Kolejne święta uświadomiły mi, że i również w tej kwestii zaszły zmiany w administracji. Do niedawna nieodłącznym elementem tygodnia poprzedzającego czas świąt było spotkanie wigilijne organizowane z udziałem kierownictwa ministerstwa czy urzędu podczas którego składano życzenia, po czym zapraszano na mały poczęstunek. Równocześnie też organizowane były także wigilie departamentalne. Obecnie coraz częściej zdarza się, że organizowane są wyjścia na miasto, tzw. „christmas party”, podczas których na luzie, ubrani np. w świąteczne sweterki możemy spędzić czas z ludźmi z pracy.
Wigilie w pracy mają to do siebie, że atmosfera takich spotkań jest dość sztywna. Jedni pracownicy chcąc zaplusować biegną do szefa z życzeniami wszelkiej pomyślności w czasie świąt i w nadchodzącym roku. Inni zajmują pozycje strategiczne przy zastawionym stole i gdy ty próbujesz dostać choć jednego pieroga oni już dawno są przy deserach (tak to jest wieloletnie doświadczenie życiowe, jak to mówią: „z niejednej wigilii się chleb jadło”). Jednak ani to wygodne ani miłe kiedy ktoś do nas podchodzi a my przełykając śledzia staramy się mu odwzajemnić życzenia.
Podobnie rzecz się ma z wigilią departamentalną. Najpierw rusza giełda kto co przyniesie. Oczywiście wielu próbuje zrobić aby się nie narobić czyli np. przyniosą chleb albo napoje. Ale co sprawniejsi wodzireje, bo zawsze tacy się znajdą, rozdadzą obowiązki i nieoczekiwanie otrzymuje się zadanie przyniesienia np. śledzi pod pierzynką.
Muszę przyznać, że nigdy nie lubiłam tych wigilii. Atmosfera napięta jak indiański łuk, wszyscy grzecznie stoją w kręgu z rękoma złożonymi na podołku, szef składa życzenia, zaprasza do jedzenia i… Zapada niezręczna cisza. Kto pierwszy się skusi? Komu pierwszemu będziemy patrzeć na ręce jak nakłada potrawy przytaszczone przez koleżanki i kolegów. Miałam zresztą kiedyś taką historię z cyklu wiadomo, że będzie dramat. Spóźniona wpadłam na takie spotkanie i nagle 20 czy więcej par oczu wlepiło mi się w ręce. Nieszczęśliwie było to akurat przed Wielkanocą, więc na stole królowało jajko, z którym zaczęłam walczyć niczym Gustlik w serialu „czterej pancerni i pies”. Nigdy więcej! Trauma pozostała do tej pory:/
Fajną opcją jest zatem wybranie się do restauracji. Restauracje mają przygotowane menu dla dużych grup z określoną ceną za osobę, w którą mamy wliczone jedzenie i picie. Jest to o tyle fajne, że jesteśmy poza pracą i możemy na luzie porozmawiać o sprawach spoza pracy. Po prostu się poznać. Choć z tym ostrożnie, przypominam tutaj mój wpis na temat tzw. small talk’ów https://szpilkinaurzedzie.com/2019/08/26/przemyslenia-na-temat-tzw-small-talk/
Oczywiście trzeba pamiętać, że z uwagi na to, że pracownicy administracji obracają się trochę w innych ramach formalnych niż pracownicy korporacji nie jest też łatwo, żeby przekonać ludzi z administracji do tego typu imprez ale warto próbować, bo naprawdę fajnie to wychodzi, choć oczywiście nie obywa się bez drobnych zgrzytów typu: a czemu w tym miejscu a nie gdzie indziej, a czy inny termin nie byłby lepszy itp. Ale taki to los organizatora i pomysłodawcy;-)










