Administracja papierem czy elektronizacją silna?

Jeszcze parę lat temu nie do pomyślenia było, że z urzędów zostanie wyeliminowany papier a zastąpi go elektroniczny obieg dokumentów. Teraz już nie tylko elektroniczny obieg dokumentów dominuje w urzędach ale też cały proces legislacyjny(Proces legislacyjny-brzmi może egzotycznie ale egzotyczny nie jest) odbywa się elektronicznie.

Początkowo sprawy toczyły się dwutorowo i było z tym dość dużo zachodu, Nieustająca walka z czasem, żeby pismo podpisane elektronicznie miało taką samą datę jak pismo podpisane w papierze. Bo wiecie na początku było przekonanie, że jednak papier to papier. Papier ma wartość urzędową! W konsekwencji otrzymywaliśmy 3 kopie tego samego pisma. Jedna była wysyłana pocztą tradycyjną, jedna (podpisana elektronicznie) ePUAPem a jedna pozostawała ad acta. Te czasy na szczęście minęły, uff….

Systemy do elektronicznego obiegu dokumentów są różne w różnych ministerstwach czy instytucjach. Ważne jest to, że przekazując dokumenty do elektronicznego podpisu, dyrektor, prezes czy minister dostają komplet dokumentów w sprawie i widzą jej całą historię. Dzięki temu nie ma też potrzeby drukowania ogromnych ilości załączników. I co ważne każda z osób ustawionych w „ścieżce akceptacji” może wprowadzić zmiany w piśmie. W drugiej opcji jeżeli przełożony uzna, że poprawki w piśmie są niezbędne to napisze mi to bądź w komentarzu na piśmie bądź w uwagach zwracając sprawę do poprawienia. Dzięki temu nie ma potrzeby drukowania kolejnych wersji tego pisma, z których część trafi po prostu do kosza.

Jak to się wszystko zmieniło zdałam sobie sprawę w zeszłym tygodniu, kiedy otrzymałam do opracowania wniosek o udostępnienie informacji publicznej (wysłany do wszystkich ministerstw). Zawarto w nim pytania, między innymi, takie jak: jak wygląda obieg dokumentów w procesie legislacyjnym, jak są publikowane wewnętrzne akty prawne itp. Na wszystkie pytania mogłam spokojnie odpowiedzieć: elektronicznie! Uważam to za ogromne osiągnięcie w administracji. Udało się w dużym stopniu wyeliminować papier.

Sami na pewno zauważacie, że wiele spraw można załatwić składając do urzędów dokumenty elektronicznie. Niedługo zacznie się czas rozliczania naszych podatków. Spokojnie możecie to zrobić z poziomu swojej kanapy używając interaktywnych formularzy lub aplikacji e-Deklaracje https://www.podatki.gov.pl/pit/e-deklaracje-pit/

Szafa strachu

Dzięki elektronizacji zniknęły szafy takie jak na zdjęciu. Wszyscy wiedzą co tam jest i czekają na śmiałka, który ją otworzy. Niestety jej otwarcie może mieć dramatyczne skutki. Naprężenia ciśnień upchniętych tam papierów (to są same ważne sprawy) może spowodować eksplozję. Niestety nie są to takie „szafy zniknięć” jak w Harrym Potterze. Raczej grożą one eksplozją porównywalną do eksplozji dzbana z powieści Joanny Chmielewskiej „Wszyscy jesteśmy podejrzani”.

Dyrektywy i rozporządzenia unijne-wszyscy o nich mówią a co właściwie jest?

Prawo Unii Europejskiej często wywołuje kontrowersje w społeczeństwach państw członkowskich. Jak to jest, że gdzieś tam daleko w Brukseli zbierają się urzędnicy i narzucają innym przepisy, które potem trzeba stosować? Cóż, zgadzając się na członkowstwo w Unii Europejskiej zgodziliśmy się i na to, że będziemy również dostosowywać nasze prawo do innych, między innymi po to, że jeśli wyjeżdżamy do innego państwa członkowskiego czy to turystycznie czy np. do pracy bądź prowadzimy biznes przepisy nas nie zaskoczą. Ale jak to bywa czasami z takiej standaryzacji przepisów wynikają śmieszne sytuacje:)

W tym tygodniu byłam na szkoleniu właśnie z wdrażania, czyli wprowadzania do naszego prawa przepisów dyrektyw. Cóż to jest ta dyrektywa? Często się słyszy lub czyta używane zamiennie pojęcia „dyrektywa” i „rozporządzenie”.

TO NIE JEST TO SAMO!

Dyrektywa to taki akt, który ma spowodować, że przepisy prawne różnych państw w jakimś konkretnym zagadnieniu będą zbliżone. Prawidłowo się mówi, że dyrektywy służą harmonizacji prawa.

Podam przykłady bo łatwiej się dzięki temu zapamiętuje:

Któż z nas nie słyszał o słynnej krzywiźnie banana? Albo o tym, że marchewka to owoc (serio???)? Była słynna dyrektywa o drabinach – jak powinna być zbudowana, aby ograniczyć wypadki przy pracy na wysokości. Możemy w niej przeczytać, że „nóżki przenośnych drabin muszą być asekurowane przed przesuwaniem się w trakcie używania poprzez zabezpieczenie ramiaków pionowych na końcu lub blisko górnego lub dolnego końca, za pomocą urządzenia przeciwpoślizgowego lub poprzez każde inne ustawienia o równoważnej skuteczności”. Ponadto kąt nachylenia drabiny powinien wynosić od 65 do 75 stopni. A oczywiście – wg wymogów EU – z drabiny należy „schodzić tyłem”:) Czy czytał ktoś kiedyś instrukcję obsługi kaloszy? Jeśli tak, to też za sprawą dyrektywy unijnej.

Często za tego typu przepisami stoją konkretne interesy któregoś z państw członkowskich, które dzięki temu będzie mogło otrzymywać np. dopłaty.

Ale to są oczywiście wyjątki. Z reguły dyrektywy mają ułatwiać nam życie. Dyrektywy dotyczą różnych podmiotów i sfer. Przedsiębiorców (np. dyrektywa w sprawie koordynacji procedur w zakresie przyznawania koncesji, dyrektywa w sprawie przenoszenia za granicę siedziby spółki z ograniczoną odpowiedzialnością), ochrony środowiska (dyrektywa o odpowiedzialności za środowisko w odniesieniu do zapobiegania i zaradzania szkodom wyrządzonym środowisku naturalnemu), dzieci (dyrektywa o bezpieczeństwie zabawek), osób niepełnosprawnych (dyrektywa w sprawie dostępności stron internetowych i mobilnych aplikacji organów sektora publicznego) i wielu wielu innych.

Jeśli chodzi o to jak mamy sprostać przepisom dyrektyw, to Unia Europejska pozostawia nam wolną rękę. Po prostu mamy tak zrobić, żeby było dobrze:)

A co z rozporządzeniami?

Rozporządzenia unijne, inaczej niż dyrektywy służą unifikacji prawa. Celem unifikacji, jest scalenie, ujednolicenie wszystkich porządków prawnych występujących w Unii Europejskiej. Przepisy rozporządzenia obowiązują we wszystkich państwach tak samo!

W tym miejscu wystarczy chyba jeden przykład. Ten rok upłynął pod znakiem wprowadzenia RODO. Rozporządzenie o ochronie danych osobowych (ang. General Data Protection Regulation (GDPR)) popłoch wzbudziło w narodzie straszny. Przedsiębiorcy rwali włosy z głowy, firmy szkoleniowe zbijały kokosy, w kolejce do lekarza stali „ramię w ramię” Smerfetka z Lordem Vaderem. Było śmieszno i straszno.

gdpr-3285252_960_720

Rozporządzenie zaczęło obowiązywać od maja 2018 r., wiele przepisów musiało zostać do niego dostosowanych. Ale co najważniejsze RODO spowodowało wietrzenie szaf. Ile razy nasz dowód osobisty był niepotrzebnie kserowany, tak na wszelki wypadek… A potem taka kopia krążyła sobie po świecie a przecież tam są dane, na które ktoś może sobie wziąć chociażby kredyt. Nareszcie mamy też podstawę do walki z dzwoniącymi telemarketerami, po prostu możemy powiedzieć, że nie zgadzamy się na wykorzystywanie naszych danych przez firmę. Obawa kar, które są bardzo dotkliwe, działa. Ja zauważyłam, że uciążliwych telefonów jest mniej. Niestety i te firmy wzięły się na sposób i dzwoni do nas automat. Z takim sobie nie pogadamy… No ale cóż każda akcja rodzi reakcję!

Trochę długi ten tekst więc o szkoleniu następny wpis bo mam parę przemyśleń:)

I jak troszeczkę jaśniej się zrobiło? A może macie jakieś pytania?

 

Karteczka czy telefon, oto jest pytanie!

Stosy karteczek poprzyklejanych w widocznych miejscach naszego mieszkania i biura są powoli wypierane przez aplikacje w naszych smartfonach, tabletach i komputerach. Zamiast obklejać ekran monitora, z powodzeniem możemy, mając uporządkowany pulpit, „obkleić” go mniejszymi bądź większymi różnokolorowymi elektronicznymi post-it’ami. A co np. z listami zakupów albo listami rzeczy do spakowania? Sklepy z aplikacjami oferują nam mnóstwo takich aplikacji.

Processed with VSCO with f2 preset

Co zwycięży?

W dobie, gdy telefon towarzyszy nam praktycznie cały czas, nie ma co się dziwić, że dostawcy aplikacji i o tym pomyśleli. W końcu jednak mimo wszystko łatwiej znaleźć nam telefon w damskiej torebce, niż zmiętą karteczkę, która zawsze gdzieś się zawieruszy.

Aplikacje zakupowe umożliwiają nam wybranie potrzebnych produktów spośród ich różnych kategorii, stworzenie spersonalizowanych list (nie ma potrzeby tworzenia listy za każdym razem od początku) a na końcu udostępnianie ich (partner już się nie wykręci, że karteczka zginęła;)). Ba, nawet pozwolą nam kontrolować nasze wydatki.

Ja sama korzystam z aplikacji Notatki oferowanej przez system iOS ponieważ akurat jestem tą szczęściarą, która nie musi robić dużego zaopatrzenia domowego i lista paru produktów stworzona w notatkach jest dla mnie wystarczająca:) Ale przy dużych zakupach segregacja niezbędnych produktów wg działów sklepu oszczędzi nam bezsensownego biegania od działu do działu;)

 

Processed with VSCO with c1 preset

Lodówka najlepszym nośnikiem listy zakupowej;)

Jest jeszcze jeden plus, jak dla mnie ogromny. Wyposażona w karteczkę często zapominałam długopisu do wykreślania kolejnych pozycji z kartki. O zgrozo gdy na koniec okazywało się, że jeszcze coś pominęłam, a wydawało się, że wszystko jest!!! Korzystając z aplikacji odklikuję po kolei włożone już do koszyka produkty. Click, click i po sprawie:)

Karteczki giną a lista w telefonie zostaje:)

Tak samo z pakowaniem. Z reguły listę zaczynam robić sobie około tygodnia wcześniej. Nic bardziej irytującego, kiedy zapomni się jakiegoś drobiazgu i właśnie takie drobiazgi sobie wpisuję na listę. U mnie aplikacją do pakowania jest aplikacja TripList ale oferta jest bogata, każdy znajdzie coś dla siebie:) I podobnie, jak przy listach zakupowych można sobie rzeczy podzielić według kategorii a potem szybko odklikujemy to co już spakowane. Zawsze potem mając podobny wyjazd możemy do tej listy wrócić!

A co u was króluje? Łatwiej Was spotkać z kartką i ołówkiem w ręku czy działacie elektronicznie? Zostawiam Was z tym a sama biegnę się pakować wg mojej listy:)

P. S. dobrym pomysłem jest stworzenie listy wyjazdowej rzeczy, których Wam zabrakło na wyjeździe. Nie dlatego, że je zapomnieliście, tylko dlatego, że w trakcie okazały się przydatne. Mogą stanowić podpowiedź na następny wyjazd:)

 

 

 

Od stylu do stylu czyli dress code’owy bieg z przeszkodami

Jeszcze na studiach udało mi się dostać na wymarzone praktyki do międzynarodowej kancelarii. Pierwszego dnia praktyk wśród dokumentów, z którymi należało się zapoznać dostałam ten dotyczący dress code’u. Wtedy młodej studentce prawa wydało mi się to dziwne bo nigdy nie byłam zbyt ekstrawagancka w stroju (może jedynie dość odważna), ale… no właśnie… pamiętam akapit o sweterkach z kaszmiru, odpowiednim doborze okularów (pod okiem specjalisty od wyglądu), zakrytych butach (kokietować można było jedynie piętą – pamiętam moje parsknięcie śmiechem i spojrzenie na klapeczki na obcasiku, które były jak dla mnie symbolem elegancji i gracji), obowiązkowych rajstopach nawet w lecie czy ubiorze dla kobiet w ciąży. Tak to było dziwne. Teraz z perspektywy odbieram siebie jak wspomnianą już w poprzednim wpisie Andy z książki „Diabeł ubiera się u Prady”. Na szczęście nie miałam takiej szefowej jak Miranda Priestly:)

Myślę natomiast, że wtedy dla części nowych kolegów i koleżanek skojarzyłam się z filmową „Legalną blondynką”. Ale o tym kiedy indziej bo to dłuższa opowieść.

„jeśli wejdziesz między wrony, musisz krakać jak i one” albo „czym skorupka nasiąknie za młodu tym na drugą młodość trąci”

W tym poście jednak chodzi o to, żeby pokazać, że tak jak mówią staropolskie przysłowia: „jak wejdziesz między wrony musisz krakać tak jak one” albo „czym skorupka nasiąknie za młodu tym na drugą młodość trąci” (to drugie troszkę zmodyfikowałam na swoje potrzeby) sprawdziło się. Od razu zaznaczę. Nie przyjęłam wszystkiego i nie zasiliłam rzeszy tzw. „białych kołnierzyków” bo nie uważam, że pracownica banku wciśnięta w koszulę (u niektórych aż strach bo guziki grożą wystrzałem w niedługim czasie wprost w oko klienta) i bezpłciowe czarne spodnie budzi większe zaufanie niż pracownica w eleganckiej sukience. Jednak zauważyłam, że elegancja w ubiorze powoduje parę punktów procentowych w odbiorze więcej bo pokazuje szacunek dla drugiej strony i ułatwia kontakt.

I tu mały powrót do pracy w administracji. Znam dużo bardziej doświadczone koleżanki, które od zawsze chodzą w garsonkach (takie zapomniane słówko ale jakże ładne), białych wykrochmalonych bluzkach i te panie stanowią przykład profesjonalizmu, „wychowały” niejedno pokolenie przyszłych pracowników administracji i są takie, które na oficjalnym spotkaniu ubiorą się w legginsy w zwierzęcy print i nigdy nie pójdą wyżej w karierze bo są traktowane z przymrużeniem oka jako lokalny folklor. Nie wszędzie w administracji jest już tak, że np. przełożony porozmawia z taką osobą na temat ubioru, choć znam takie przypadki, ale daje to przynajmniej satysfakcję, że jednak wyższe stanowiska zobowiązują do dbałości o ubiór a przykłady negatywne spotyka się częściej wśród stanowisk niższych. Pierwsze panie, z dawnych czasów wiedzą, że schludność i stosowność w ubiorze to podstawa i choć może ta garsonka już trochę niemodna, to i tak zawsze profesjonalna.

Nie wszystko jest czarno-białe i nie każdy musi nosić garsonki – jak zwykle są rozwiązania pośrednie. Sportowa elegancja to też elegancja ale to na inny wpis:)

I jeszcze na koniec z uwagi, że tytuł bloga zobowiązuje słówko o szpilkach. One „robią robotę” – tak mi powiedziała moja koleżanka urzędniczka wyciągając szpilki na ważne spotkania schowane pod biurkiem. Tak wiele z nas zatrudnionych w administracji wie, że klapek na korku czy rozklapana balerinka powodzenia nie daje.

P. S. Nie każdemu szpilka pisana. Czasami lepiej zadbać o ładne balerinki niż męczyć się na szpilkach nie do końca wiedząc jak się na nich chodzi;) Spójrzcie na moją idolkę Audrey Hepburn, była wysoka, więc w balerinkach prezentowała się pięknie i szykownie, tak, że nie można było od niej oczu oderwać.

Ciekawa jestem co Wy sądzicie na temat dress code…

Duch korkowego klapeczka wiecznie żywy?

Zacznijmy nudno potem będzie lepiej:) Pracuję w administracji państwowej w departamencie prawnym. Nie zawsze tak było, dlatego mogłam się rozejrzeć tu i ówdzie w środowisku pracujących kobiet.

O czym będzie blog? O kobietach pracujących w administracji.

woman lead

Dlaczego taki temat? Otóż zauważyłam, czy to przez rozmowy z przyjaciółmi, czy czytając w prasie, w internecie, że wciąż jest żywy portret urzędniczki jako pani w średnim wieku, niezbyt sympatycznej, marzącej wyłącznie o tym by odbębnić swoje 8h pracy i pójść do domu. Fakt nie przeczę takie panie też spotkałam w swoim urzędzie. Ich znakiem rozpoznawczym stały się stworzone wyłącznie do poruszania się po korytarzach klapki na korkowej platformie (kiedyś taki klapeczek szedł przede mną na korytarzu i stał się bohaterem zdjęcia przewodniego wpisu), buty à la crocs i niekończące się wycieczki na papieroska. Pierwszego dnia podjeżdżając na parking, gdy je zobaczyłam pomyślałam, że to zastęp pań z tzw. serwisu czyszczącego. Nie żebym miała coś do pań, które wykonują taką pracę ale po prostu takie było pierwsze skojarzenie sądząc po luźnym, niekrępującym ruchu stroju w postaci jeansów i bluzek z błyszczącą nitką lub tu i ówdzie skrzącym się cekinem. Jakże było mylące moje skojarzenie bo oto okazało się, że to są one! Urzędniczki dawnych lat! Kobiety od których powinnam uczyć się fachu.

No cóż czas nie okazał się dla tych pań łaskawy. Zniknęły po pewnym czasie z korytarzy, choć mam niejasne podejrzenie, że one gdzieś w ministerstwie pracują. W ich miejsce wstąpiły kobiety z pasją, zainteresowaniami, które, tak samo jak ich koleżanki z korporacji próbują w życiu osiągnąć „work life balance”. To są te tzw. „klikaczki” jak mawiała Andrea ‚Andy’ Sachs bohaterka książki „Diabeł ubiera się u Prady” Lauren Weisberger, stukające obcasami po posadzkach swoich urzędów (jak mają po czym stukać… bo w mojej części budynku to akurat króluje wykładzina w kolorze burym…).

O tym będzie ten blog – o administracji widzianej z wysokości tytułowych szpilek.

Jeżeli macie jakieś tematy, może moje koleżanki i koledzy z branży się odezwą, to piszcie do mnie:) Zachęcam!