Jak przetrwać wirusa i nie zwariować

Nie wiem jak dla Was ale dla mnie sytuacja, w której obecnie się znaleźliśmy jest niezwykle trudna i nie chodzi tu wcale o możliwość zarażenia koronawirusem. Na tym polu nie będę się wypowiadać bo nie jestem lekarzem to nie moja działka. Ja mówię tutaj o przymusowej izolacji, której musimy się poddać.

Na pracy zdalnej jestem piąty tydzień. Gdy dotarła do mnie informacja o wysłaniu na pracę zdalną – pełna euforia, czego to ja nie zrobię w domu. Dwie godziny zaoszczędzone na dojazdach pomiędzy domem a pracą – luksus. Jeszcze ostatnie wytyczne od moich Dyrekcji – e-mail rozpoczynający i kończący pracę, info co się planuje robić i co się zrobiło i fruuu… można zacząć pracować zdalnie. Zaopatrzona w laptopa, nauczona aplikacji Teams, z przełączonym telefonem stacjonarnym ruszyłam do domu. Jeszcze przed wyjściem kwiatki podlałam bo przewidywane dwa tygodnie to jednak długo a ja niedawno wzbogaciłam swoje parapety o nowe okazy.

Zaczęło się. Wszystko zadziałało, „VPN connected”, ekran telewizora jako duży wyświetlacz do laptopa, teamsy radośnie bulgoczą zwiastując kolejne nadchodzące połączenie. Pierwsze dni prawie 8 h siedząc na twardo praca zdalna na grupie przy poprawianiu projektu ustawy. Kończąc trochę zezowata, wysyłam e-mail na koniec i ledwo zwlekam się z góry na parter żeby zjeść obiad. Ale nic, mając z tyłu głowy plany łapię się za szmatę bo przecież założenie było, że tak czystego domu jak na tej zdalnej pracy to ja nigdy jeszcze nie miałam. Oczywiście naprzemiennie, jeden dzień szmata, jeden dzień bieganie bo bez tego to od razu mi humor siada.

W międzyczasie przychodzą kolejne e-maile z kadr, że jednak to ta praca zdalna nie na dwa tygodnie ale do 10 kwietnia, a przed świętami to już ogłosili, że do odwołania. Oj! A ja już powoli zorientowana, że jednak tak jak myślałam ta praca zdalna to tak nie bardzo dla mnie. W pracy to można do kogoś podejść, pójść na spotkanie, ktoś odwiedzi nas, spotkamy się na kawie – są inni ludzie, jest jakieś życie, coś się dzieje. A tu jesteśmy my i nasz przyjaciel laptop. Niedługo już chyba nadam mu imię. Powoli zaczęłam łapać „doły” z powodu zamknięcia.

Na szczęście z pomocą na zamknięcie w domu przyszedł nam internet. Online można zwiedzać wiele miejsc, tak w Polsce, jak i za granicą. Otworem stoją Pałac w Wersalu, Musée d’Orsay, Luwr, Colloseum, Pałac Schönbrunn, i in. Wiele aplikacji mobilnych udostępnia niektóre swoje zbiory za darmo więc można na długi czas zaopatrzyć się w audiobooki, e-booki, materiały do nauki języków. Część teatrów udostępnia swoje przedstawienia online. To jest hit! Bez strojenia się można z poziomu swojej kanapy przenieść się do pięknych wnętrz teatralnych i oglądać całe spektakle. A może właśnie spektakl będzie mobilizacją by zmienić dres na jakiś bardziej szykowny strój?

Nowa rzeczywistość też zapanowała na spotkaniach towarzyskich. Chyba już nikogo nie dziwi spotykanie się z przyjaciółmi z użyciem telefonów, tabletów czy komputerów. Niestety to, że nie możemy się spotykać wymusza radzenie sobie w inny sposób, z wykorzystaniem zdobyczy technologii. Cóż jakie czasy takie spotkania!

Nie ma co narzekać, naprawdę uważam, że w tej sytuacji wszyscy starają się wspierać jak mogą i dlatego nie warto marudzić. Jest co robić, wystarczy się rozejrzeć. A może super rozwiązaniem okaże się życzliwe spojrzenie na rodzinę? Wspólne ułożenie puzzli czy gra w planszówki?

Od 20 kwietnia zostaną otwarte parki i lasy, można zacząć cieszyć się wiosną. I tak myślę, że niedługo znów będziemy mogli się zobaczyć w normalności.

Tego sobie i wam życzę:)

Administracja jest kobietą a gdzie są w niej kobiety?

Z okazji minionego Dnia Kobiet postanowiłam poruszyć temat, który co jakiś czas jest podnoszony przez kobiety i, który w gąszczu ważniejszych spraw ginie. Mam tu na myśli feminatywy, czyli żeńskie końcówki rzeczowników, a w szczególności nazw zawodów. Jestem ciekawa co wy o tym myślicie – czy jesteście za, przeciw a może jest wam to po prostu obojętne?

By „Wędrowiec” – Teczka „Wędrowca”, „Wędrowiec”, no. 11, 1896, p. 212., Domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=77607830

Zacznę od historii, która mi się naprawdę przydarzyła. Byłam sekretarką, kiedy zadzwonił do mnie interesant z prośbą o informację. Nie byłam Panu w stanie jej udzielić ale wiedziałam, że mój kolega zajmuje się sprawą, więc skierowałam Pana do niego. Zanim się rozłączyliśmy, Pan zapytał mnie jakie stanowisko zajmuje kolega. I tu się zaczęło… Odpowiedziałam, że tak jak ja jest zatrudniony na stanowisku sekretarki. Wtedy Pan stwierdził, że on nie zadzwoni do mojego kolegi bo to jest bardzo ważny człowiek, który jest sekretarzem. Śmiać mi się chciało bo uparcie tłumaczyłam Panu, że skoro do mnie nie nie boi się dzwonić to do kolegi też może bo zajmujemy te same stanowiska. W głowie mu się nie mieściło, że mężczyzna może być zatrudniony na stanowisku typowo uznawanym za kobiece. Kiedy stwierdziłam, że sprawa jest beznadziejna powiedziałam, że niestety ja informacji, które Pan potrzebuje nie posiadam i jedyne co może zrobić to zadzwonić do kolegi. Po tej rozmowie zrobiło mi się przykro bo z jednej strony mój rozmówca nie był niegrzeczny, jednak dał mi odczuć, że mężczyzna nie może zajmować takiej pozycji jak sekretarka.

Krótkie wyjaśnienie. Tego czym się zajmuje sekretarka, chyba tłumaczyć nie muszę, natomiast sekretarz to w administracji może być przykładowo sekretarz stanu, czyli wiceminister albo sekretarz obsługujący merytorycznie i organizacyjnie np. komitet. To zdecydowanie inne stanowisko od sekretarki różniące się swoją charakterystyką i specyfiką. I tu nawet warto się przyjrzeć jeszcze jednej rzeczy. Zarówno sekretarką, jak i sekretarzem mogą być i kobiety i mężczyźni. Dwa różne stanowiska ale zawsze, któraś płeć jest pokrzywdzona.

Trzeba przyznać, że pod względem stanowisk administracja jest dość bezduszna i to raczej na korzyść mężczyzn. I tak mamy referendarzy, specjalistów, głównych specjalistów, itd. A gdzie są wśród nich kobiety? Jesteśmy wrzucone do jednego worka z mężczyznami. I tak np. ja jestem głównym specjalistą ds. legislacji. Legislacji, która nomen omen jest kobietą, parafrazując klasyka. Dlaczego nie mogę być główną specjalistką ds. legislacji? Tego mi na pewno nikt nie wyjaśni, poza tym, że tak było od zawsze, stanowiska te reguluje rozporządzenie do ustawy o służbie cywilnej więc trzeba się do tego stosować.

Uważam, że tu gdzie jest oczywiste powinny być stosowane formy odmieniane w zależności od płci. Kwestią sporną pozostaje odmiana takich zawodów czy stanowisko, jak poseł, minister, kopacz, itp., od których niestety formy żeńskie nie są oczywiste. Tutaj pozostawiam pole do popisu polonistom bo myślę, że język polski jest na tyle bogaty, że da się znaleźć właściwe formy. I niekoniecznie trzeba z nas kpić, że forma żeńska od kopacza to koparka a od kierowcy kierownica:/

Niestety Panowie musicie się pogodzić z tym, że jesteśmy wśród Was i możemy i chcemy wykonywać zawody, takie jak Wy. Jesteśmy informatyczkami, inżynierkami, dyrektorkami, piłkarkami, itd.

Wracając do historii z początku wpisu, zmiany następują. Teraz jeżeli zachodzi potrzeba zastąpienia naszej koleżanki, która obsługuje sekretariat, zastępujemy ją wszyscy równo, niezależnie od płci.

Zaczęło się w piątej klasie szkoły podstawowej.

Zapytacie co? Ekologia. W moim wydaniu nie jest w wersji radykalnej ale jest i to od dawna. Proste rzeczy, czynności, które dokładają moją cegiełkę do ochrony planety.

Ale od początku… W piątej klasie podstawówki z paru powodów moja mama zdecydowała o zmianie dla mnie szkoły. Pani Dyrektor zapytała moją mamę czy lubię zwierzęta. Mieliśmy w domu psa, mama znała mój stosunek do zwierzaków więc bez wahania powiedziała, że tak. Pani Dyrektor zawyrokowała: to pójdzie do klasy eksperymentalnej o profilu ekologicznym, wtedy 5A. Mieliśmy zwariowaną wychowczynię, zabierała nas na wycieczki, mierzyliśmy obwody drzew i sprawdzaliśmy z której strony porasta je mech, hodowaliśmy kurz a nasi rodzice na każdej wywiadówce mieli pogadankę ekologiczną np. o szkodliwości mikrofalówek. No i na wszystkie dolegliwości najlepszy był aloes:) Ale w sumie to też nie był taki początek mojej „ekologiczności”. Ja jestem z pokolenia, które pamięta wymianę makulatury na rolki papieru, wożenie szklanych butelek po wodzie Mazowszanka na wymianę. Teraz zaczyna to wracać. Nagle modne na nowo stają się płócienne torby, koszyki. W Warszawie powstają recyklomaty. Z jakiego powodu? Początek roku a w raz z nim szalejące w Australii pożary uwidoczniły, że problemy nie znikają a wręcz narastają. Myślę tu o postępujących zmianach klimatu. Kto z nas jeszcze pamięta białe święta? Teraz już tylko możemy zanucić „I’m dreaming of a white Christmas” z nadzieją, że nas matka natura zaskoczy. Teraz żeby dzieci zobaczyły śnieg, muszą je rodzice zabrać w góry bo o śniegu w mieście można pomarzyć. A i w górach nie są to już ilości takie jak dawniej. Na tych którzy cieszą się, że nie ma śniegu macham tylko ręką. Nie zdają sobie sprawy, że topniejący śnieg zasila potoki i rzeczki a także nasącza glebę. To jedne z wielu ze znaków, które musimy zacząć zauważać bo inaczej źle z nami będzie i to wcale nie jest przesada.

W związku z tym postanowiłam napisać parę przykładów jak ja staram się dbać o nasze wspólne dobro – naszą planetę. I nie jest to nic nadzwyczajnego – zwykłe czynności, które każdy z nas może wykonać a matka natura będzie miała lżej.

ŚMIECI

Podstawowe zasady segregacji śmieci stosowane były już u mnie w domu od dawna i kiedy zaczęły się pojawiać pierwsze pojemniki do segregacji, my z nich korzystaliśmy. Dlatego teraz nie jest dla nas żadnym kłopotem dostosowanie się do nowych zasad segregacji odpadów.

U mnie w pracy też już się pojawiły pojemniki na różnego rodzaju odpady.

Co więcej, powiem wam, że swego czasu gromadziłam makulaturę i pieniądze z jej sprzedaży odkładałam do skarbonki na wydatki domowe. Dzięki nim mieliśmy parę set złotych na dołożenie do lodówki i zmywarki, gdy niestety wymagały już wymiany. Niestety mój „biznes” padł bo teraz dostawcy makulatury muszą dopłacać odbiorcom.

WODA

W odwiecznej wojnie wanna czy prysznic zdecydowanie wygrywa prysznic w mojej rodzinie. Oszczędność czasu, wody i pieniędzy.

Dbamy również o to, aby kran był zakręcony w czasie mycia zębów czy, tak jak Panowie, golenia a odkręcany wtedy gdy jest taka potrzeba. Nie ma bezsensownego lania wody… i tego przysłowiowego i dosłownego:-P

Tu jeszcze parę słów o mojej ekopielęgnacji. Już dawno temu zrezygnowałam z płynów, każdy do czego innego, przy wieczornej pielęgnacji. Dla mnie płyn musi być jeden i ma zmywać porządnie buzię bez zostawiania żadnych tłustych filtrów. Dzięki temu zaoszczędzam nie tylko pieniążków, ale i nie zużywam ogromnej ilości płatków do twarzy. To także praktyczne przy pakowaniu na wyjazdy:D ale to już inna historia.

Parę moich eko akcesoriów do pielęgnacji twarzy

ENERGIA

Kolejna z takich rzeczy drobnych ale które może robimy nieświadomie, to złe ładowanie naszych sprzętów elektronicznych. Po pierwsze nie powinno się zostawiać np. telefonu na ładowanie na całą noc bo z jednej strony gdy bateria naładuje się do 100% zasilanie jest odcinane ale z drugiej po jakimś czasie ona się trochę rozładowuje i jest ładowana znowu. Dlatego ja teraz korzystam, z krótkich chwil kiedy mogę podładować telefon, smartwach czy inne urządzenia.

Gotowanie wody w czajniku? Gotuję tyle ile potrzebuję. Naprawdę nie ma sensu za każdym razem gotować pełnego czajnika.

Oczywiście o takich rzeczach jak wyłączanie świateł w pomieszczeniach, w których nie są w danym momencie potrzebne. To ja np. jestem tą osobą, która chodzi po korytarzach w urzędzie i wyłącza światła. Jakby ktoś szukał:D Nie lubię bezmyślnego palenia światła, ani to zdrowe na oczy, ani jak kiedyś przeczytałam na cerę (podobno od jarzeniówek mogą robić się przebarwienia – nie znam się, ale po co ryzykować). Nie ukrywam, że denerwuje mnie to, kiedy idę np. w sobotę po mieście i we wszystkich wieżowcach palą się światła. Zawsze się zastanawiam po co? Może ktoś wie? Są na tyle przeszklone, że widać, że raczej ludzi tam nie ma. Oczywiście jest to widowiskowe ale czy na pewno dobre?

WNĘTRZA

Rośliny. Naprawdę warto inwestować w rośliny w domu i w ogrodzie. Przede wszystkim dlatego, że to nasze zielone płuca i oczyszczają nam powietrze w domu ale też dlatego, że te ogrodowe są ważne dla owadów i dają im przetrwanie.

TRANSPORT

Oczywiście, też nie jestem idealna bo nikt nie jest i niestety np. często zbyt długo biorę prysznic, no a przede wszystkim jeżdżę do pracy sama samochodem. Wiem, że to nieekonomiczne i nieekologiczne ale lęk przed komunikacją miejską jest silniejszy:D Za to w sezonie wiosenno-letnim przesiadam się na rower i codziennie dojeżdżam nim do pracy więc choć przez jakąś część roku w tym aspekcie przyczyniam się do ochrony środowiska. Także jak ktoś by miał zhejtować to myślę, że w miarę wychodzę na „zero” w tej kwestii.

A na koniec to do czego się kompletnie przekonałam – torby wielorazowego użytku. Mam jedną zawsze przy sobie, jedną w samochodzie. Jeżeli już niestety zdarza mi się kupić plastikową (jak pisałam, nie jestem idealna) również jest ona używana wielokrotnie. Stworzyliśmy na takie torby specjalne miejsce i każdy przed wyjściem na zakupy może sobie wziąć tyle ile ich potrzebuje.

„Christmas party” w administracji

Kolejne święta uświadomiły mi, że i również w tej kwestii zaszły zmiany w administracji. Do niedawna nieodłącznym elementem tygodnia poprzedzającego czas świąt było spotkanie wigilijne organizowane z udziałem kierownictwa ministerstwa czy urzędu podczas którego składano życzenia, po czym zapraszano na mały poczęstunek. Równocześnie też organizowane były także wigilie departamentalne. Obecnie coraz częściej zdarza się, że organizowane są wyjścia na miasto, tzw. „christmas party”, podczas których na luzie, ubrani np. w świąteczne sweterki możemy spędzić czas z ludźmi z pracy.

Wigilie w pracy mają to do siebie, że atmosfera takich spotkań jest dość sztywna. Jedni pracownicy chcąc zaplusować biegną do szefa z życzeniami wszelkiej pomyślności w czasie świąt i w nadchodzącym roku. Inni zajmują pozycje strategiczne przy zastawionym stole i gdy ty próbujesz dostać choć jednego pieroga oni już dawno są przy deserach (tak to jest wieloletnie doświadczenie życiowe, jak to mówią: „z niejednej wigilii się chleb jadło”). Jednak ani to wygodne ani miłe kiedy ktoś do nas podchodzi a my przełykając śledzia staramy się mu odwzajemnić życzenia.

Podobnie rzecz się ma z wigilią departamentalną. Najpierw rusza giełda kto co przyniesie. Oczywiście wielu próbuje zrobić aby się nie narobić czyli np. przyniosą chleb albo napoje. Ale co sprawniejsi wodzireje, bo zawsze tacy się znajdą, rozdadzą obowiązki i nieoczekiwanie otrzymuje się zadanie przyniesienia np. śledzi pod pierzynką.

Muszę przyznać, że nigdy nie lubiłam tych wigilii. Atmosfera napięta jak indiański łuk, wszyscy grzecznie stoją w kręgu z rękoma złożonymi na podołku, szef składa życzenia, zaprasza do jedzenia i… Zapada niezręczna cisza. Kto pierwszy się skusi? Komu pierwszemu będziemy patrzeć na ręce jak nakłada potrawy przytaszczone przez koleżanki i kolegów. Miałam zresztą kiedyś taką historię z cyklu wiadomo, że będzie dramat. Spóźniona wpadłam na takie spotkanie i nagle 20 czy więcej par oczu wlepiło mi się w ręce. Nieszczęśliwie było to akurat przed Wielkanocą, więc na stole królowało jajko, z którym zaczęłam walczyć niczym Gustlik w serialu „czterej pancerni i pies”. Nigdy więcej! Trauma pozostała do tej pory:/

Fajną opcją jest zatem wybranie się do restauracji. Restauracje mają przygotowane menu dla dużych grup z określoną ceną za osobę, w którą mamy wliczone jedzenie i picie. Jest to o tyle fajne, że jesteśmy poza pracą i możemy na luzie porozmawiać o sprawach spoza pracy. Po prostu się poznać. Choć z tym ostrożnie, przypominam tutaj mój wpis na temat tzw. small talk’ów https://szpilkinaurzedzie.com/2019/08/26/przemyslenia-na-temat-tzw-small-talk/

Oczywiście trzeba pamiętać, że z uwagi na to, że pracownicy administracji obracają się trochę w innych ramach formalnych niż pracownicy korporacji nie jest też łatwo, żeby przekonać ludzi z administracji do tego typu imprez ale warto próbować, bo naprawdę fajnie to wychodzi, choć oczywiście nie obywa się bez drobnych zgrzytów typu: a czemu w tym miejscu a nie gdzie indziej, a czy inny termin nie byłby lepszy itp. Ale taki to los organizatora i pomysłodawcy;-)

Przemyślenia… na temat tzw. „small talk”.

Pierwszy taki wpis z cyklu przemyślenia. Na co dzień twierdzę, że mnie już nic nie dziwi a jednak… a jednak zawsze ktoś lub coś mnie zadziwi. Cóż to było tym razem?

Od zawsze wiedziałam, że w rozmowach nie pyta się kobiet o wiek. Nie mam nic przeciwko:) muszę jednak przyznać, że nie jestem mistrzem „small talków” czyli takich niezobowiązujących rozmów prowadzonych jakby w przelocie. Na pewno zawsze bezpieczne są rozmowy o pogodzie, a już o pogodzie w Polsce, w szczególności pogodzie nad morzem można rozmawiać godzinami:) Gdy jednak temat pogody został wyczerpany o czym rozmawiać dalej. Może jak mówimy o pogodzie to w tym wątku zapytać rozmówcę skąd jest, żeby porównać różnice klimatyczne? NIE! Nawet nie próbujcie! Ja popełniłam ten błąd w kontekście rozmowy o dojazdach do Warszawy. Wydawało mi się, że jeśli rozmawiam już z kimś o tym ile zajmują mu dojazdy do Warszawy to naturalne będzie, że zapytam o to skąd jest. Ha! Wcale nie. Zauważyłam konsternację na twarzy tej osoby i usłyszałam jakąś wymijającą odpowiedź w stylu podanie regionu czy jakiegoś większego miasta.

Pomyślałam – człowiek sztuki small talk’ów uczy się całe życie więc podzieliłam się wątpliwościami ze znajomymi. No i usłyszałam: „a bo ty chcesz wszystko wiedzieć” albo „nie każdy prowadzi życie na Facebooku”.

Powiem Wam, że to jeszcze bardziej pogłębiło moją konfuzję. W końcu nie pytałam o to osoby, którą pierwszy raz widzę na oczy tylko z którą już pracuję kolejny rok. Poza tym wynikło to naturalnie z rozmowy. Dlatego teraz nasunęły mi się w tej kwestii takie pytania: czy wynika to z jakiejś szeroko pojętej ochrony prywatności? Jeżeli tak to chyba po prostu można to powiedzieć. Zresztą nie pytam przecież o adres i kod pocztowy żeby sobie np. kredycik wziąć na konto tej osoby.

A może są to kompleksy? Jeśli tak to szkoda, bo Polska jest naprawdę piękna i może akurat w Waszej miejscowości lub niedaleko niej jest coś ciekawego do zobaczenia.

A wy co o tym sądzicie? Wypada czy nie wypada pytać o miejsce pochodzenia? A może już też mieliście podobne sytuacje?

Uroki archiwizacji

Archiwizacja! Kto zna te wie jaka to „przyjemność”. Szczególnie jeśli robicie archiwizację po kimś. Trudno poznać co ważne a co nadaje się tylko do niszczarki. Od czego zacząć? Kategorie archiwizacyjne zaczynają migać przed oczami. Teczki zwykłe, teczki bezkwasowe. Tabelki, numerowanie stron, opisywanie teczek. Znam ten koszmar z autopsji.

Pierwszy raz, gdy dostałam archiwizację wiedziałam, że zaszczyt ten dotknął mnie „po złości”. Dostałam kilka dużych kartonów papierów i radź sobie kobieto! Odkładałam to w czasie szukając kolejnych wymówek. W końcu zgodnie z zasadą co Cię nie zabije to wzmocni wzięłam się za to. Na szczęście mam kolegę, który z niejednymi szczurami uporządkował archiwa. Podobno szczury też dostały kategorie archiwizacyjne:-P Na początek zaczęłam od porządków. Dopóki dominował papier w administracji, pisma wysyłane były kilkoma drogami: pocztą tradycyjną, faxem, e-mailem. Kilkakrotnie drukowane, kserowne, z dekretacją i bez. Trzeba było wyodrębnić to co ma zostać, czyli przede wszystkim oryginały i pisma z dekretacją. Spokojnie możemy się pozbyć kopii, które nic nowego do sprawy nie wnoszą. Jak już uda nam się uporządkować sprawy zaczynamy je układać chronologicznie. Najbardziej restrykcyjne kategorie archiwizacyjne wymagają oczyszczenia pism ze zszywek, włożenia chronologicznie do teczki bezkwasowej, ponumerowania stron. Na wierzchu teczki umieszcza się tabelkę, w której wpisuje się opis sprawy i zakres numerów stron, które ona obejmuje. Wierzch teczki opisujemy wskazując okres spraw i nr stron, które ona obejmuje, kategorię archiwizacyjną. Przygotowujemy protokół przekazujący zarchwizowane dokumenty i już jesteśmy blisko celu, kiedy nagle znajdujemy jeden zagubiony dokument i cała sprawa się sypie. Numeracja, opis tabel, teczek i zabawa zaczyna się od nowa:D tak, tak, kto to robił zna to uczucie. Gasnąca nadzieją, że jest to jakaś kopia, którą da się ulotnić:D

Gdy udało mi się przejść całą ścieżkę i zdać szczęliwie zarchiwizowane dokumenty byłam dzień przed urlopem. Kamień spadł mi z serca i potoczył się z hukiem. Po tym robiłam jeszcze jedną archiwizację a w kolejnej pomagałam koledze.

Bardzo sobie chwalę, że te czasy bezpowrotnie minęły:) Jeżeli coś archiwizujemy to w elektronicznym systemie obiegu dokumentów. Ale to już inna bajka.

archiwum foldery róż

Administracja papierem czy elektronizacją silna?

Jeszcze parę lat temu nie do pomyślenia było, że z urzędów zostanie wyeliminowany papier a zastąpi go elektroniczny obieg dokumentów. Teraz już nie tylko elektroniczny obieg dokumentów dominuje w urzędach ale też cały proces legislacyjny(Proces legislacyjny-brzmi może egzotycznie ale egzotyczny nie jest) odbywa się elektronicznie.

Początkowo sprawy toczyły się dwutorowo i było z tym dość dużo zachodu, Nieustająca walka z czasem, żeby pismo podpisane elektronicznie miało taką samą datę jak pismo podpisane w papierze. Bo wiecie na początku było przekonanie, że jednak papier to papier. Papier ma wartość urzędową! W konsekwencji otrzymywaliśmy 3 kopie tego samego pisma. Jedna była wysyłana pocztą tradycyjną, jedna (podpisana elektronicznie) ePUAPem a jedna pozostawała ad acta. Te czasy na szczęście minęły, uff….

Systemy do elektronicznego obiegu dokumentów są różne w różnych ministerstwach czy instytucjach. Ważne jest to, że przekazując dokumenty do elektronicznego podpisu, dyrektor, prezes czy minister dostają komplet dokumentów w sprawie i widzą jej całą historię. Dzięki temu nie ma też potrzeby drukowania ogromnych ilości załączników. I co ważne każda z osób ustawionych w „ścieżce akceptacji” może wprowadzić zmiany w piśmie. W drugiej opcji jeżeli przełożony uzna, że poprawki w piśmie są niezbędne to napisze mi to bądź w komentarzu na piśmie bądź w uwagach zwracając sprawę do poprawienia. Dzięki temu nie ma potrzeby drukowania kolejnych wersji tego pisma, z których część trafi po prostu do kosza.

Jak to się wszystko zmieniło zdałam sobie sprawę w zeszłym tygodniu, kiedy otrzymałam do opracowania wniosek o udostępnienie informacji publicznej (wysłany do wszystkich ministerstw). Zawarto w nim pytania, między innymi, takie jak: jak wygląda obieg dokumentów w procesie legislacyjnym, jak są publikowane wewnętrzne akty prawne itp. Na wszystkie pytania mogłam spokojnie odpowiedzieć: elektronicznie! Uważam to za ogromne osiągnięcie w administracji. Udało się w dużym stopniu wyeliminować papier.

Sami na pewno zauważacie, że wiele spraw można załatwić składając do urzędów dokumenty elektronicznie. Niedługo zacznie się czas rozliczania naszych podatków. Spokojnie możecie to zrobić z poziomu swojej kanapy używając interaktywnych formularzy lub aplikacji e-Deklaracje https://www.podatki.gov.pl/pit/e-deklaracje-pit/

Szafa strachu

Dzięki elektronizacji zniknęły szafy takie jak na zdjęciu. Wszyscy wiedzą co tam jest i czekają na śmiałka, który ją otworzy. Niestety jej otwarcie może mieć dramatyczne skutki. Naprężenia ciśnień upchniętych tam papierów (to są same ważne sprawy) może spowodować eksplozję. Niestety nie są to takie „szafy zniknięć” jak w Harrym Potterze. Raczej grożą one eksplozją porównywalną do eksplozji dzbana z powieści Joanny Chmielewskiej „Wszyscy jesteśmy podejrzani”.

Proces legislacyjny-brzmi może egzotycznie ale egzotyczny nie jest

Kto za Was zagląda na mój instagram zauważył parę zdjęć i instatories z korytarzy Sejmu. Szpilki w Sejmie! Tego jeszcze nie było, ale tak to się właśnie kończy, jeśli w swojej instytucji jest się prawnikiem prowadzącym proces legislacyjny. W bardzo dużym uproszczeniu dotyczy on ustaw i wydawanych w celu ich wykonania rozporządzeń. Piszę w dużym skrócie bo są jeszcze inne dokumenty podlegające pod ten proces ale nie chcę mieszać. Końcowym wynikiem ma być, mówiąc kolokwialnie, dogadanie się wszystkich. Mi osobiście proces legislacyjny trochę przypomina grę w Monopoly i czające się na drodze pułapki typu: „nie odpowiedziałeś na pismo, nie ma go kto teraz podpisać stoisz trzy kolejki”, „okazało się, że nie musisz gdzieś wysyłać projektu, choć brałeś to pod uwagę, przesuwasz się trzy pola do przodu”.

Już dawno nosiłam się z zamiarem napisania tego postu. Temat nie jest łatwy i trudno go napisać łatwo ale mam nadzieję, że efekt Was zadowoli.

Tak jak już napisałam we wstępie zatuptałam do Sejmu. Zanim to nastąpiło przeszłam żmudny czas etapu rządowego. Godziny spotkań, poprawiania projektu, wiszenia na telefonie i e-mailach. Praca non-stop.  

Pomysłowy Dobromir zawsze miał dobre pomysły

Jest pomysł, jest i realizacja. Powstał projekt i co dalej?

Wysyłany jest przede wszystkim do innych ministerstw (tzw. uzgodnienia międzyresortowe) i do konsultacji publicznych – oprócz zainteresowanych instytucji branżowych, każdy obywatel może wyrazić o nim swoją opinię (w kolejnym poście wskaże Wam gdzie można znaleźć projekty dokumentów rządowych). Wysyłany jest jeszcze do opiniowania, czyli do innych instytucji niż ministerstwa.

Gdy spłyną uwagi są one analizowane, część jest akceptowana przez tworzącego projekt, część odrzucana. Mogą być zorganizowane spotkania w celu omówienia uwag, tzw. konferencje uzgodnieniowe.

Kończąc ten etap dobrze jest, żeby nie było już uwag, które nie zostały wyjaśnione, tzn. nawet jeżeli jakaś uwaga została odrzucona to ten, który ją zgłosił wie, rozumie i akceptuje dlaczego tak się stało.

Pracowity jak mrówka:D

Wskakujemy na wyższy poziom:) Projekt trafia do specjalistycznych komitetów, m. in. do spraw europejskich, społecznego czy do spraw cyfryzacji. Zgłaszane tam uwagi muszą być zgodne ze specyfiką danego komitetu. Zabawa zaczyna się od nowa – uwagi, stanowisko do uwag, wyjaśnianie.

Wychodzimy z komitetów i trafiamy na Stały Komitet Rady Ministrów– ufff. Już bliżej niż dalej:) Co robimy? Zaklinamy, żeby uwag nie było:-P ale jak już są to od nowa: uwagi, stanowisko do uwag, wyjaśnianie.

Udało się po Komitecie i tych wszystkich uwagach projekt trafia na Komisję Prawniczą. Rządowe Centrum Legislacji sprawdza projekt w najdrobniejszych szczegółach: czy przepisy brzmią tak jak powinny, czy są podane odpowiednie metryczki do wskazywanych ustaw i inne szczegóły. To są często drobne ale wymagające, szczególnie przy dużych projektach ogromnej pracy, ogromnej pracy uwagi. Jeśli jest taka potrzeba to jest organizowane posiedzenie takiej komisji. Jeśli nie to uwagi są przekazywane do wnoszącego projekt i on nanosi poprawki samodzielnie.

Kończąc tę część procesu legislacyjnego na etapie rządowym projekt staje na Radzie Ministrów. Z reguły jest tak, że z uwagi na to, że przeszedł już tak długą drogę, jest to już formalność. Bywa jednak tak, że w jakiejś kwestii ministrowie na wcześniejszych etapach nie mogli się dogadać. Wtedy decyduje właśnie Rada Ministrów.

Tak to wygląda w telegraficznym skrócie i w najbardziej pożądanym kształcie ale zdarzają się powroty z poszczególnych etapów, przestoje dlatego nie na darmo przywołałam na początku grę Monopoly (swoją drogę może producent mógłby pomyśleć o takiej edycji Monopoly-proces legislacyjny:-P).

Wymęczeni ale szczęśliwi trafiamy do Sejmu ale o tym w innym poście…

Dyrektywy i rozporządzenia unijne-wszyscy o nich mówią a co właściwie jest?

Prawo Unii Europejskiej często wywołuje kontrowersje w społeczeństwach państw członkowskich. Jak to jest, że gdzieś tam daleko w Brukseli zbierają się urzędnicy i narzucają innym przepisy, które potem trzeba stosować? Cóż, zgadzając się na członkowstwo w Unii Europejskiej zgodziliśmy się i na to, że będziemy również dostosowywać nasze prawo do innych, między innymi po to, że jeśli wyjeżdżamy do innego państwa członkowskiego czy to turystycznie czy np. do pracy bądź prowadzimy biznes przepisy nas nie zaskoczą. Ale jak to bywa czasami z takiej standaryzacji przepisów wynikają śmieszne sytuacje:)

W tym tygodniu byłam na szkoleniu właśnie z wdrażania, czyli wprowadzania do naszego prawa przepisów dyrektyw. Cóż to jest ta dyrektywa? Często się słyszy lub czyta używane zamiennie pojęcia „dyrektywa” i „rozporządzenie”.

TO NIE JEST TO SAMO!

Dyrektywa to taki akt, który ma spowodować, że przepisy prawne różnych państw w jakimś konkretnym zagadnieniu będą zbliżone. Prawidłowo się mówi, że dyrektywy służą harmonizacji prawa.

Podam przykłady bo łatwiej się dzięki temu zapamiętuje:

Któż z nas nie słyszał o słynnej krzywiźnie banana? Albo o tym, że marchewka to owoc (serio???)? Była słynna dyrektywa o drabinach – jak powinna być zbudowana, aby ograniczyć wypadki przy pracy na wysokości. Możemy w niej przeczytać, że „nóżki przenośnych drabin muszą być asekurowane przed przesuwaniem się w trakcie używania poprzez zabezpieczenie ramiaków pionowych na końcu lub blisko górnego lub dolnego końca, za pomocą urządzenia przeciwpoślizgowego lub poprzez każde inne ustawienia o równoważnej skuteczności”. Ponadto kąt nachylenia drabiny powinien wynosić od 65 do 75 stopni. A oczywiście – wg wymogów EU – z drabiny należy „schodzić tyłem”:) Czy czytał ktoś kiedyś instrukcję obsługi kaloszy? Jeśli tak, to też za sprawą dyrektywy unijnej.

Często za tego typu przepisami stoją konkretne interesy któregoś z państw członkowskich, które dzięki temu będzie mogło otrzymywać np. dopłaty.

Ale to są oczywiście wyjątki. Z reguły dyrektywy mają ułatwiać nam życie. Dyrektywy dotyczą różnych podmiotów i sfer. Przedsiębiorców (np. dyrektywa w sprawie koordynacji procedur w zakresie przyznawania koncesji, dyrektywa w sprawie przenoszenia za granicę siedziby spółki z ograniczoną odpowiedzialnością), ochrony środowiska (dyrektywa o odpowiedzialności za środowisko w odniesieniu do zapobiegania i zaradzania szkodom wyrządzonym środowisku naturalnemu), dzieci (dyrektywa o bezpieczeństwie zabawek), osób niepełnosprawnych (dyrektywa w sprawie dostępności stron internetowych i mobilnych aplikacji organów sektora publicznego) i wielu wielu innych.

Jeśli chodzi o to jak mamy sprostać przepisom dyrektyw, to Unia Europejska pozostawia nam wolną rękę. Po prostu mamy tak zrobić, żeby było dobrze:)

A co z rozporządzeniami?

Rozporządzenia unijne, inaczej niż dyrektywy służą unifikacji prawa. Celem unifikacji, jest scalenie, ujednolicenie wszystkich porządków prawnych występujących w Unii Europejskiej. Przepisy rozporządzenia obowiązują we wszystkich państwach tak samo!

W tym miejscu wystarczy chyba jeden przykład. Ten rok upłynął pod znakiem wprowadzenia RODO. Rozporządzenie o ochronie danych osobowych (ang. General Data Protection Regulation (GDPR)) popłoch wzbudziło w narodzie straszny. Przedsiębiorcy rwali włosy z głowy, firmy szkoleniowe zbijały kokosy, w kolejce do lekarza stali „ramię w ramię” Smerfetka z Lordem Vaderem. Było śmieszno i straszno.

gdpr-3285252_960_720

Rozporządzenie zaczęło obowiązywać od maja 2018 r., wiele przepisów musiało zostać do niego dostosowanych. Ale co najważniejsze RODO spowodowało wietrzenie szaf. Ile razy nasz dowód osobisty był niepotrzebnie kserowany, tak na wszelki wypadek… A potem taka kopia krążyła sobie po świecie a przecież tam są dane, na które ktoś może sobie wziąć chociażby kredyt. Nareszcie mamy też podstawę do walki z dzwoniącymi telemarketerami, po prostu możemy powiedzieć, że nie zgadzamy się na wykorzystywanie naszych danych przez firmę. Obawa kar, które są bardzo dotkliwe, działa. Ja zauważyłam, że uciążliwych telefonów jest mniej. Niestety i te firmy wzięły się na sposób i dzwoni do nas automat. Z takim sobie nie pogadamy… No ale cóż każda akcja rodzi reakcję!

Trochę długi ten tekst więc o szkoleniu następny wpis bo mam parę przemyśleń:)

I jak troszeczkę jaśniej się zrobiło? A może macie jakieś pytania?

 

Karteczka czy telefon, oto jest pytanie!

Stosy karteczek poprzyklejanych w widocznych miejscach naszego mieszkania i biura są powoli wypierane przez aplikacje w naszych smartfonach, tabletach i komputerach. Zamiast obklejać ekran monitora, z powodzeniem możemy, mając uporządkowany pulpit, „obkleić” go mniejszymi bądź większymi różnokolorowymi elektronicznymi post-it’ami. A co np. z listami zakupów albo listami rzeczy do spakowania? Sklepy z aplikacjami oferują nam mnóstwo takich aplikacji.

Processed with VSCO with f2 preset

Co zwycięży?

W dobie, gdy telefon towarzyszy nam praktycznie cały czas, nie ma co się dziwić, że dostawcy aplikacji i o tym pomyśleli. W końcu jednak mimo wszystko łatwiej znaleźć nam telefon w damskiej torebce, niż zmiętą karteczkę, która zawsze gdzieś się zawieruszy.

Aplikacje zakupowe umożliwiają nam wybranie potrzebnych produktów spośród ich różnych kategorii, stworzenie spersonalizowanych list (nie ma potrzeby tworzenia listy za każdym razem od początku) a na końcu udostępnianie ich (partner już się nie wykręci, że karteczka zginęła;)). Ba, nawet pozwolą nam kontrolować nasze wydatki.

Ja sama korzystam z aplikacji Notatki oferowanej przez system iOS ponieważ akurat jestem tą szczęściarą, która nie musi robić dużego zaopatrzenia domowego i lista paru produktów stworzona w notatkach jest dla mnie wystarczająca:) Ale przy dużych zakupach segregacja niezbędnych produktów wg działów sklepu oszczędzi nam bezsensownego biegania od działu do działu;)

 

Processed with VSCO with c1 preset

Lodówka najlepszym nośnikiem listy zakupowej;)

Jest jeszcze jeden plus, jak dla mnie ogromny. Wyposażona w karteczkę często zapominałam długopisu do wykreślania kolejnych pozycji z kartki. O zgrozo gdy na koniec okazywało się, że jeszcze coś pominęłam, a wydawało się, że wszystko jest!!! Korzystając z aplikacji odklikuję po kolei włożone już do koszyka produkty. Click, click i po sprawie:)

Karteczki giną a lista w telefonie zostaje:)

Tak samo z pakowaniem. Z reguły listę zaczynam robić sobie około tygodnia wcześniej. Nic bardziej irytującego, kiedy zapomni się jakiegoś drobiazgu i właśnie takie drobiazgi sobie wpisuję na listę. U mnie aplikacją do pakowania jest aplikacja TripList ale oferta jest bogata, każdy znajdzie coś dla siebie:) I podobnie, jak przy listach zakupowych można sobie rzeczy podzielić według kategorii a potem szybko odklikujemy to co już spakowane. Zawsze potem mając podobny wyjazd możemy do tej listy wrócić!

A co u was króluje? Łatwiej Was spotkać z kartką i ołówkiem w ręku czy działacie elektronicznie? Zostawiam Was z tym a sama biegnę się pakować wg mojej listy:)

P. S. dobrym pomysłem jest stworzenie listy wyjazdowej rzeczy, których Wam zabrakło na wyjeździe. Nie dlatego, że je zapomnieliście, tylko dlatego, że w trakcie okazały się przydatne. Mogą stanowić podpowiedź na następny wyjazd:)