prowadzeniem umów międzynarodowych. W owym czasie z awansu nic nie wyszło ale umowy zostały ze mną. Poniżej kilka kwestii, które trzeba zwrócić uwagę a same w sobie umowy traktować jak podróże. Każda jest inna:)

Jak to z tymi umowami międzynarodowymi jest? Czy to naprawdę takie skomplikowane?

Podstawą jest dobry merytorycznie departament do spraw współpracy międzynarodowej bo łatwiej wtedy sprostać wyzwaniom, które stawia przed nami Ministerstwo Spraw Zagranicznych.

Najważniejsze jest od początku posiadanie dobrego uzasadnienia dlaczego w ogóle chcemy taką umową się związać. Uzasadnienie towarzyszy projektowi umowy od początku od etapu negocjacji treści umowy międzynarodowej. Potem jego szkielet nie musi ulegać radykalnym zmianom a jedynie na kolenych etapach procesu legislacyjnego jest rozbudowywany o kolejne niezbędne elementy.

Jeżeli chodzi o prowadzenie procesu związania Polski umową to oczywiście poruszacie się w obrębie 3 aktów prawnych: Konstytucja RP, ustawa o umowach międzynarodowych i rozporządzenie Rady Ministrów z dnia 28 sierpnia 2000 r. w sprawie wykonania niektórych przepisów ustawy o umowach międzynarodowych.

Ze swojej strony mogę też polecić ułożenie sobie dobrych stosunków z MSZ, bo dużo kwestii możecie omówić „na roboczo” co bardzo zaoszczędza czas a należy pamiętać, że proces związania umową międzynarodową jest długi i wieloetapowy. Dlatego też dokładnie czytajcie jakie dokumenty są wymagane na dany etap, żeby potem nie musieć ich dosyłać. Tak naprawdę ww. rozporządzenie to jest wasza checklista jakie dokumenty są wam potrzebne na dany etap i co musi zawierać uzasadnienie. I zwróćcie uwagę na załączniki do rozporządzenia bo nie warto tracić czasu na coś co zostało już określone.

Jest jeden dokument, który nie został nigdzie określony jak powinien wyglądać. Ja miałam z tym problem dlatego o tym wspominam. To jest dokument „informacja o zakresie i wynikach przeprowadzonego postępowania uzgadniającego”. Otóż to nie jest żaden skomplikowany dokument. Po prostu wskazujecie listę podmiotów, z którymi uzgodniono projekt i podsumowanie zawierające informację czy były uwagi czy nie. I wszystko.

I na koniec. Jeżeli do umów są wprowadzane jakieś zmiany to muszą one zostać przyjęte w takim trybie jak nastąpiło związanie Polski umową pierwotną. I to jest pierwsza ważna rzecz a druga ważna to kwestia tłumaczeń. Jeżeli przyjmujecie poprawki to warto sprawdzić jak kluczowe wyrazy były tłumaczone w umowie pierwotnej bo potem trzeba poprawiać tłumaczenie, jeśli wychodzą jakieś nieścisłości. Tutaj też należy pamiętać, że tak jak w przypadku aktów prawnych typu ustawa czy rozporządzenie, tak w przypadku umów międzynarodowych, wydaje się teksty jednolite. I to jest moment, kiedy ewentualne nieścisłości tłumaczeń można wyprostować.

I jeszcze jeden mały ukłon dla Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, że teraz dokumenty przekazywane są tylko w postaci elektronicznej bo przygotowanie kopii papierowych często szło w tysiące kartek nie dość że było szalenie nieekologiczne to jeszcze marnotrawiło czas przy drukarce.

Jeżeli macie jakieś pytania to śmiało piszcie. Podpowiem na pewno. Ja teraz zaczynam proces związania Polski dużą umową dlatego już czuję się jakbym wsiadała na rollcoaster:)

Załączam wam schemat procesu związania Polski umowami w różnych trybach.

4de5c824_061d_416d_b901_033b4ce23555

 

 

 

Nie martw się w wakacje – wyrób szybko i w prosty sposób kartę EKUZ.

Okres wakacyjny w pełni ale jeszcze troszkę pozostało do końca. Dlatego dzisiaj wpis o wakacyjnym niezbędniku. Akurat moja karta straciła ważność stąd pomysł na wpis. Na pewno wielu z Wam jeszcze się przyda i zapali się czerwona lampka w głowie, że jednak nie wszystko jeszcze spakowane:)

***

It’s a middle of summer, but still a little bit to the end. That is why today a post about a holiday must-have. My European Health Insurance Card has expired, hence the idea for a post. Certainly many of you find this useful and a red lamp will light up in your head that, however, not everything is packed yet 🙂 Get emergency and planned healthcare anywhere in the EU

***

Czasy się zmieniają, administracja też. To już nie jest tak, że przychodząc rano do pracy marzymy tylko o tym aby z niej wyjść. I nie pijemy kawusi spedzając czas na ploteczkach. Owszem ja rano idę do pokoju socjalnego i robię sobie w ekspresie kawę (nie widzę w tym nic złego, w końcu energia do pracy to podstawa). Ale, ale tak na marginesie – mamy pokoje socjalne. Kiedyś posiadanie czajnika w pokoju to była jedyna możliwość zrobienia sobie kawy czy herbaty. Teraz mamy przytulne i dobrze wyposażone pokoje socjalne, gdzie możemy odgrzać i zjeść w spokoju posiłek albo właśnie zrobić sobie kawy. Pamiętam opowieść mojej mamy, która kiedyś przyszła do urzędu, weszła do pokoju a tam urzędniczka akurat była przy drugim śniadaniu. Na dokumentach stał w całej okazałości słoik ogórków konserwowych a urzędniczka spokojnie zajadała kanapkę przegryzając ją ogórkiem trzymanym w palcach. Tak było…

To tak „od kuchni”. A co robimy? Staramy się ułatwić życie. Nie zawsze z sukcesem ale trochę rzeczy stało się łatwiejszych. Możemy je załatwić bez wychodzenia z domu, mając internet i wygodną kanapę.

disease-292571_960_720.jpg

Powszechnie spędzamy wakacyjny czas na zagranicznych wyjazdach. Od wielu lat niekończącą popularnością cieszy się Chorwacja, Grecja. Ostatnio coraz cześciej Polacy ruszają na złote piaski Bułgarii.

Podróżując po krajach Unii Europejskiej warto zaopatrzyć się w kartę EKUZ czyli Europejską Kartę Ubezpieczenia Zdrowotnego – potwierdza ona prawo do korzystania na koszt NFZ z niezbędnych świadczeń zdrowotnych w czasie tymczasowego pobytu na terenie innego państwa członkowskiego UE/EFTA. Nie ma nic gorszego niż choroba na wyjeździe, dlatego jeżeli możemy ograniczyć sobie związany z tym stres czemu tego nie zrobić. Do karty dołączana jest informacja na temat opieki zdrowotnej w poszczególnych krajach dlatego myślę, że warto poświęcić chwilę na jej wyrobienie.

Jak wyrobić kartę?

Najprościej można wniosek wypełnić, zeskanować, wysłać e-mailem do wojewódzkiego oddziału NFZ a karta zostanie przysłana do nas pocztą w ciągu paru dni? Można to zrobić za pomocą platformy e-PUAP, używając profilu zaufanego do podpisania wniosku. Założenie profilu zaufanego jest możliwe dzięki korzystaniu z usług bankowości elektronicznej.

Poniżej przydatne linki, żebyście nie tracili czasu na zbędne szukanie formularzy:

NFZ karta ekuz

ePUAP2

Przed urlopem zawsze jest dużo biegania, załatwiania, zamieszania. Korzystając z opisanych wyżej możliwości możemy sobie oszczędzić wyprawy do NFZ i straty czasu w kolejce. A dzięki karcie możemy cieszyć się urlopem w spokoju i podziwiać uroki zwiedzanych krajów.

UNADJUSTEDNONRAW_thumb_5d10

Miłego i zdrowego urlopu:)

Dyrektywy i rozporządzenia unijne-wszyscy o nich mówią a co właściwie jest?

Prawo Unii Europejskiej często wywołuje kontrowersje w społeczeństwach państw członkowskich. Jak to jest, że gdzieś tam daleko w Brukseli zbierają się urzędnicy i narzucają innym przepisy, które potem trzeba stosować? Cóż, zgadzając się na członkowstwo w Unii Europejskiej zgodziliśmy się i na to, że będziemy również dostosowywać nasze prawo do innych, między innymi po to, że jeśli wyjeżdżamy do innego państwa członkowskiego czy to turystycznie czy np. do pracy bądź prowadzimy biznes przepisy nas nie zaskoczą. Ale jak to bywa czasami z takiej standaryzacji przepisów wynikają śmieszne sytuacje:)

W tym tygodniu byłam na szkoleniu właśnie z wdrażania, czyli wprowadzania do naszego prawa przepisów dyrektyw. Cóż to jest ta dyrektywa? Często się słyszy lub czyta używane zamiennie pojęcia „dyrektywa” i „rozporządzenie”.

TO NIE JEST TO SAMO!

Dyrektywa to taki akt, który ma spowodować, że przepisy prawne różnych państw w jakimś konkretnym zagadnieniu będą zbliżone. Prawidłowo się mówi, że dyrektywy służą harmonizacji prawa.

Podam przykłady bo łatwiej się dzięki temu zapamiętuje:

Któż z nas nie słyszał o słynnej krzywiźnie banana? Albo o tym, że marchewka to owoc (serio???)? Była słynna dyrektywa o drabinach – jak powinna być zbudowana, aby ograniczyć wypadki przy pracy na wysokości. Możemy w niej przeczytać, że „nóżki przenośnych drabin muszą być asekurowane przed przesuwaniem się w trakcie używania poprzez zabezpieczenie ramiaków pionowych na końcu lub blisko górnego lub dolnego końca, za pomocą urządzenia przeciwpoślizgowego lub poprzez każde inne ustawienia o równoważnej skuteczności”. Ponadto kąt nachylenia drabiny powinien wynosić od 65 do 75 stopni. A oczywiście – wg wymogów EU – z drabiny należy „schodzić tyłem”:) Czy czytał ktoś kiedyś instrukcję obsługi kaloszy? Jeśli tak, to też za sprawą dyrektywy unijnej.

Często za tego typu przepisami stoją konkretne interesy któregoś z państw członkowskich, które dzięki temu będzie mogło otrzymywać np. dopłaty.

Ale to są oczywiście wyjątki. Z reguły dyrektywy mają ułatwiać nam życie. Dyrektywy dotyczą różnych podmiotów i sfer. Przedsiębiorców (np. dyrektywa w sprawie koordynacji procedur w zakresie przyznawania koncesji, dyrektywa w sprawie przenoszenia za granicę siedziby spółki z ograniczoną odpowiedzialnością), ochrony środowiska (dyrektywa o odpowiedzialności za środowisko w odniesieniu do zapobiegania i zaradzania szkodom wyrządzonym środowisku naturalnemu), dzieci (dyrektywa o bezpieczeństwie zabawek), osób niepełnosprawnych (dyrektywa w sprawie dostępności stron internetowych i mobilnych aplikacji organów sektora publicznego) i wielu wielu innych.

Jeśli chodzi o to jak mamy sprostać przepisom dyrektyw, to Unia Europejska pozostawia nam wolną rękę. Po prostu mamy tak zrobić, żeby było dobrze:)

A co z rozporządzeniami?

Rozporządzenia unijne, inaczej niż dyrektywy służą unifikacji prawa. Celem unifikacji, jest scalenie, ujednolicenie wszystkich porządków prawnych występujących w Unii Europejskiej. Przepisy rozporządzenia obowiązują we wszystkich państwach tak samo!

W tym miejscu wystarczy chyba jeden przykład. Ten rok upłynął pod znakiem wprowadzenia RODO. Rozporządzenie o ochronie danych osobowych (ang. General Data Protection Regulation (GDPR)) popłoch wzbudziło w narodzie straszny. Przedsiębiorcy rwali włosy z głowy, firmy szkoleniowe zbijały kokosy, w kolejce do lekarza stali „ramię w ramię” Smerfetka z Lordem Vaderem. Było śmieszno i straszno.

gdpr-3285252_960_720

Rozporządzenie zaczęło obowiązywać od maja 2018 r., wiele przepisów musiało zostać do niego dostosowanych. Ale co najważniejsze RODO spowodowało wietrzenie szaf. Ile razy nasz dowód osobisty był niepotrzebnie kserowany, tak na wszelki wypadek… A potem taka kopia krążyła sobie po świecie a przecież tam są dane, na które ktoś może sobie wziąć chociażby kredyt. Nareszcie mamy też podstawę do walki z dzwoniącymi telemarketerami, po prostu możemy powiedzieć, że nie zgadzamy się na wykorzystywanie naszych danych przez firmę. Obawa kar, które są bardzo dotkliwe, działa. Ja zauważyłam, że uciążliwych telefonów jest mniej. Niestety i te firmy wzięły się na sposób i dzwoni do nas automat. Z takim sobie nie pogadamy… No ale cóż każda akcja rodzi reakcję!

Trochę długi ten tekst więc o szkoleniu następny wpis bo mam parę przemyśleń:)

I jak troszeczkę jaśniej się zrobiło? A może macie jakieś pytania?