Zaczęło się w piątej klasie szkoły podstawowej.

Zapytacie co? Ekologia. W moim wydaniu nie jest w wersji radykalnej ale jest i to od dawna. Proste rzeczy, czynności, które dokładają moją cegiełkę do ochrony planety.

Ale od początku… W piątej klasie podstawówki z paru powodów moja mama zdecydowała o zmianie dla mnie szkoły. Pani Dyrektor zapytała moją mamę czy lubię zwierzęta. Mieliśmy w domu psa, mama znała mój stosunek do zwierzaków więc bez wahania powiedziała, że tak. Pani Dyrektor zawyrokowała: to pójdzie do klasy eksperymentalnej o profilu ekologicznym, wtedy 5A. Mieliśmy zwariowaną wychowczynię, zabierała nas na wycieczki, mierzyliśmy obwody drzew i sprawdzaliśmy z której strony porasta je mech, hodowaliśmy kurz a nasi rodzice na każdej wywiadówce mieli pogadankę ekologiczną np. o szkodliwości mikrofalówek. No i na wszystkie dolegliwości najlepszy był aloes:) Ale w sumie to też nie był taki początek mojej „ekologiczności”. Ja jestem z pokolenia, które pamięta wymianę makulatury na rolki papieru, wożenie szklanych butelek po wodzie Mazowszanka na wymianę. Teraz zaczyna to wracać. Nagle modne na nowo stają się płócienne torby, koszyki. W Warszawie powstają recyklomaty. Z jakiego powodu? Początek roku a w raz z nim szalejące w Australii pożary uwidoczniły, że problemy nie znikają a wręcz narastają. Myślę tu o postępujących zmianach klimatu. Kto z nas jeszcze pamięta białe święta? Teraz już tylko możemy zanucić „I’m dreaming of a white Christmas” z nadzieją, że nas matka natura zaskoczy. Teraz żeby dzieci zobaczyły śnieg, muszą je rodzice zabrać w góry bo o śniegu w mieście można pomarzyć. A i w górach nie są to już ilości takie jak dawniej. Na tych którzy cieszą się, że nie ma śniegu macham tylko ręką. Nie zdają sobie sprawy, że topniejący śnieg zasila potoki i rzeczki a także nasącza glebę. To jedne z wielu ze znaków, które musimy zacząć zauważać bo inaczej źle z nami będzie i to wcale nie jest przesada.

W związku z tym postanowiłam napisać parę przykładów jak ja staram się dbać o nasze wspólne dobro – naszą planetę. I nie jest to nic nadzwyczajnego – zwykłe czynności, które każdy z nas może wykonać a matka natura będzie miała lżej.

ŚMIECI

Podstawowe zasady segregacji śmieci stosowane były już u mnie w domu od dawna i kiedy zaczęły się pojawiać pierwsze pojemniki do segregacji, my z nich korzystaliśmy. Dlatego teraz nie jest dla nas żadnym kłopotem dostosowanie się do nowych zasad segregacji odpadów.

U mnie w pracy też już się pojawiły pojemniki na różnego rodzaju odpady.

Co więcej, powiem wam, że swego czasu gromadziłam makulaturę i pieniądze z jej sprzedaży odkładałam do skarbonki na wydatki domowe. Dzięki nim mieliśmy parę set złotych na dołożenie do lodówki i zmywarki, gdy niestety wymagały już wymiany. Niestety mój „biznes” padł bo teraz dostawcy makulatury muszą dopłacać odbiorcom.

WODA

W odwiecznej wojnie wanna czy prysznic zdecydowanie wygrywa prysznic w mojej rodzinie. Oszczędność czasu, wody i pieniędzy.

Dbamy również o to, aby kran był zakręcony w czasie mycia zębów czy, tak jak Panowie, golenia a odkręcany wtedy gdy jest taka potrzeba. Nie ma bezsensownego lania wody… i tego przysłowiowego i dosłownego:-P

Tu jeszcze parę słów o mojej ekopielęgnacji. Już dawno temu zrezygnowałam z płynów, każdy do czego innego, przy wieczornej pielęgnacji. Dla mnie płyn musi być jeden i ma zmywać porządnie buzię bez zostawiania żadnych tłustych filtrów. Dzięki temu zaoszczędzam nie tylko pieniążków, ale i nie zużywam ogromnej ilości płatków do twarzy. To także praktyczne przy pakowaniu na wyjazdy:D ale to już inna historia.

Parę moich eko akcesoriów do pielęgnacji twarzy

ENERGIA

Kolejna z takich rzeczy drobnych ale które może robimy nieświadomie, to złe ładowanie naszych sprzętów elektronicznych. Po pierwsze nie powinno się zostawiać np. telefonu na ładowanie na całą noc bo z jednej strony gdy bateria naładuje się do 100% zasilanie jest odcinane ale z drugiej po jakimś czasie ona się trochę rozładowuje i jest ładowana znowu. Dlatego ja teraz korzystam, z krótkich chwil kiedy mogę podładować telefon, smartwach czy inne urządzenia.

Gotowanie wody w czajniku? Gotuję tyle ile potrzebuję. Naprawdę nie ma sensu za każdym razem gotować pełnego czajnika.

Oczywiście o takich rzeczach jak wyłączanie świateł w pomieszczeniach, w których nie są w danym momencie potrzebne. To ja np. jestem tą osobą, która chodzi po korytarzach w urzędzie i wyłącza światła. Jakby ktoś szukał:D Nie lubię bezmyślnego palenia światła, ani to zdrowe na oczy, ani jak kiedyś przeczytałam na cerę (podobno od jarzeniówek mogą robić się przebarwienia – nie znam się, ale po co ryzykować). Nie ukrywam, że denerwuje mnie to, kiedy idę np. w sobotę po mieście i we wszystkich wieżowcach palą się światła. Zawsze się zastanawiam po co? Może ktoś wie? Są na tyle przeszklone, że widać, że raczej ludzi tam nie ma. Oczywiście jest to widowiskowe ale czy na pewno dobre?

WNĘTRZA

Rośliny. Naprawdę warto inwestować w rośliny w domu i w ogrodzie. Przede wszystkim dlatego, że to nasze zielone płuca i oczyszczają nam powietrze w domu ale też dlatego, że te ogrodowe są ważne dla owadów i dają im przetrwanie.

TRANSPORT

Oczywiście, też nie jestem idealna bo nikt nie jest i niestety np. często zbyt długo biorę prysznic, no a przede wszystkim jeżdżę do pracy sama samochodem. Wiem, że to nieekonomiczne i nieekologiczne ale lęk przed komunikacją miejską jest silniejszy:D Za to w sezonie wiosenno-letnim przesiadam się na rower i codziennie dojeżdżam nim do pracy więc choć przez jakąś część roku w tym aspekcie przyczyniam się do ochrony środowiska. Także jak ktoś by miał zhejtować to myślę, że w miarę wychodzę na „zero” w tej kwestii.

A na koniec to do czego się kompletnie przekonałam – torby wielorazowego użytku. Mam jedną zawsze przy sobie, jedną w samochodzie. Jeżeli już niestety zdarza mi się kupić plastikową (jak pisałam, nie jestem idealna) również jest ona używana wielokrotnie. Stworzyliśmy na takie torby specjalne miejsce i każdy przed wyjściem na zakupy może sobie wziąć tyle ile ich potrzebuje.

„Christmas party” w administracji

Kolejne święta uświadomiły mi, że i również w tej kwestii zaszły zmiany w administracji. Do niedawna nieodłącznym elementem tygodnia poprzedzającego czas świąt było spotkanie wigilijne organizowane z udziałem kierownictwa ministerstwa czy urzędu podczas którego składano życzenia, po czym zapraszano na mały poczęstunek. Równocześnie też organizowane były także wigilie departamentalne. Obecnie coraz częściej zdarza się, że organizowane są wyjścia na miasto, tzw. „christmas party”, podczas których na luzie, ubrani np. w świąteczne sweterki możemy spędzić czas z ludźmi z pracy.

Wigilie w pracy mają to do siebie, że atmosfera takich spotkań jest dość sztywna. Jedni pracownicy chcąc zaplusować biegną do szefa z życzeniami wszelkiej pomyślności w czasie świąt i w nadchodzącym roku. Inni zajmują pozycje strategiczne przy zastawionym stole i gdy ty próbujesz dostać choć jednego pieroga oni już dawno są przy deserach (tak to jest wieloletnie doświadczenie życiowe, jak to mówią: „z niejednej wigilii się chleb jadło”). Jednak ani to wygodne ani miłe kiedy ktoś do nas podchodzi a my przełykając śledzia staramy się mu odwzajemnić życzenia.

Podobnie rzecz się ma z wigilią departamentalną. Najpierw rusza giełda kto co przyniesie. Oczywiście wielu próbuje zrobić aby się nie narobić czyli np. przyniosą chleb albo napoje. Ale co sprawniejsi wodzireje, bo zawsze tacy się znajdą, rozdadzą obowiązki i nieoczekiwanie otrzymuje się zadanie przyniesienia np. śledzi pod pierzynką.

Muszę przyznać, że nigdy nie lubiłam tych wigilii. Atmosfera napięta jak indiański łuk, wszyscy grzecznie stoją w kręgu z rękoma złożonymi na podołku, szef składa życzenia, zaprasza do jedzenia i… Zapada niezręczna cisza. Kto pierwszy się skusi? Komu pierwszemu będziemy patrzeć na ręce jak nakłada potrawy przytaszczone przez koleżanki i kolegów. Miałam zresztą kiedyś taką historię z cyklu wiadomo, że będzie dramat. Spóźniona wpadłam na takie spotkanie i nagle 20 czy więcej par oczu wlepiło mi się w ręce. Nieszczęśliwie było to akurat przed Wielkanocą, więc na stole królowało jajko, z którym zaczęłam walczyć niczym Gustlik w serialu „czterej pancerni i pies”. Nigdy więcej! Trauma pozostała do tej pory:/

Fajną opcją jest zatem wybranie się do restauracji. Restauracje mają przygotowane menu dla dużych grup z określoną ceną za osobę, w którą mamy wliczone jedzenie i picie. Jest to o tyle fajne, że jesteśmy poza pracą i możemy na luzie porozmawiać o sprawach spoza pracy. Po prostu się poznać. Choć z tym ostrożnie, przypominam tutaj mój wpis na temat tzw. small talk’ów https://szpilkinaurzedzie.com/2019/08/26/przemyslenia-na-temat-tzw-small-talk/

Oczywiście trzeba pamiętać, że z uwagi na to, że pracownicy administracji obracają się trochę w innych ramach formalnych niż pracownicy korporacji nie jest też łatwo, żeby przekonać ludzi z administracji do tego typu imprez ale warto próbować, bo naprawdę fajnie to wychodzi, choć oczywiście nie obywa się bez drobnych zgrzytów typu: a czemu w tym miejscu a nie gdzie indziej, a czy inny termin nie byłby lepszy itp. Ale taki to los organizatora i pomysłodawcy;-)

Wybory, wybory i po wyborach.

Jak to zawsze po wyborach. Jedni się cieszą, drudzy smucą, trzeci jak Napoleon snują plany taktyczne na najbliższe 4 lata, przewidując kto z kim wejdzie w koalicję, którego z posłów lub senatorów uda się podkupić, żeby zwiększyć liczebność wybranej przez siebie partii itp.

A jak wybory wpływają na pracę osób zatrudnionych w instytucjach publicznych? U nas oczywiście też wcale nie jest tak spokojnie. Na korytarzach i w pokojach zaczyna się dyskutowanie, czy obecny szef zostanie czy jednak nie, czy urząd zostanie w obecnym kształcie czy też nie itd., itp.

Co by jednak się nie wydarzyło, prace muszą toczyć się dalej a członkowie korpusu służby cywilnej (między innymi i ja) muszą robić swoje. I tutaj najważniejsze – nieważne czy wygra ta czy inna opcja polityczna musimy pozostawać neutralni politycznie. Podkreślam to bo wiele osób błędnie zakłada, że chodzi o to, że mamy być apolityczni.

Na czym polega różnica? Neutralni politycznie to znaczy, że wykonując swoje obowiązki wykonujemy je obiektywnie, niezależnie od własnych poglądów czy przekonań politycznych. Możemy oczywiście wyrażać zdanie co do realizowanych projektów ale nie z powodów politycznych, tylko z uwagi na naszą wiedzę specjalistyczną. Tak samo prywatnie nie możemy manifestować swoich poglądów politycznych. To zresztą jest doskonałe w sytuacji, gdy ktoś np. na jakimś spotkaniu próbuje nas nakłonić do dyskusji politycznej, a wiemy jak się to często kończy. Wtedy ujawniamy jako członek korpusu służby cywilnej i zasłaniamy naszą neutralnością. Niejedna impreza dzięki temu została uratowana:-P

Nie ma to zatem nic wspólnego z apolitycznością, w której po prostu dana osoba po prostu nie interesuje się polityką, stroni od niej i nie ma swoich poglądów politycznych.

Podsumowując poglądy polityczne możemy mieć i nikt nam tego nie może zabronić, natomiast publicznie czy prywatnie nie możemy ich manifestować.

I na koniec ciekawostka: czy wiecie, że zasada neutralności politycznej jest ograniczeniem konstytucyjnej zasady wolności wypowiedzi? Sama jednak konstytucja przewiduje, że „ograniczenia w zakresie korzystania z konstytucyjnych wolności i praw mogą być ustanawiane tylko w ustawie i tylko wtedy, gdy są konieczne w demokratycznym państwie dla jego bezpieczeństwa lub porządku publicznego, bądź dla ochrony środowiska, zdrowia i moralności publicznej, albo wolności i praw innych osób. Ograniczenia te nie mogą naruszać istoty wolności i praw.”.

Umowy międzynarodowe. Trochę inna odmiana legislacji.

Swego czasu starając się o awans zaproponowałam przyjęcie nowych obowiązków związanych z prowadzeniem umów międzynarodowych. W owym czasie z awansu nic nie wyszło ale umowy zostały ze mną. Poniżej kilka kwestii, które trzeba zwrócić uwagę a same w sobie umowy traktować jak podróże. Każda jest inna:)

Jak to z tymi umowami międzynarodowymi jest? Czy to naprawdę takie skomplikowane?

Podstawą jest dobry merytorycznie departament do spraw współpracy międzynarodowej bo łatwiej wtedy sprostać wyzwaniom, które stawia przed nami Ministerstwo Spraw Zagranicznych.

Najważniejsze jest od początku posiadanie dobrego uzasadnienia dlaczego w ogóle chcemy taką umową się związać. Uzasadnienie towarzyszy projektowi umowy od początku od etapu negocjacji treści umowy międzynarodowej. Potem jego szkielet nie musi ulegać radykalnym zmianom a jedynie na kolenych etapach procesu legislacyjnego jest rozbudowywany o kolejne niezbędne elementy.

Jeżeli chodzi o prowadzenie procesu związania Polski umową to oczywiście poruszacie się w obrębie 3 aktów prawnych: Konstytucja RP, ustawa o umowach międzynarodowych i rozporządzenie Rady Ministrów z dnia 28 sierpnia 2000 r. w sprawie wykonania niektórych przepisów ustawy o umowach międzynarodowych.

Ze swojej strony mogę też polecić ułożenie sobie dobrych stosunków z MSZ, bo dużo kwestii możecie omówić „na roboczo” co bardzo zaoszczędza czas a należy pamiętać, że proces związania umową międzynarodową jest długi i wieloetapowy. Dlatego też dokładnie czytajcie jakie dokumenty są wymagane na dany etap, żeby potem nie musieć ich dosyłać. Tak naprawdę ww. rozporządzenie to jest wasza checklista jakie dokumenty są wam potrzebne na dany etap i co musi zawierać uzasadnienie. I zwróćcie uwagę na załączniki do rozporządzenia bo nie warto tracić czasu na coś co zostało już określone.

Jest jeden dokument, który nie został nigdzie określony jak powinien wyglądać. Ja miałam z tym problem dlatego o tym wspominam. To jest dokument „informacja o zakresie i wynikach przeprowadzonego postępowania uzgadniającego”. Otóż to nie jest żaden skomplikowany dokument. Po prostu wskazujecie listę podmiotów, z którymi uzgodniono projekt i podsumowanie zawierające informację czy były uwagi czy nie. I wszystko.

I na koniec. Jeżeli do umów są wprowadzane jakieś zmiany to muszą one zostać przyjęte w takim trybie jak nastąpiło związanie Polski umową pierwotną. I to jest pierwsza ważna rzecz a druga ważna to kwestia tłumaczeń. Jeżeli przyjmujecie poprawki to warto sprawdzić jak kluczowe wyrazy były tłumaczone w umowie pierwotnej bo potem trzeba poprawiać tłumaczenie, jeśli wychodzą jakieś nieścisłości. Tutaj też należy pamiętać, że tak jak w przypadku aktów prawnych typu ustawa czy rozporządzenie, tak w przypadku umów międzynarodowych, wydaje się teksty jednolite. I to jest moment, kiedy ewentualne nieścisłości tłumaczeń można wyprostować.

I jeszcze jeden mały ukłon dla Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, że teraz dokumenty przekazywane są tylko w postaci elektronicznej bo przygotowanie kopii papierowych często szło w tysiące kartek nie dość że było szalenie nieekologiczne to jeszcze marnotrawiło czas przy drukarce.

Jeżeli macie jakieś pytania to śmiało piszcie. Podpowiem na pewno. Ja teraz zaczynam proces związania Polski dużą umową dlatego już czuję się jakbym wsiadała na rollcoaster:)

Załączam wam schemat procesu związania Polski umowami w różnych trybach.

4de5c824_061d_416d_b901_033b4ce23555

 

 

 

Nie martw się w wakacje – wyrób szybko i w prosty sposób kartę EKUZ.

Okres wakacyjny w pełni ale jeszcze troszkę pozostało do końca. Dlatego dzisiaj wpis o wakacyjnym niezbędniku. Akurat moja karta straciła ważność stąd pomysł na wpis. Na pewno wielu z Wam jeszcze się przyda i zapali się czerwona lampka w głowie, że jednak nie wszystko jeszcze spakowane:)

***

It’s a middle of summer, but still a little bit to the end. That is why today a post about a holiday must-have. My European Health Insurance Card has expired, hence the idea for a post. Certainly many of you find this useful and a red lamp will light up in your head that, however, not everything is packed yet 🙂 Get emergency and planned healthcare anywhere in the EU

***

Czasy się zmieniają, administracja też. To już nie jest tak, że przychodząc rano do pracy marzymy tylko o tym aby z niej wyjść. I nie pijemy kawusi spedzając czas na ploteczkach. Owszem ja rano idę do pokoju socjalnego i robię sobie w ekspresie kawę (nie widzę w tym nic złego, w końcu energia do pracy to podstawa). Ale, ale tak na marginesie – mamy pokoje socjalne. Kiedyś posiadanie czajnika w pokoju to była jedyna możliwość zrobienia sobie kawy czy herbaty. Teraz mamy przytulne i dobrze wyposażone pokoje socjalne, gdzie możemy odgrzać i zjeść w spokoju posiłek albo właśnie zrobić sobie kawy. Pamiętam opowieść mojej mamy, która kiedyś przyszła do urzędu, weszła do pokoju a tam urzędniczka akurat była przy drugim śniadaniu. Na dokumentach stał w całej okazałości słoik ogórków konserwowych a urzędniczka spokojnie zajadała kanapkę przegryzając ją ogórkiem trzymanym w palcach. Tak było…

To tak „od kuchni”. A co robimy? Staramy się ułatwić życie. Nie zawsze z sukcesem ale trochę rzeczy stało się łatwiejszych. Możemy je załatwić bez wychodzenia z domu, mając internet i wygodną kanapę.

disease-292571_960_720.jpg

Powszechnie spędzamy wakacyjny czas na zagranicznych wyjazdach. Od wielu lat niekończącą popularnością cieszy się Chorwacja, Grecja. Ostatnio coraz cześciej Polacy ruszają na złote piaski Bułgarii.

Podróżując po krajach Unii Europejskiej warto zaopatrzyć się w kartę EKUZ czyli Europejską Kartę Ubezpieczenia Zdrowotnego – potwierdza ona prawo do korzystania na koszt NFZ z niezbędnych świadczeń zdrowotnych w czasie tymczasowego pobytu na terenie innego państwa członkowskiego UE/EFTA. Nie ma nic gorszego niż choroba na wyjeździe, dlatego jeżeli możemy ograniczyć sobie związany z tym stres czemu tego nie zrobić. Do karty dołączana jest informacja na temat opieki zdrowotnej w poszczególnych krajach dlatego myślę, że warto poświęcić chwilę na jej wyrobienie.

Jak wyrobić kartę?

Najprościej można wniosek wypełnić, zeskanować, wysłać e-mailem do wojewódzkiego oddziału NFZ a karta zostanie przysłana do nas pocztą w ciągu paru dni? Można to zrobić za pomocą platformy e-PUAP, używając profilu zaufanego do podpisania wniosku. Założenie profilu zaufanego jest możliwe dzięki korzystaniu z usług bankowości elektronicznej.

Poniżej przydatne linki, żebyście nie tracili czasu na zbędne szukanie formularzy:

NFZ karta ekuz

ePUAP2

Przed urlopem zawsze jest dużo biegania, załatwiania, zamieszania. Korzystając z opisanych wyżej możliwości możemy sobie oszczędzić wyprawy do NFZ i straty czasu w kolejce. A dzięki karcie możemy cieszyć się urlopem w spokoju i podziwiać uroki zwiedzanych krajów.

UNADJUSTEDNONRAW_thumb_5d10

Miłego i zdrowego urlopu:)

Administracja papierem czy elektronizacją silna?

Jeszcze parę lat temu nie do pomyślenia było, że z urzędów zostanie wyeliminowany papier a zastąpi go elektroniczny obieg dokumentów. Teraz już nie tylko elektroniczny obieg dokumentów dominuje w urzędach ale też cały proces legislacyjny(Proces legislacyjny-brzmi może egzotycznie ale egzotyczny nie jest) odbywa się elektronicznie.

Początkowo sprawy toczyły się dwutorowo i było z tym dość dużo zachodu, Nieustająca walka z czasem, żeby pismo podpisane elektronicznie miało taką samą datę jak pismo podpisane w papierze. Bo wiecie na początku było przekonanie, że jednak papier to papier. Papier ma wartość urzędową! W konsekwencji otrzymywaliśmy 3 kopie tego samego pisma. Jedna była wysyłana pocztą tradycyjną, jedna (podpisana elektronicznie) ePUAPem a jedna pozostawała ad acta. Te czasy na szczęście minęły, uff….

Systemy do elektronicznego obiegu dokumentów są różne w różnych ministerstwach czy instytucjach. Ważne jest to, że przekazując dokumenty do elektronicznego podpisu, dyrektor, prezes czy minister dostają komplet dokumentów w sprawie i widzą jej całą historię. Dzięki temu nie ma też potrzeby drukowania ogromnych ilości załączników. I co ważne każda z osób ustawionych w „ścieżce akceptacji” może wprowadzić zmiany w piśmie. W drugiej opcji jeżeli przełożony uzna, że poprawki w piśmie są niezbędne to napisze mi to bądź w komentarzu na piśmie bądź w uwagach zwracając sprawę do poprawienia. Dzięki temu nie ma potrzeby drukowania kolejnych wersji tego pisma, z których część trafi po prostu do kosza.

Jak to się wszystko zmieniło zdałam sobie sprawę w zeszłym tygodniu, kiedy otrzymałam do opracowania wniosek o udostępnienie informacji publicznej (wysłany do wszystkich ministerstw). Zawarto w nim pytania, między innymi, takie jak: jak wygląda obieg dokumentów w procesie legislacyjnym, jak są publikowane wewnętrzne akty prawne itp. Na wszystkie pytania mogłam spokojnie odpowiedzieć: elektronicznie! Uważam to za ogromne osiągnięcie w administracji. Udało się w dużym stopniu wyeliminować papier.

Sami na pewno zauważacie, że wiele spraw można załatwić składając do urzędów dokumenty elektronicznie. Niedługo zacznie się czas rozliczania naszych podatków. Spokojnie możecie to zrobić z poziomu swojej kanapy używając interaktywnych formularzy lub aplikacji e-Deklaracje https://www.podatki.gov.pl/pit/e-deklaracje-pit/

Szafa strachu

Dzięki elektronizacji zniknęły szafy takie jak na zdjęciu. Wszyscy wiedzą co tam jest i czekają na śmiałka, który ją otworzy. Niestety jej otwarcie może mieć dramatyczne skutki. Naprężenia ciśnień upchniętych tam papierów (to są same ważne sprawy) może spowodować eksplozję. Niestety nie są to takie „szafy zniknięć” jak w Harrym Potterze. Raczej grożą one eksplozją porównywalną do eksplozji dzbana z powieści Joanny Chmielewskiej „Wszyscy jesteśmy podejrzani”.

Dyrektywy i rozporządzenia unijne-wszyscy o nich mówią a co właściwie jest?

Prawo Unii Europejskiej często wywołuje kontrowersje w społeczeństwach państw członkowskich. Jak to jest, że gdzieś tam daleko w Brukseli zbierają się urzędnicy i narzucają innym przepisy, które potem trzeba stosować? Cóż, zgadzając się na członkowstwo w Unii Europejskiej zgodziliśmy się i na to, że będziemy również dostosowywać nasze prawo do innych, między innymi po to, że jeśli wyjeżdżamy do innego państwa członkowskiego czy to turystycznie czy np. do pracy bądź prowadzimy biznes przepisy nas nie zaskoczą. Ale jak to bywa czasami z takiej standaryzacji przepisów wynikają śmieszne sytuacje:)

W tym tygodniu byłam na szkoleniu właśnie z wdrażania, czyli wprowadzania do naszego prawa przepisów dyrektyw. Cóż to jest ta dyrektywa? Często się słyszy lub czyta używane zamiennie pojęcia „dyrektywa” i „rozporządzenie”.

TO NIE JEST TO SAMO!

Dyrektywa to taki akt, który ma spowodować, że przepisy prawne różnych państw w jakimś konkretnym zagadnieniu będą zbliżone. Prawidłowo się mówi, że dyrektywy służą harmonizacji prawa.

Podam przykłady bo łatwiej się dzięki temu zapamiętuje:

Któż z nas nie słyszał o słynnej krzywiźnie banana? Albo o tym, że marchewka to owoc (serio???)? Była słynna dyrektywa o drabinach – jak powinna być zbudowana, aby ograniczyć wypadki przy pracy na wysokości. Możemy w niej przeczytać, że „nóżki przenośnych drabin muszą być asekurowane przed przesuwaniem się w trakcie używania poprzez zabezpieczenie ramiaków pionowych na końcu lub blisko górnego lub dolnego końca, za pomocą urządzenia przeciwpoślizgowego lub poprzez każde inne ustawienia o równoważnej skuteczności”. Ponadto kąt nachylenia drabiny powinien wynosić od 65 do 75 stopni. A oczywiście – wg wymogów EU – z drabiny należy „schodzić tyłem”:) Czy czytał ktoś kiedyś instrukcję obsługi kaloszy? Jeśli tak, to też za sprawą dyrektywy unijnej.

Często za tego typu przepisami stoją konkretne interesy któregoś z państw członkowskich, które dzięki temu będzie mogło otrzymywać np. dopłaty.

Ale to są oczywiście wyjątki. Z reguły dyrektywy mają ułatwiać nam życie. Dyrektywy dotyczą różnych podmiotów i sfer. Przedsiębiorców (np. dyrektywa w sprawie koordynacji procedur w zakresie przyznawania koncesji, dyrektywa w sprawie przenoszenia za granicę siedziby spółki z ograniczoną odpowiedzialnością), ochrony środowiska (dyrektywa o odpowiedzialności za środowisko w odniesieniu do zapobiegania i zaradzania szkodom wyrządzonym środowisku naturalnemu), dzieci (dyrektywa o bezpieczeństwie zabawek), osób niepełnosprawnych (dyrektywa w sprawie dostępności stron internetowych i mobilnych aplikacji organów sektora publicznego) i wielu wielu innych.

Jeśli chodzi o to jak mamy sprostać przepisom dyrektyw, to Unia Europejska pozostawia nam wolną rękę. Po prostu mamy tak zrobić, żeby było dobrze:)

A co z rozporządzeniami?

Rozporządzenia unijne, inaczej niż dyrektywy służą unifikacji prawa. Celem unifikacji, jest scalenie, ujednolicenie wszystkich porządków prawnych występujących w Unii Europejskiej. Przepisy rozporządzenia obowiązują we wszystkich państwach tak samo!

W tym miejscu wystarczy chyba jeden przykład. Ten rok upłynął pod znakiem wprowadzenia RODO. Rozporządzenie o ochronie danych osobowych (ang. General Data Protection Regulation (GDPR)) popłoch wzbudziło w narodzie straszny. Przedsiębiorcy rwali włosy z głowy, firmy szkoleniowe zbijały kokosy, w kolejce do lekarza stali „ramię w ramię” Smerfetka z Lordem Vaderem. Było śmieszno i straszno.

gdpr-3285252_960_720

Rozporządzenie zaczęło obowiązywać od maja 2018 r., wiele przepisów musiało zostać do niego dostosowanych. Ale co najważniejsze RODO spowodowało wietrzenie szaf. Ile razy nasz dowód osobisty był niepotrzebnie kserowany, tak na wszelki wypadek… A potem taka kopia krążyła sobie po świecie a przecież tam są dane, na które ktoś może sobie wziąć chociażby kredyt. Nareszcie mamy też podstawę do walki z dzwoniącymi telemarketerami, po prostu możemy powiedzieć, że nie zgadzamy się na wykorzystywanie naszych danych przez firmę. Obawa kar, które są bardzo dotkliwe, działa. Ja zauważyłam, że uciążliwych telefonów jest mniej. Niestety i te firmy wzięły się na sposób i dzwoni do nas automat. Z takim sobie nie pogadamy… No ale cóż każda akcja rodzi reakcję!

Trochę długi ten tekst więc o szkoleniu następny wpis bo mam parę przemyśleń:)

I jak troszeczkę jaśniej się zrobiło? A może macie jakieś pytania?

 

Karteczka czy telefon, oto jest pytanie!

Stosy karteczek poprzyklejanych w widocznych miejscach naszego mieszkania i biura są powoli wypierane przez aplikacje w naszych smartfonach, tabletach i komputerach. Zamiast obklejać ekran monitora, z powodzeniem możemy, mając uporządkowany pulpit, „obkleić” go mniejszymi bądź większymi różnokolorowymi elektronicznymi post-it’ami. A co np. z listami zakupów albo listami rzeczy do spakowania? Sklepy z aplikacjami oferują nam mnóstwo takich aplikacji.

Processed with VSCO with f2 preset

Co zwycięży?

W dobie, gdy telefon towarzyszy nam praktycznie cały czas, nie ma co się dziwić, że dostawcy aplikacji i o tym pomyśleli. W końcu jednak mimo wszystko łatwiej znaleźć nam telefon w damskiej torebce, niż zmiętą karteczkę, która zawsze gdzieś się zawieruszy.

Aplikacje zakupowe umożliwiają nam wybranie potrzebnych produktów spośród ich różnych kategorii, stworzenie spersonalizowanych list (nie ma potrzeby tworzenia listy za każdym razem od początku) a na końcu udostępnianie ich (partner już się nie wykręci, że karteczka zginęła;)). Ba, nawet pozwolą nam kontrolować nasze wydatki.

Ja sama korzystam z aplikacji Notatki oferowanej przez system iOS ponieważ akurat jestem tą szczęściarą, która nie musi robić dużego zaopatrzenia domowego i lista paru produktów stworzona w notatkach jest dla mnie wystarczająca:) Ale przy dużych zakupach segregacja niezbędnych produktów wg działów sklepu oszczędzi nam bezsensownego biegania od działu do działu;)

 

Processed with VSCO with c1 preset

Lodówka najlepszym nośnikiem listy zakupowej;)

Jest jeszcze jeden plus, jak dla mnie ogromny. Wyposażona w karteczkę często zapominałam długopisu do wykreślania kolejnych pozycji z kartki. O zgrozo gdy na koniec okazywało się, że jeszcze coś pominęłam, a wydawało się, że wszystko jest!!! Korzystając z aplikacji odklikuję po kolei włożone już do koszyka produkty. Click, click i po sprawie:)

Karteczki giną a lista w telefonie zostaje:)

Tak samo z pakowaniem. Z reguły listę zaczynam robić sobie około tygodnia wcześniej. Nic bardziej irytującego, kiedy zapomni się jakiegoś drobiazgu i właśnie takie drobiazgi sobie wpisuję na listę. U mnie aplikacją do pakowania jest aplikacja TripList ale oferta jest bogata, każdy znajdzie coś dla siebie:) I podobnie, jak przy listach zakupowych można sobie rzeczy podzielić według kategorii a potem szybko odklikujemy to co już spakowane. Zawsze potem mając podobny wyjazd możemy do tej listy wrócić!

A co u was króluje? Łatwiej Was spotkać z kartką i ołówkiem w ręku czy działacie elektronicznie? Zostawiam Was z tym a sama biegnę się pakować wg mojej listy:)

P. S. dobrym pomysłem jest stworzenie listy wyjazdowej rzeczy, których Wam zabrakło na wyjeździe. Nie dlatego, że je zapomnieliście, tylko dlatego, że w trakcie okazały się przydatne. Mogą stanowić podpowiedź na następny wyjazd:)

 

 

 

Praca zdalna, telepraca znane jako home office

Stało się. Nowoczesność zapukała do drzwi administracji. 

Ale zacznijmy od początku. Parę lat temu byłam z koleżankami na jednym z weekendowych wypadów do któregoś z miast europejskich i tak jak to bywa z takimi wyjazdami są one krótkie, niezwykle intensywne a loty, szczególnie te powrotne, nie zawsze najbardziej optymalne. Często przydałby się jeszcze jeden dzień urlopu na tzw. regenerację;) No trudno myślę sobie, jakoś ten następny dzień przetrwam, przyjdę do domu i odpocznę. Jakie było moje zdziwienie, kiedy pozostałe dziewczyny powiedziały mi, że one wzięły sobie „home office”. Wypytałam jak to działa. Powiedziały mi, że jest to normalny ich dzień pracy tylko, że pracę wykonują w domu. Jak dla mnie bomba!!

Minęło parę lat… i w urzędach staje się możliwa praca zdalna. Nie jest to może jeszcze jak w firmach prywatnych, że pracownicy mają zagwarantowane, że np. w tygodniu mogą być 2 dni na home office ale jeżeli mamy z jakiś względów potrzebę zostania w domu możemy poprosić o zgodę na pracę zdalną.

Taka była potrzeba u mnie – mówię „skorzystam i ja z tego luksusu”;) Umotywowałam potrzebę pracy zdalnej, dwa dni dostałam. 

O godzinie 8.00 rano laptop włączony, kawusia w kubeczku, pracuję. I tak do 16.00, no troszkę przeciągnęłam do 16.30 się zeszło. Powiem Wam zrobiłam dużo bo są warunki, żeby wreszcie wziąć się za sprawy, które jak to mówię się wypiera, które wymagają ciszy. Zrobiłam dawno odkładane porządki w folderach, dyskach, systemie obiegu dokumentów. Ale ta cisza była zabójcza! Jedyny odgłos to chrapanie mojego psa i tyle. Powiem Wam szczerze, marzyłam o tym żeby telefon  zadzwonił. Zawsze to jakaś żywa istota z drugiej strony:) 

Jeśli chodzi o moje zdanie to na pewno to jest bardzo dobre rozwiązanie, jeśli ma się zadanie wymagające skupienia. Natomiast to, że wokół mnie są inni ludzie, można omówić wątpliwości, czy choć chwilę porozmawiać jest bezcenne. Dlatego jak dla mnie praca zdalna pozostanie wyjątkiem w razie potrzeby. Zawsze gdy muszę się odizolować mogę założyć słuchawki albo tak jak zrobiłam niedawno pojechałam z kilkoma osobami do zaprzyjaźnionej instytucji, gdzie mogliśmy w spokoju popracować sobie nad projektem.

Poza tym pracując zdalnie czułam taki dyskomfort bo jest to jakby nie patrzeć przenoszenie pracy do domu i pojawiała się też chęć przedłużenia tych 8h pracy na zasadzie: „jeszcze to zrobię”,”tamto dokończę” i „wysyłkę zrobię” itd. A to już z poszukiwaniem tej równowagi między pracą a życiem prywatnym ma niewiele wspólnego:/

To takie moje odczucia na tem temat. A co Wy myślicie o pracy zdalnej, home office czy jak inaczej się to u Was nazywa? Korzystacie z tej opcji? 

Zgubiłeś albo ukradli Ci dokumenty – nie trać głowy

Nie chcę Was zanudzić opowieściami o moich zawodowych przygodach i doświadczeniach, dlatego dzisiaj wpis o tym jakie usługi nam administracja proponuje. Na pomysł tego bloga natchnął mnie przypadek koleżanki, która w sobotę, przed Świętem Niepodległości i następującym dniem wolnym 12 listopada została okradziona w centrum handlowym. 

Łupem złodziej padł portfel z całą zawartością – dowodami osobistymi koleżanki i jej dzieci, prawem jazdy, kartami płatniczymi. 

„Profil zaufany – po co to komu? ;)”

Wiadomo problem jest i to spory. Jest sobota wieczór, następne dni są dniami wolnymi od pracy, co robić? Przede wszystkim nie tracić głowy. O ile na pewno każdy wie, że karty można zastrzec czy to telefonicznie czy też przez bankowość elektroniczną, o tyle nie każdy wie, że z poziomu własnej kanapy w domu możemy zastrzec również inne dokumenty, za pomocą strony http://www.obywatel.gov.pl (https://obywatel.gov.pl/dokumenty-i-dane-osobowe/zglos-utrate-albo-uszkodzenie-dowodu-osobistego-uniewaznienie#scenariusz-przez-internet). Co jest nam potrzebne? Profil zaufany, czasami nazywany eGO ale nazwa ta się nie przyjęła. Z racji tego, że koleżanka była zdenerwowana całą sytuacją, nie do końca odbierała wszystkie moje komunikaty i kilkakrotnie powtórzyła mi, że nie ma profilu zaufanego. To nie jest żaden problem. Profil zaufany możemy sobie teraz założyć za pomocą bankowości elektronicznej – wiele wiodących banków na rynku taką opcję oferuje. Jest ona całkowicie darmowa. Profil zaufany całkowicie wystarczy w kontaktach z administracją. Ja swój profil zaufany zakładałam jeszcze w jego początkowej fazie gdy procedura była dłuższa i musiał on zostać potwierdzony we wskazanym urzędzie. Teraz zajmuje to dosłownie chwilę – wiem, bo patrzyłam jak brat to robił. 

Wyposażeni w profil zaufany możemy złożyć zawiadomienie o utracie dowodu osobistego swojego i dzieci, a także złożyć wniosek o wydanie nowych dokumentów. Proste? Proste. Mniej czasu tracimy na stanie w urzędzie i nie boimy się, że ktoś od razu po otwarciu banku ruszy wziąć kredyt na nasze dane.

Co jeszcze załatwicie dzięki profilowi zaufanemu opiszę dalej bo na pewno chcielibyście uniknąć zbędnej straty czasu w urzędach:)

A może mieliście sytuację jak powyżej i udało Wam się użyć e-usług? Chętnie o tym poczytam w komentarzach.